Spode łba – nie adaptować?

bosman_plama dnia 5 stycznia, 2016 o 9:16    37 

tyt

Przy okazji podliczania zardzewiałych wyników doszedłem do wniosku, że w tym roku zaskakująco dużo tytułów miało swoje korzenie w powieściach, filmach bądź komiksach (a jeden w grze planszowej). Wymyśliłem, że zbuduję na tym jakiś interesujący tekst, ale policzyłem te tytuły raz jeszcze i okazało się, że pierwsze wrażenie było raczej mylne. Naciągając wyniki jak tylko się da doliczyłem się jedenastu „adaptacji”. Cóż, kiedy pomysł już się zalągł a żaden inny nie przyszedł.

Tak naprawdę sprawa jest banalna. Gry na podstawie filmów są zwykle równie do bani jak filmy na podstawie gier – to niemal jedno z podstawowych praw wszechświata. Gracze do dziś wspominają, że pierwsza ekranizacja Mortal Kombat nie była taka znowu najgorsza, ale jeśli ich spytać dlaczego, to okaże się, że zapamiętali głównie muzykę oraz wdzięki Kitany i Sonyi. Osobiście lubię też serial MK, ale dopiero od jego ostatniego odcinka (w każdym razie z tych emitowanych w Polsce), bo – UWAGA SPOILER – wszyscy w nim ginęli a zło zwyciężało. Zdecydowanie nie tego się spodziewałem. A, no i grały w nim Kristanna Loken, która potem, dała się wrobić w ekranizację Bloodrayne oraz Jaime Pressly, która z kolei powróciła do świata gier w filmie DOA: Dead or Alive (tu z kolei grała też Natassia Malthe, która została drugą nieszczęśnicą wrobioną w rolę Bloodrayne). Jakkolwiek czuję pewien sentyment do pierwszej ekranizacji i serializacji Mortal Kombat, to muszę być szczery – jeśli to ma być przykład na udany eksperyment, to czas zapomnieć o takim pomyśle na filmy.

doaFilm DOA przynajmniej zachowuje ducha oryginału. I w filmie i w grze chodzi o to samo.

Oczywiście, wiele dla zbudowania złej sławy ekranizacji gier zrobił pewien koleś o imieniu Uwe. To on odpowiada m.in. za zepsucie marki Bloodrayne. No dobra, nie był w tym samotny, bo z grami też działo się coś złego. Zresztą nigdy nie były wybitne, ale lubię je. Pierwszą za to, że mogłem rudą laską w gorsecie podgryzać gardła Niemcom, a drugą – UWAGA SPOILER – za to, że źle się kończyła. Zapewne miało to oznaczać kontynuację (filmowy epilog jest niemal falloutowy – niedobitki ludzkości chowają się w podziemnych schronach strzeżonych przez żołnierzy Bractwa Stali Siarki w zbrojach wspomaganych; na powierzchni w ruinach miast szaleją wampiry) ale ta nigdy nie doszła do skutku (bo nie jest nią pewna platformówka). Uwe zrobił z tego koszmar, jaki robił z większości filmów – czy ekranizował Far Cry, czy Alone in the Dark. Co gorsza w jego filmie Rayne nie zabija Niemców. Tzn. zabija, ale dopiero w trzeciej części, a tej akurat jeszcze nie widziałem.

bloodrayne1Terminatorka Trzecia jako Bloodrayne w towarzystwie Michelle Rodriguez, która też chyba lubi ekranizacje komiksów, bo powraca w Resident Evil. RE to ciekawostka, już chyba nikt nie wie o co chodzi w tym serialu (nie licząc faktu, że chodzi o Millę Jovovich), oprócz tego, że jego twórcy chcą chyba nakręcić tyle filmów, ile było odsłon gier.

Gdybyż tylko problemem był Uwe, można by wzruszyć ramionami. Ale przecież nie jest on sam.  Max Payne dowodzi, że prawie nie można zrobić dobrej ekranizacji gry. Jedyne, co musieli zrobić twórcy tego dziełka, to nie spieprzyć dobrego scenariusza i obsady. Dokonali jednego i drugiego. W sercach nie tylko fanów gier, ale też kina nie zapisały się ciepło próby przeniesienia na ekran innego stuprocentowego hitu, czyli przygód łysego zabójcy z kodem kreskowym na karku. Po latach doceniana jest wprawdzie wersja z Timothy Olyphantem, choć na początku fani nie zostawili na niej suchej nitki, bocząc się między innymi na to, że bohatera nie zagrał Statham. Jednak ostatecznie jest to nie taki znów najbeznadziejniejszy film sensacyjny. Ujdzie. Z ekranizacji Dooma pamiętamy (bądź chcemy zapamiętać) chyba tylko sceny FPP i ewentualnie Rosamund Pike (co ona tam robiła?).

Bloodrayne-3-Pic-1Druga Bloodrayne. Ona wcześniej była Ayane w DOA. Swoją drogą, można odnieść wrażenie, iż istnieje pewna prawidłowość: jeśli raz zagrasz w ekranizacji gry, zawsze będziesz grać w ekranizacjach gier. To tak, jak z kinem SF. Zagraj w jednym filmie fantastycznym, a przepadłeś na wieki. Skończysz w SyFy Channel, choćbyś nie wiem czego próbował.

Póki co najlepsze ekranizacje gier to te, których jeszcze nie widzieliśmy. Blizzard odmówił Uwe praw do nakręcenia Warcrafta, dzięki czemu możemy teraz, pełni obaw, czekać na widowisko przygotowane przez syna Dawida Bowie. Od lat Sony nie może dojść do ładu z kolejnymi reżyserami ekranizacji Uncharted, co też budzi nadzieję fanów (choćby dlatego, że utrącono pomysł na to, by zrobić film familijny o rodzinie pewnego rabusia-archeologa).

Co ciekawe, w drugą stronę działa to podobnie, acz nie do końca. Gry na podstawie filmów są zwykle tak fatalne, że gdy wyjdzie coś w rodzaju Mad Maxa, to ludzie kręcą z niedowierzaniem głowami, że jak to, gra na podstawie filmu jest taka fajna? Zazwyczaj jeśli powstaje jakiś murowany hit kinowy a jego producenci wymyślają, że fajnie byłoby dorobić do tego grę, wychodzi kicha tak koszmarna, że Uwe by się jej nie powstydził. Przed Mad Maxem udało się nie skaszanić tematu chyba tylko twórcom gry James Bond: GoldenEye, dość chwalonej przez recenzentów.

tombraider1Pamiętacie, że powstały kiedyś ekranizacje Tomb Raider? A pamiętacie z nich cokolwiek poza tym, że grała w nich Angelina Jolie?

Powrócę do słów: „acz nie do końca”, bo pewnie mózgi Wam już napuchły od kontrargumentów i łamiecie palce i klawiatury wypisując mi tytuły świetnych gier powiązanych jakoś z filmami. Zapewne najczęściej powracają tytuły: Star Wars, Władca Pierścieni i Batman. I nie chodzi Wam wyłącznie o wersje Lego tych wszystkich tytułów.

Oczywiście, macie rację. Powstały świetne gry oparte na tych wszystkich markach. Tyle, że prawie nigdy nie były to growe wersje filmów. W przypadku Władcy Pierścieni twórcy gier brali to, co z filmu dla nich najważniejsze i przerabiali na rąbankę (najczęściej), a potem zaczęli już w ogóle brać tylko świat. Batmany sprawdzają się znakomicie, bo nie mają żadnych związków z filmami – biorą tylko bohatera, Gotham i drani do wytłuczenia. Wśród gier ze świata Gwiezdnych Wojen znalazłyby się pewnie jakieś twardo trzymające się fabuły, o ile jednak nie są to komediowe Lego, to najbardziej pamiętamy te, które skorzystały przede wszystkim ze świata i jego gadżetów. No dobra, w Jedi Knight i Jedi Academy pojawiają się postaci z filmu, ale w tle, my zajmujemy się historiami innych bohaterów.

wing commanderA pamiętacie taki film? To w ogóle ciekawocha – zekranizować grę, która częściowo sama była filmem (z lepszą obsadą niż film, swoją drogą).
Czy wyjdę na maniaka pisząc, że z tej ekranizacji zapamiętałem najbardziej Suffron Burrows, która wprawdzie nigdy już nie zagrała w żadnej ekranizacji gry, ale przez jakiś czas powracała w filmach Mike’a Figgisa, czyli jednego z moich ulubionych reżyserów?

Bo tak naprawdę tym lepsza jest growa wersja filmu, im mniej ma z filmem wspólnego. Najlepszymi grami na podstawie Indiany Jonesa są te z serii Tomb Raider i Unchated. Z gier SW lepiej pamiętamy Kyle’a Katarna i Ravena niż Skywalkerów. Najlepszą grą opartą o Mad Maxa na wieki wieków pozostanie Fallout i nie próbujcie mi mówić, że może być inaczej. Gra Blade Runner jest znakomita m.in. dlatego, że opowiada inną historię niż film. Max Payne 3 w istocie jest wariacją na temat Człowieka w Ogniu, z czego wszyscy zdają sobie sprawę, ale nikomu to nie przeszkadza, bo to jednak wariacja na temat, a nie adaptacja.

max_payne_3Max Payne w ogniu. To znaczy w Brazylii.

Bo tak naprawdę twórcy gier najlepiej radzą sobie tam, gdzie mogą zaszaleć na własny sposób. Oczywiście, to nie zawsze się uda. Jednak daje większe szanse na sukces, niż w przypadku, gdy stoi nad nimi tłum nie tylko księgowych, ale te strażników identyczności z filmem. Tam, gdzie twórcy gier raczej inspirują się filmem (albo komiksem) niż próbują go przenieść na nowe medium, tam szanse na sukces są większe. Chciałbym napisać, że wolność tworzenia ro dobra recepta, ale zdaję sobie sprawę, że w filmach to jakoś nie działa. Max Payne (i chyba większość ekranizacji gier) to przykład takiego właśnie luźnego podejścia do pierwowzoru.

reksio3

Polski wkład – gra kultowa, ponieważ kompletnie nie trzymała się oryginału.

Istnieje więc recepta? Dla kina chyba nie. Dla gier? Być może. Jeśli tylko gra nie musi być zbyt mocno powiązana z filmem, jeśli nie stoją za nią wielkie wytwórnie filmowe, wtedy ma szansę. Albo wtedy, gdy jak w przypadku Gry o Tron albo Żywych Trupów poświęca grywalność na rzecz fabuły, czyli tak bardzo zbliża się do kina bądź literatury, jak tylko można. A jak miałoby sobie radzić kino? Pojęcia nie mam. Mogę lubić ekranizację DOA za tłum lasek kopiących tyłki w dobrej sprawie, ale to nie jest przepis na sukces. By może w ogóle go nie ma?

Dodaj komentarz



37 myśli nt. „Spode łba – nie adaptować?

  1. Tasioros

    Najlepszą ekranizacją gry jak dla mnie jest do tej pory „Silent Hill”. Film nieźle nakręcony i bardzo klimatyczny, wiele zapożyczający z gier. Przynajmniej tak go zapamiętałem. Później od biedy można podać „Prince of Persia”, ale to już typowy średniak. Cieszyłem się, gdy tworzono wspomniany film „Doom” i oczywiście ostatecznie się zawiodłem. Jednak po tylu innych „wspaniałych” produkcjach mam nadzieję, że film Bioshock nie powstanie. No bo po co?
    W drugą stronę natomiast nie potrafię podać przykładu czegoś dobrego. Gdzieś kiedyś czytałem, że gra dla dzieci na podstawie Epoki lodowcowej była niezła. Wiele było filmów, które chciałbym zobaczyć w wersji growej, jak choćby kiedyś „Matrix” czy „Men in black” – wydawały się idealnym materiałem na gry. Gra na podstawie MiB była i gdzieś przepadła, bo słaba była strasznie (nawet w demo grałem). Matrix dostał nieciekawe „Enter the Matrix” i jakieś MMO.

    Edit: Mam! Kroniki Riddicka. Postać żywcem wyciągnięta z filmu, a gra lepsza niż sam film – great success! Choć z filmu jest tylko Riddick, a w filmie jest tylko wzmianka o Butcher Bay.

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @Tasioros

      Myślałem o Matrixie, ale to trochę ekranizacja futurystycznego Mortal Kombat;). Mamy złe imperium i bohaterów, którzy bronią przed nim ludzi poprzez wysmakowanie kręcona kopaninę:). Jedyne, co trzeba zrobić, to wcisnąć Neo i ekipę do następnej edycji MK.

      O Silent Hill zapomniałem, a to ciekawy kierunek, bo przygodówki i horrory powinny być teoretycznie najlłatwiejszym materiałem dla filmowców ponieważ posiadają zwykle jakieś fabuły mniej szczątkowe od reszty gier. Do tego przygodówki mają zwykle wyrazistych bohaterów. Cóż z tego jednak, skoro filmy potrafią skopać najbardziej nawet wyraziste postacie kiepskimim castingiem.

    2. Yosh

      @Tasioros

      W drugą stronę? Przecież to oczywiste: Dune I. Wracam do niej wielokrotnie i wcale mi nie przeszkadza, że fabuła do książki jest „alternatywna”, twarze z filmowej adaptacji Lyncha…. jak tak sobie myśle to chyba nie znam lepszej adaptacji….

      Filmy LucasArts miały też szczęście – przygodówki przyjemne, genialny TIE Fighter….

      W pierwotną stronę… hmmm został w pamięci tylko MK1 i DOA :)

    1. PeteScorpio

      @michrz

      Tak Wolverine był całkiem spoko.Pomimo tego iż mieliśmy tam aktorów znanych z filmu to gra swoim charakterem bardziej przypominała komiks niż film – była fest brutalna. Najfajniejsza rzecz jaką pamiętam to system obrażeń jakie otrzymywał nasz protagonista. Kule penetrowały ciało Rosomaka aż miło, wyraźnie było widać rany od postrzału jak i rany cięte, które z czasem oczywiście zaczynały się zasklepiać i znikać. Podobny system powtórzył się potem w multiosobowej nawalance Loadout, jednak w bardziej przerysowanej, kreskówkowej odsłonie.

    2. lemon

      @michrz

      Grałem, nawet ujdzie, chociaż grafika na Unreal Engine wyglądała słabo już w momencie premiery (te plastikowe dżungle). Nie powtarza fabuły filmu, tylko ją uzupełnia, więc po zagraniu można obejrzeć film, albo po filmie można zagrać i nie żałować, że to jeszcze raz to samo.

  2. larkson

    Tylko Riddick. Super gra z gęstym klimatem i wciąż całkiem niezłą grafiką. Assault on Dark Athena też jest całkiem całkiem, tylko nie miało takiego uroku jak Butcher Bay, a i większy nacisk położono na strzelanie. Brat zaś kiedyś lubił grową adaptację Constantine (wiecie, tego filmu z Keanu), mimo, że to był straszny przeciętniak. Za co lubił? Nie wiem, chyba z tych samych powodów dla których lubi Fallouta 4.

    Stosunkowo niedawno grałem też w „Enter the Matrix” (nadal mam big boxa w wersji z 4 CD :) ). W momencie premiery nie powalała, a teraz ta gra jest po prostu straszna :P

  3. mr_geo

    A gry z serii „Lego” się liczą? Bo taki np. Lego LotR był całkiem nie najgorszy, a momentami nawet baaaardzo dobry (i tak głębiej nad tym zastanawiając to w sumie była to JEDYNA gra którą wolałem ogrywać na kontrolerze a nie na K+M).

    Poza tym kilka gier z uniwersum SW było całkiem niezłych, ale tutaj raczej o adaptacji można mówić tylko naprawdę najluźniejszym możliwym sensie (np. SW: Republic Commando).

    A wychodząc z ogródka PC (i nawet opuszczając western hemisphere), to istnieje całkiem sporo konsolowych adaptacji „kultowych” (rany, jakie to jest durne sformułowanie) mang i anime które czasami są zaskakująco dobre, a które w Europie pojawiały się (o ile w ogóle) tylko w postaci filmów: Appleseed, Area 88…

            1. Yosh

              @iago

              Kurka ja mam 3 i 4 japoński…. jakby ciążył tobie pierwszy i znałbyś kogoś komu ciąży 2gi… :) :)

              Appleseed zawsze wolałem od GitS, ta bufonowatość ludzi nawróconych na anime po GitS, czy dopatrujących się tam objawienia strasznie mnie drażniła. Malo było w tym Masamune, którego mangii zarówno w Apple jak i GitS były ze sporym przymrużeniem oka.

  4. Kerdej99

    The Watchmen jeszcze… całkiem dobra adaptacja bardzo dobrej filmowej adaptacji genialnego komiksu ;) https://www.youtube.com/watch?v=aVUDdQS2UxA To intro to naprawdę majstersztyk i „Złota” i „Srebrna” era komiksu w skrócie.
    No i przygodówka na podstawie Blair Witch- pamiętam, że kolejne części były w trójkątnych pudełkach wydawane. Ale grałem tylko w pierwszą, była za straszna żeby ją skończyć ;)

  5. lemon

    AvP2 – brała najlepsze z obu filmowych marek. Za to filmy AvP to porażka, chociaż scenę z Predatorem łapiącym Aliena za ogon i wymachującym nim dookoła pamiętam do dziś. :)
    The Godfather – gra może nie wybitna, ale fajnie uzupełniała się z filmem.
    Podobno Scarface był niezłą grą.
    I Punisher też.
    The Warriors od Rockstara było dobre.
    The Thing nikomu chyba nie trzeba przypominać.
    Gra o King Kongu (tym Jacksona) nie była zła, tzn. mniej więcej na poziomie filmu.
    NFS Underground – najlepsza nieoficjalna adaptacja Szybkich i wściekłych (do momentu wyjścia NFSU2).
    Star Trek: Elite Force – dobre, bo robiło Raven.
    Dwie gry o Buffy na Xboxa były chwalone.

    No i te starsze gry (z czasów NES-a) pokroju Króla Lwa, Aladyna, Żółwi Ninja, Robocopa, Batmana itd. były całkiem, całkiem.

      1. Tasioros

        @Kawira

        The Thing było całkiem klimatyczne… ale tylko na początku. Później to już zwykła strzelanina bez polotu z całkiem fajnymi potworkami. A poczucie zagrożenia, jakie miała powodować niepewność co do towarzyszy (jeszcze człowiek czy już nie), szybko wyparowywało mimo wszechobecnego mrozu.

Powrót do artykułu