Spode łba – patataj

bosman_plama dnia 23 czerwca, 2015 o 8:45    116 

tyt

„Bylebykoń, czyli prawdziwe opowieści o prawdziwych meżczyznach” (można by to uzupełnić o inny cytat: „gdzie mężczyzna może być mężczyzną a szympans… też mężczyzną”) jakoś tak zaczynał się pewien radiowy program kabaretowy, który znalazłem kiedyś nagrany na kasecie moich rodziców. Miałem wtedy bardzo niewiele lat i bardzo polubiłem ową kasetę, bo bardzo lubiłem westerny. Dziś nie bardzo miałbym na czym kasety odtworzyć, ale westerny lubię nadal. I wydaje się, że nie tylko ja.

Kiedy posiadacze najnowszych xboxów głosowali jakie gry chcieliby przenieść na swoje maszynki ze starych, ja wypróbowywałem jedyną grę, jaką kupiłem na letniej steamowej wyprzedaży. Jak się okazuje myśli tysięcy (a może milionów) użytkowników xboxa i moje szły podobnymi torami. Ja grałem w ostatnie Call of Juarez a oni uznali, że najbardziej chcieliby zagrać w Red Dead Redemption. Obie gry są warte wydanych na nie pieniędzy (acz na RDR wydałem coś ponad stówę złociszy, a na CoJ coś około trzech euro) i obie traktują o mężczyznach żyjących według zasady: „gdy życie staje się twarde, twardziel zaczyna żyć” (cytat z Alfa, jak mi się wydaje; niestety, cytaty z Alfa i Garfielda często mi się mylą). Jasne, ostatni CoJ jest grą zrobioną z dużo większym luzem, co nie znaczy, że przy RDR nie parskałem co jakiś czas śmiechem.

call-of-juarez-gunslingerPrzy czym CoJ cierpi, jak mi się wydaje – nie skończyłem jeszcze gry, więc poprawcie mnie, jeśli się mylę – na problem koński. Koń bowiem dla twórców gier od lat stanowi wyzwanie, któremu nie każdy jest zdolny podołać. Taki na przykład (he, he) Fallout, na którego sukces składa się także fakt, że jest postapokaliptycznym westernem, uznał, że konie zniknęły ze świata. Choć bardzo by do westernowego klimatu gry pasowały. Owo zniknięcie koni da się jakoś wytłumaczyć (możliwe nawet, że zostało wytłumaczone), trudno się jednak oprzeć wrażeniu, że koni (choćby i dwugłowych) w Fallout nie ma, bo twórcy nie bardzo by wiedzieli co z nimi zrobić. Przecież nawet gdy podróżujemy samochodem to – do czasów Fallout Tactics – w przypadku walki walczymy pieszo. Z końmi byłoby prawdopodobnie podobnie jak z samochodem.

rdrhProblem koński dotknął też serii TES, która nie dość, że długo kazała czekać (jeśli ktoś nie używał modów) na możliwość walki konnej, to jeszcze naznaczyła na wieki kwestię DLC słynną zbroją dla konia. Lepiej z walką konną radzą sobie gry (najczęściej multi) o średniowiecznych twardzielach, zwłaszcza Mount & Blade obfitował w starcia kawaleryjskie. Wiedźmin też dostał konia dopiero niedawno. We wcześniejszych CoJ konie, o ile pamiętam, się pojawiały, ale na wszelki wypadek akcję prowadzono tak, by korzystać z nich jak najrzadziej.

tytus

RDR jest inne, tam nie tylko znaczną (w moim przypadku większą) część czasu gry spędza się w siodle, ale są też specjalne końskie zadania – łapanie mustangów, wyścigi, zaganianie krów i takie tam. Dzięki temu w RDR mogę poczuć się kowbojem pełną gębą. Mogę też paść ofiarą koniokrada, choć zwykle kończyło się to dla koniokradów kiepsko, mój wierzchowiec (nie wymieniłem własnoręcznie schwytanego mustanga na lepszy model) reagował na gwizdanie, zrzucał rabusia z siodła i przybiegał do mnie.

brazos2

Ponieważ życie to zbiorowisko koincydencji gdy fani xboxów głosowali na RDR, ja czekając aż ściągnie mi się CoJ, odpaliłem ostatni sezon „Justified”. W efekcie zagrałem w CoJ trochę później, to znaczy, gdy dotarłem do zakończenia ostatniego odcinka tej serii. By wyjaśnić tym, którzy nie poświęcają wiele uwagi serialom – „Justified” to też western, tyle, że współczesny. Ale jest szeryf w robiącym wrażenie kapeluszu, jest małe dzikie miasteczko górnicze, jest słynny przestępca (kumpel szeryfa z czasów młodzieńczych) a koniec końców wszystkie konflikty są rozwiązywane za pomocą pojedynków na spluwy. Ostatni odcinek stawia zresztą wielgachną kropę nad i: dwóch kolesi w kapeluszach wyszarpuje spluwy z kabury na środku pustej drogi. Jeden jest dobry (choć już w pierwszym odcinku serialu kobieta mówi mu: „nie znam bardziej gniewnego od ciebie człowieka, Reylan”), drugi jest zły, choć dowcipny i kulturalnie się wyraża. W ogóle dialogi w pewnym momencie przekształcają się w jedną z wizytówek serialu. Pamiętacie rozmówki z „Deadwood” (ten sam aktor w roli szeryfa, swoją drogą)? Tu są podobne, choć nie tak kwieciste. W „Deadwood” (kolejny western) wszyscy klęli na sposób niewyobrażalny dla jakiegokolwiek innego serialu (poważnie, zbiry takiego Tarantino to w porównaniu z mieszkańcami miasteczka Deadwood przedszkolaki), ale klęli przepięknie. Do dziś mam gdzieś nagraną rozmowę między pewnym właścicielem saloonu i pewnym Chińczyiem (panem Woo), składającą się z bardzo niewielkiej liczby słów (po angielsku, chińskich pada więcej). A przepyszną.

Kiedyś westerny były opowieściami o szlachetnych kolesiach nawalających się z wyjątkowo podłymi kolesiami. Potem nastała era spaghetti westernów (Ziuta mógłby Wam o tym wiele opowiedzieć) i antywesternów, co sprawiło, że trudno było dłużej opowiadać o szlachetnych kowbojach bez skazy. Niemniej skazy skazami, westerny opowiadają nadal o świecie względnie prostych zasad, gdzie przyjaźń jest przyjaźnią (lepiej nie ozdabiać przyjacielem rewolwerowca drzwi saloonu), kule są szybkie a wszyscy, ale naprawdę wszyscy, muszą być twardsi od landrynek by przetrwać. Zwłaszcza w „Deadwood” i „Justified” to widać. W Deadwood nie mieszkają słabi, ci dawno wymarli. W „Justifierd” nawet pchły są tak twarde, że byłyby w stanie dołożyć owczarkom, gdyby te próbowały oponować przeciwko wysysaniu im krwi. Oczywiście przejezdnym owczarkom, bo lokalne odgryzają gąsienice czołgom, jeśli wydawało im się, że czyjaś dywizja pancerna kręciła się zbyt blisko posiadłości ich pana.

justifiedInnymi słowy westerny zawsze były i pewnie zawsze już będą bajkami. Mimo różnych historycznych sztafaży to fantasy. Jeśli zdarzyło Wam się oglądać serial „Texas Rising” wyprodukowany niedawno przez History Channel, to pewnie nie mogliście się nie uśmiechnąć przyglądając się ekipie teksańskich zwiadowców, wśród których jest i biały o indiańskim usposobieniu (nawala nawet z łuku) i super świetny nawalacz, tyle, że głuchy i parę innych barwnych postaci. Jest oczywiście (w każdym filmie/serialu zahaczającym o temat teksańskiej rewolucji pojawia się taka postać) jedyny ocalały z Alamo, przy okazji ostry świr i oczywiście też super zabójca.

texas-rising

Równie dobrze ta ekipa mogłaby wyruszyć wrzucać pierścień władzy do wulkanu, albo szykować się do obrabowania smoka. Zresztą mniej więcej o podobnym wyzwaniu opowiada przewspaniała historia o starości takich teksańskich zwiadowców, którzy na stare lata wyruszają w jeszcze jedną podróż. Nazywa się to „Na południe od Brazos” i jest jednym z najlepszych westernów, jakie czytałem (bo jest powieść) i oglądałem (bo jest serial na podstawie powieści – zresztą w serialu grają: Robert Duvall, Tommy Lee Jones, Diane Lane, Danny Glover – i jeszcze sporo innych też znanych aktorów; tytuł angielski, gdyby ktoś szukał, to: „Lonesome Dove”, po tym, jak serial odniósł sukces dorobiono do niego chyba ze trzy prequele, może już nie tak dobre i nie tak pełne gwiazd, ale w jednym z nich Val Kilmer zagrał jedną ze swoich najlepszych ról w karierze).

brazos_lane_duvallAle chyba o to chodzi? Nie oglądamy westernów i nie gramy w nie dla realistycznych walk i napawania się historią, ale dla frajdy oglądania prawdziwie męskich mężczyzn i prawdziwie kobiecych kobiet (Angie Dickinson jako Feathers z Rio Bravo na zawsze ukształtowała mój obraz kobiety idealnej do spółki z kilkoma paniami z czarnych kryminałów).

DickinsonRioBravoTo zresztą jeden z ostatnich bastionów męskiej bajki w starym stylu. Kryminały, nawalanki i fantasy kobiety nam już odebrały. Od czasu do czasu możemy wprawdzie pograć w tych grach facetami, ale nie mamy ich na wyłączność. W westernach mogą się czasem trafić twardzielki, ale wciąż to faceci w kapeluszach o szerokich rondach liczą się najbardziej. Do tego samotny rewolwerowiec może pokonać absolutnie wszystkich a źli bogacze wykupujący działki biedaków zwykle zostają ukarani. O samotnych bandziorach walczących z wielkimi kapitalistami (czy to koleją, czy bankami) śpiewa się pieśni. A kobiety wyglądają jak Angie Dickinson albo Diane Lane. No, chyba, że to „Deadwood”, wtedy możemy spotkać najgenialniej ukazaną Calamity Jane w historii.

calamity

Po prostu bajka.

Dodaj komentarz



116 myśli nt. „Spode łba – patataj

  1. aihS Webmajster

    Ty to masz bosmanie wyczucie czasu, właśnie w weekend skończyłem oglądać Deadwood. Dopiero drugi raz co na tle takiego Farscape, BSG czy Tudorów wygląda blado, ale ten serial jest ciężki jak cholera i te pourywane wątki ech. Tak czy inaczej mistrzostwo i nie ma co się obrażać na język (znam takich co się obrażają i nie oglądają bo im uszka krwawią) bo to kawał znakomitego aktorstwa pomimo tony kurew i chujów. Nawet Izabela M. w swym krótkim epizodzie wybija się ponad swój zwyczajowy poziom słomianej kukły.

    Słedżen! San fransisko koksaker! Wuu, Słedżen hendai!

    Czy Justified już się definitywnie skończyło? Stanąłem na końcu IV sezonu i szczerze powiedziawszy czekam na zielone światło by dojechać z tym już do samego końca.

    I offtop od razu :P
    Nowy tryb gry w Hearthstone, jak zainteresowani pewnie wiedzą, nosi nazwę Tavern Brawl tymczasem polska lokalizacja stanęła na Karczemne Bójki. Jakkolwiek doceniam dobrą robotę Blizzarda jeżeli chodzi o solidne spolszczenia z jajem i odwołaniami do lokalnej popkultury to tym razem chyba polski team wyszedł przed szereg z tym tłumaczeniem wypaczając solidnie jego znaczenie. Może się czepiam, ale nie widzę powodu by unikać dosłownego przekładu na Karczmiane Bójki. Tylko mnie drażni to wciskanie gry słów totalnie od czapy i bez pokrycia w oryginale?

            1. Nitek De Kuń

              @aihS

              Dear Twitch Broadcaster:

              The content you streamed and archived on Twitch at http://www.twitch.tv/nitek69 was the subject of a takedown notice we received from Warner Bros. Entertainment Inc. pursuant to the Digital Millennium Copyright Act („DMCA”). This organization has asserted that it owns this content and that you streamed that content on Twitch without permission to do so. As a result we have cleared the offending archives, highlights, and episodes from your account and given you a 24 hour restriction from broadcasting.

              1. aihS Webmajster

                @Goblin_Wizard

                Nie bez powodu w kulminacyjnym momencie ceremonii padają słowa „Możesz teraz pocałować pannę młodą”. Skoro wtedy może to znaczy że wcześniej nie może. Całkowicie logiczne. Bycie konserwatystą wymaga chyba jednak hołdowania pewnym tradycjom więc domagam się bana albo chociaż odznaki Małego hipokryty w klapie obok orzełka.

              2. Goblin_Wizard

                @aihS

                Nie bez powodu w kulminacyjnym momencie ceremonii padają słowa „Możesz teraz pocałować pannę młodą”. Skoro wtedy może to znaczy że wcześniej nie może. Całkowicie logiczne.

                Niestety nie. Gdybyś chciał się w 100% trzymać znaczenia przytoczonych przez Ciebie słów to oznaczają one, ze pocałować się mogą tylko „teraz” – nie przedtem i nie potem tylko własnie teraz. Kościół nie zabrania całowania się przez ślubem, ale bardzo wiele zależy od rodzaju pocałunku i miejsca, które się całuje. ;) Poza tym to nie ojciec całował chłopaka tylko jego córka więc nie ma co się do niego na siłę czepiać. Żeby było jasne – nie bronię go dlatego, że to mój kandydat bo akurat podpisy zbierałem na innego. Na jego miejscu zdecydowanie wolałbym Brauna.

              3. bosman_plama Autor tekstu

                @MusialemToPowiedziec

                Ale wcześniej też można całować, bo wcześniej nie jest „panną młodą”, tylko: „panna na wydaniu”. Stan „panna młoda” trwa krótko, pomiędzy przyrzeczeniem a pocałunkiem, po którym „panna młoda” już ostatecznie staje się „żoną”.
                Zezwolenie jest więc udzielane na czas, kiedy dziewczyna/kobieta nie jest już „panną na wydaniu” a nie jest jeszcze „żoną”. Czyli odkąd obudzi się i schowa przed narzeczonym, żeby się przebrać w suknię aż do pocałunku.

              4. slowman

                @bosman_plama

                Nie mówię, że ja mam sytuację ze „starą panną”, ani nawet „znajomy mojego znajomego mojego znajomego”, tak tylko hipotetycznie pytam.

                No i co jeśli przykładowo zostanie udzielone przyrzeczenie, ale w tym momencie wejdzie Bill z kolegami i koleżankami i pannie młodej przedziurawi mózg, a ona potem się obudzi ze śpiączki?

                No i co jeśli pozwolenie zostanie wykorzystane przez świrniętego byłego chłopaka (bo przecież nie mówi „Bosmanie Plamo, możesz pocałować pannę młodą”, ale w najlepszym przypadku używa imienia, które świrnięty były chłopak może mieć takie samo przecież)? Kto jest wtedy mężem, a kto żoną?

              5. bosman_plama Autor tekstu

                @slowman

                Na swój użytek przyjmuję definicję babć, dla których „starą panną” jest ta wnuczka, która nie urodziła stada wnuków dziewięć miesięcy po uzyskaniu pełnoletności.

                Przykład z „Kill Bill” jest interesujący i przypomina mi trochę rozmowy z „City” Barricco (swoją drogą powieść zawiera znakomity western), gdzie chłopiec testuje emerytowanego sędziego piłkarskiego zadając mu pytania uwzględniające trafienie napastnika przez piorun.

                Gdyby traktować sytuację z KB co do przecinka, to powiedziałbym, że jako pan młody nie musiałbym się już więcej przejmować ani całowaniem ani żadną inną kwestią na tym łez padole.

        1. aihS Webmajster

          @Yerz

          PCMR to pewnie jakieś 5% świadomych użytkowników bo reszta to pajace, które zgubiłyby się nawet w opcjach ustawień gammy na konsoli więc nikt niczego nie naprawi. Przytłaczająca większość pogra w Batmana @30 przez te statystyczne 5h i przejdzie do kolejnej gry za 60€. Oczywiście liczy się ten GTX980Ti podświetlony LEDami za obudową z pleksi. Oscypki cienkie w tym roku, hej!

    1. Ziuta

      @Yerz

      Też widziałem. Znakomita czołówka (chyba lepsza od poprzedniej, przy końcowym „I live among you well disguised” rozpłynąłem się), świetne zdjęcia. ciekawe zagajenie fabuły (grube miśki chcą zrobić przekręt, ale znika koleś, który ma ten przekręt zalegalizować), ale boję się o bohaterów. W jedynce tylko Rusty był zły, smutny i poraniony. Teraz mamy czwórkę ofiar losu. Mogliby się licytować, które bardziej nienawidzi świata, ludzi i siebie.

      1. bosman_plama Autor tekstu

        @Ziuta

        Czołówka jest zajebiaszcza, ale czołówki to dziś osobna sztuka i znakomita czołówka może prowadzić do szitowego serialu albo dopełniać znakomity.
        Też się trochę obawiam, że każdy z bohaterów ma smutną historię wyzierającą zza pleców, ale po zastanowieniu sądzę, że nie do końca. W pierwszym sezonie też, koniec końców, wychodziło, że obaj mają popieprzone życie.

        1. Ziuta

          @bosman_plama

          Jasne, ale w pierwszej serii:
          a) było ich dwóch, a nie czworo
          b) ich popaprane żywoty miały dynamikę. Na początku Rusty jest wrakiem, a Marty trzyma drobnomieszczański fason. Potem się komplikuje. Teraz natomiast każde od początku jest popaprane.

          Drugą moją obawą byłoby to, że Pizzolatto będzie powtarzał chwyty z zeszłego roku – wbrew obietnicom, że antologia pozwala na dowolność.

          1. bosman_plama Autor tekstu

            @Ziuta

            Jeśli czegoś się boję, to tej zwiększonej liczby. Bo może rozsadzić wątki i serial. Z drugiej sprawy, dzięki temu może okazać się, że nie ma powtarzania.
            Fajne było to, że trup przewijał się przez cały odcinek, ale uderzył dopiero na jego końcu. To już jest inne niż w pierwszym sezonie.

    2. urt_sth

      @Yerz

      Spodziewałem się nawiązania przez autora, ale się trochę zawiodłem.
      Co do D2, to jest inny, i tu niestety przywiązanie to tego co było a nie jest, jest dla mnie istotną przeszkodą aby się wczuć. I tak na przykład czołówka mnie raziła. Co do reszty to nie jest źle, ale kolory inne, zbliżenia zamiast oddaleń, muzyka inna, nie zapominając o aktorach (choć tu 2/3 jest OK).

  2. Revant

    Jak zawsze, jako miłośnik anime, dodam coś od siebie – Trigun. Świetne anime – western pomieszany z s-f, a jednocześnie komedio-dramat. Mamy planetę pokrytą piaskiem, rozbite statki kosmiczne, dziwne technologie i mnóstwo broni. Historia to wędrówka jednego z moich ulubionych bohaterów – Vash the Stampede. Gościu ma niezwykłą tendencję do wpadania w tarapaty. Po świecie roznosi się nawet wieść, że gdziekolwiek się pojawi tam sieje zniszczenie. Wyznaczono nawet za niego niebotycznie wysoką nagrodę, a pewne panie „ubezpieczycielki” szlajają się za nim aby upilnować go przed dalszym szerzeniem destrukcji. Facet zaś mimo niesamowicie wielkiego talentu strzeleckiego, jest łagodny jak baranek i wszelkie zniszczenia wychodzą mu przypadkiem ;) dodam do tego, że pojawia się jeszcze historia kaznodziei-strzelca, który nosi na plecach wielki metalowy krzyż, który skrywa duże ilości ołowiu, iif you know what I mean ;) świetny klimat i design.

    Z gier zaś wszyscy jarają się RDR, a ja ciągle wspominam nie taki zły tytuł – Gun.

    1. Garett

      @Revant

      Trigun do połowy (część komediowa anime) bardzo mi się podobał, lekko, łatwo i przyjemnie się oglądało. I śmiało się, to ważne, tak na głos nawet. Później jak zrobił się z tego dramat, to tak dziwnie się zrobiło. Niby wszystko spoko pomyślane, bad guy’e są bad as fuck itd. ale nie siadło mi to i dooglądałem do końca tylko po to żeby skończyć.

    2. Zebulah

      @Revant

      Również dobrze wspominam zarówno Trigun jak i Gun. Nawet sobie oba odświeżyłem jakieś 2 lata temu i nadal dobrze się grało i oglądało.
      Kurczaki, Steam Summer Sale się skończyło, a zapomniałem o wcześniejszych zachwytach nad Red Dead Redemption i nie miałem wciągniętego na listę życzeń. Następnym razem.

  3. shani

    Ostatnio obejrzałem pewien skecz kabaretu Smile, jak to rodzice ze wsi czytają maila od syna ze studiów. Jeśli ktoś widział to będzie wiedział co i jak (jakoś na necie nie mogę do znaleźć), ale uczę się pisać teraz z polskimi literami :P Cholera, człowiek musi praktycznie od początku się uczyć. Czuję się jak jakiś paralityk klawiaturowy … albo gorzej, jak Pani z Urzędu :(

  4. bad_puppy

    Ach Justified… Ach Deadwood. Czysty miód. Ten sam aktor w prawie identycznej roli otoczony genialnymi drugoplanowcami… (Słedżen koksaka) Do trójcy brakuje jeszcze tylko Hell on Wheels.. może mam do niego mniejszy sentyment, ale to też świetny serial jest.

    1. aihS Webmajster

      @emperorkaligula

      Też na to narzekam, ale w sumie to jest ciąg dalszy – to jest prawie, że na faktach serial. Pomijając Almę, Ellswortha, wątek z żoną brata Bullocka to w sumie niemalże dokument :P Na podstawie prawdziwych wydarzeń można by strzelać co by było w kolejnych sezonach:
      - spalenie Gem’u, wielki pożar miasta (zapewne w konsekwencji utarczek z Hearstem)
      - Bullock i Star rozwijają biznes, ranczo, hotel, kopalnia
      - Jane umiera na zapalenie płuc, chowają ją obok Billa
      - odbudowa Gem’u, krucjata kościoła metodystów przeciwko Swearengenowi, wyjazd Al’a z Deadwood
      - budowa kolei wąskotorowej

      1. bosman_plama Autor tekstu

        @aihS

        I tak do pierwszej wojny światowej, bo szeryf jeszcze się na nią załapał:). Tylko pytanie, czy po wyjeździe Ala byłby sens kręcić dalej serial.
        Niestety, HBO zamordowało Rzym i Deadwood i (tego już zupełnie nie mogę wybaczyć) Carnivale. Z drugiej strony, gdyby nie HBO, te seriale pewnie by nie powstały.

    1. Ziuta

      @bad_puppy

      SyFy zaczęła ostatnio aż dwa nowe seriale. „Dark Matter” piszą kolesie od „Gwiezdnych wrót” na podstawie własnego komiksu. Z kolei „Killjoys” to taka telewizyjna odpowiedź na „Strażników galaktyki”. Kosmos, łowcy nagród i takie tam. Tylko wygląda dość biednie. Trochę green screenu, trochę jakichś wyrobisk i piwnic kręconych z nałożonym zimnym filtrem.

      W przyszłości czekają nas jeszcze: „Expanse” (adaptacja cyklu Coreya – nic nowego, ale sprawnie napisane, jest więc szansa na dobry scenariusz), „Koniec dzieciństwa” (na podstawie klasycznej powieści Arthura C. Clarke’a) oraz „Hyperion” (info sprzed tygodnia).

      1. bad_puppy

        @Ziuta

        Dzięki za cynki. O Expanse już coś słyszałem i na pewno dam szansę. Co do serialu na podstawie Clarka to imo koniecznie do sprawdzenia. Nie łykam wszelkiego SF… Oryginalny Stargate wydał mi się zbyt głupkowaty, choć przyznam że mu za dużo szans nie dałem… ale SG:U to moim zdaniem jeden z najmniej docenionych seriali (głównie przez bardzo mierne kilka pierwszych odcinków), ale jak on się genialnie rozwija pod koniec… szkoda tylko że malo kto już go wtedy oglądał, bo z typowo hard-sefewojej szczelankowo-romansowej błazenady zrobił się serial wręcz metafizyczny (i to nie tak tandetnie na siłe w stylu battlestar galactiki)… jeden z najbardziej bolesnych canceli serialowych…

        1. bosman_plama Autor tekstu

          @bad_puppy

          Podejrzewam, że to właśnie ta metafizyczność go dobiła, a nie pierwsze odcinki, które faktycznie były słabiutkie, bo twórcy próbowali w nich robić klona BG. Seriale z głębią niespecjalnie na siebie zarabiają. „Caprica” padła po pierwszym sezonie, choć była jednym z najciekawszych filmowych/serialowych pomysłów na zabawę ze sztuczną inteligencją.

          No i SG:U miał problem ze względu na przypisanie do świata Stargate. Ja akurat ten świat bardzo lubię, to lekkie (zazwyczaj) space opery z niezłymi pomysłami na cywilizacje pozaziemskie, w dodatku fajnie wykorzystującymi wątki religijne. SG:U wszedł w ten wszechświat i nawet interesująco go rozwijał, tyle, że w przeciwieństwie do pierwszych dwóch seriali był robiony totalnie poważnie. A to, podejrzewam, odstraszyło część fanów oczekujących kolejnej luźnej nawalankowej serii z sympatycznymi bohaterami.

          1. bad_puppy

            @bosman_plama

            Fakt, takie double overkill, najpierw SG:U był zbyt durny, a potem zbyt mądry ;)
            Czekam na czasy w których wzorem Kickstartera będą się realizować takie rzeczy z pomocą fanów. Poniekąd już się tak dzieje, choć to Kung Fury to taki łabędzi śpiew trochę.
            Capricę znalazłem już po informacji że serial dostał cancela, więc nawet się za to nie zabierałem.

Powrót do artykułu