Spode łba – łupy z Pyrkonu

bosman_plama dnia 28 kwietnia, 2015 o 9:22    60 

tyt

Jak było napisał już Nitek. Mogę dodać kilka opowiastek od strony zaganianego między kolejnymi panelami faceta, ale nie jestem pewien czy takie niszowe teksty by tu kogoś zainteresowały. Zamiast tego opiszę co sobie z Pyrkonu przywiozłem. Bo może też będziecie mieli ochotę sięgnąć po te tytuły.

Oczywiście przywiozłem niemal wyłącznie książki. Jak zawsze kusiło mnie by kupić fap-poduchę, ale jak zwykle zwyciężyły drobnomieszczańskie zahamowania i nie kupiłem. Kusiło mnie też by pocieszyć smutnego kolesia na stoisku Pixela i kupić u niego ze dwa numery pisma, ale odłożyłem to na „później” a ono nie nadeszło. Koniec końców nie kupiłem prawie nic, bo tak się złożyło, że wszystko, czego chciałem dostawałem w prezencie.

poduchyFap poduchy

„Szczury Wrocławia” Roberta Szmidta trafiły do mnie, ponieważ należę do szczęściarzy, którzy zostali w tej książce zabici. A może nawet pożarci? Nie jestem pewien, bo jeszcze tego nie doczytałem. Możecie kojarzyć tę powieść z akcji na fejsie. Autor ogłosił, że każdy, kto chce u niego zginąć, powinien do niego zagadać. Zagadało tyle osób, że wszystkie się nie pomieściły, w związku z czym powstanie tom drugi.

szczury1

Sama książka traktuje o zombie, ale w ciekawy sposób. W latach sześćdziesiątych we Wrocławiu naprawdę doszło do epidemii, ludzie naprawdę powpadali w panikę i naprawdę nikt nie wiedział co się właściwie dzieje, O ile mi wiadomo nikt wprawdzie nie zamienił się w zombie, ale pewności nie ma. Robert Szmidt napisał więc powieść opartą wyjściowo na faktach, a potem już popuścił wodzy wyobraźni. Mamy więc Wrocław, komunę, ZOMO i zombie trochę inne od tych, jakie są powszechnie znane, na zombie, jakich jeszcze nie widzieliście. Te Roberta zbudowane są na zasadzie: „nie można zabić czegoś, co nie żyje” (ktoś zgadnie, swoją drogą, z jakiego komiksu to cytat?). Jak powiedział Robert Szmidt: „w popkulturze istnieją dwa rodzaje zombie: te powolne od Romero i te szybkie z „28 dni później, ja postanowiłem wymyślić własne”. Jego zombie nie są więc najszybsze, ale za to nie można ich zabić strzałem w głowę. Bo przecież już nie żyją.

szczury kolekcjonerkaKolekcjonerka „Szczurów Wrocławia”

„Szczury…” są chyba pierwszą w Polsce powieścią wydaną na wzór gier komputerowych. Można więc kupić je sobie ot tak, po prostu – jak zwyczajną książkę, albo można je kupić w edycji kolekcjonerskiej z całą masą dodatków – koszulką, mapą a także… własnym aktem zgonu.

Roberta Szmidta możecie znać jako autora m.in. „Apokalipsy wg Pana Jana”, albo „Samotności Anioła Zagłady”, którego wznowienie ukazało się ostatnio. To też dwie powieści post apo, ale znacznie różniące się od siebie. W „Apokalipse…” mamy Polskę, spiski, walkę o władzę itp. a w „Samotności…” całkowicie wyludnione Stany i wędrującego przez nie samotnego żołnierza.

jestem postaciąTak jest, ja też tam ginę.

Druga zdobycz, to „Łzy diabła” Magdy Kozak. Też jeszcze nie przeczytałem, ale mam ochotę zobaczyć, jak Kozak przerobiła literacko swoje doświadczenia z Afganistanu. Wiem, że nie mam co spodziewać się „Cienkiej czerwonej linii”, „Paragrafu 22″ ani nawet (chyba) „Wiecznej wojny”. Ale na przykład Glen Cook też wykorzystał swoje doświadczenia z wojny w Wietnamie przy pisaniu „Czarnej Kompanii”. Można więc doświadczyć wojny i sięgnąć do tego doświadczenia tworząc literaturę rozrywkową wysokiej próby.

kozakMagdę Kozak możecie pamiętać – albo nie – z cyklu „Nocarz” o wampirach służących w polskich tajnych służbach (albo walczących z nimi) bądź z powieści „Fiolet” opartej na całkiem fajnym pomyśle zabójczych nasion z kosmosu, które zlikwidować da się tylko gdy przekroczą warstwę ziemskiej atmosfery, ale nim rąbną w ziemię. Z nasionami walczą więc wyłącznie spadochroniarze, którzy mają kilkanaście sekund, by podczepić się pod nasiono, zamontować ładunek, odskoczyć i dopiero po jakimś czasie rozłożyć spadochron. Michael Bay zrobiłby z tego cholernie widowiskową adaptację.

Akcję „Łez Diabła” Kozak umieściła na innej planecie, której spore połacie przypominają nieco krajobrazy afgańskie. Ludzie lądują na niej, spotykają tubylców i zaczyna się jazda, jaką znamy z kontaktów między cywilizacjami. To kolejna powieść, jakiej nie zdążyłem jeszcze przeczytać, dam znać więcej, gdy poznam ją bliżej. Dotychczas Kozak pisała szybkie opowieści sensacyjne, w których czuć było jej fascynację bronią i wojskiem. Akcja goniła akcję, bohaterom zdarzało się zginąć, niemal wszyscy byli twardzielami, ale niektórzy byli nimi bardziej.

wolsung1Teraz odrobina prywaty. Na Pyrkonie swoją premierę miała antologia opowiadań umieszczonych w świecie Wolsunga. Wolsung to polski system RPG, który odniósł na tyle spory sukces w kraju, że zdecydowano się przetłumaczyć podręcznik do niego na angielski, w związku z czym zaczęli grać weń ludzie na całym świecie. Niektórzy mówią, że jest jednym z najprostszych systemów na świecie i na tę prostotę sarkają, inni, że nawet Wasze babcie byłyby w stanie nauczyć weń grać swoje babcie więc prostota zasad jest zaletą, a jeszcze inni, że wymyślili go szaleńcy na metylowej delirce. My wiemy, że nazywa się Stig, że został umieszczony w steampunkowym świecie wszechpopkulturowych nawiązań, w związku z czym sesja Wolsunga z oblatanym popkulturowo mistrzem gry może zamienić się w jazdę bez trzymanki po przygodach znanych z opowieści o mumiach, przedwiecznych bogach, podróżach ukradzionym balonem, zwiedzaniu bezludnych a tajemniczych wysp i odpierania ataków fanatycznych wampirów z dalekich pustyń. A to wszystko przy użyciu parowych mechów zwartych w śmiertelnych zapasach z kamiennymi mechabogami napędzanymi krwią ofiar.

antologia_promoW takim to świecie zostały osadzone opowiadania z antologii. Ich autorami są laureaci konkursu ogłoszonego przez wydawcę, ale także znani i to nie byle jacy autorzy. I to tacy, których opowiadań próżno szukać w pismach i antologiach, bo ciężko ich namówić, by znaleźli czas na ich napisanie. Pojawił się więc Maciej Guzek, kiedyś ulubieniec krytyków i fanek o ogromnych oczach i sercach, dziś wielki nieobecny polskiej fantastyki. Jest Krzysztof Piskorski, fachura o niepospolitej wyobraźni. Jego opowiadanie już przeczytałem. To przykład fantastycznej, radosnej rozrywki. Strasznie mu zazdroszczę, że jej napisał, bo sam szykowałem się do napisania powieści w podobnym tonie. Teraz będę musiał kombinować. Aha, jest w tomie i moje opowiadanie.

wolantoNa koniec zostawiłem tzw. kokosa na torcie, czyli najnowszą powieść Roberta Wegnera, czwarty tom jego cyklu: „Opowieści z meekhańskiego pogranicza”: „Pamięć wszystkich słów„. Robert, oprócz tego, że jest znanym piosenkarzem konwentowym (możliwe, że gdzieś w sieci da się znaleźć jego brawurowe wykonanie znanego polskiego szlagieru), pisze też powieści i opowiadania. Opowiadania są różne, natomiast powieści są fantasy. Robert stworzył własny świat, oryginalny, choć korespondujący z takimi cyklami jak dzieła Kresa, Eriksona czy Cooka. Mamy więc imperium w czasach kryzysu, hordy u bram, spiski na najwyższych szczeblach, bogów rozgrywających swoje gierki i żołnierzy stojących w samym środku tego wszystkiego. Najnowsza powieść „Pamięć wszystkich słów” niespecjalnie rozwija wątki z „Nieba ze stali”. Zamiast tego skupia się na bohaterach, których w tamtym tomie prawie nie było (albo wręcz wcale nie było), a których znamy z części opowiadań o Południu i Zachodzie. Dla mnie był to pewien kłopot, bo za tymi akurat bohaterami nie tęskniłem, wolę chłopaków z Północy. Niemniej Wegner pisze na tyle dobrze (znaczy: porywająco), że szybko wciągnęły mnie przygody trójki bohaterów poniewieranych przez autora wręcz nieludzko. Mnóstwo tu pościgów, napadów, potyczek i pojedynków. Akcja zwalnia czasem, byśmy mogli zapoznać się z kulturą jakiegoś nowego państwa, ale zaraz okazuje się, że wcale nie zwolniła, bo to, co mieliśmy za chwilę oddechu, było tylko przynętą na bohatera i na czytelnika. Tak naprawdę ciągle znajdujemy się w oku cyklonu.

wegner„Pamięć wszystkich słów” to także tom napisany po to, byśmy wreszcie mogli poznać bogów, o których dotąd wiedzieliśmy tylko, że istnieją. Teraz bogowie pojawiają się osobiście – jedni knują, inni są ofiarami knowań; jedni są młodzi i pełni wigoru, inni wręcz umierający. I wszyscy mają tajemnice. Coraz mocniej czuć w powieści klimaty z Eriksona, ale Wegner na szczęście nie mnoży aż tak wątków, więc czytelnik nie gubi się w mrowiu postaci i ich wzajemnych powiązań. Co nie znaczy, że już wiadomo wszystko. Przeciwnie, w czwartym tomie cyklu pojawiło się więcej pytań niż odpowiedzi, a świat stał się jeszcze bardziej tajemniczy. Kto już polubił Wegnera, będzie się przy tym tomie nieźle bawił, nawet jeśli zatęskni za oddziałem z czerwonymi szóstkami na płaszczach (chodzili po Pyrkonie kolesie w takich płaszczach). Kto jeszcze cyklu Wegnera nie polubił, powinien choć spróbować to zrobić, najlepiej zaczynając od pierwszego tomu opowiadań – „Północ – Południe”.

Pisząc o „Szczurach Wrocławia” korzystałem z materiałów z fejstrony powieści.

Dodaj komentarz



60 myśli nt. „Spode łba – łupy z Pyrkonu

          1. Nitek De Kuń

            @iHS

            Nie mam bladego pojęcia kto to był. Jeśli mam ekipę legendarną, to takie osoby wysyłam w teren.
            Popatrz przecież na bosmana. Powystawiałem go na Pyrkonie gdzie się da. Nie dość, że dwie nagrody wyhaczył, siedział obok Głuchowskiego, to jeszcze zakupy zrobił i autografy rozdał.

  1. Revant

    Damn, ale się napaliłem na te Szczury Wrocławia O_O gdzie można dorwać tą kolekcjonerkę?

    Magdę Kozak zaś lubię właśnie za to lekkie „kino” akcji. Trylogię Nocarz polecam, świetny materiał na filmy, a nawet serial. Fiolet również przeczytałem, ale jakoś tak…niby fajnie, niby inaczej, ale brakowało mi jakby „szlifu” językowego przez co męczyłem się w paru momentach. No i końcówka mało satysfakcjonująca z tego co pamiętam.

  2. carstein

    Teraz będę narzekał na ogólnie polską fantastyke. Robiłem kilka podejść do różnych autorów i niestety zwykle jest to nędza niemożebna. Da się oczywiście czytać Sapkowskiego (poza Żmiją), dobry jest Dukaj (poza oczywiście ostatnią książkę) ale reszta to jakaś porażka – tania dydaktyka, zero researchu, pomysły z jelita. Ostatnio spróbowałem szeroko reklamowanego ‚Pana Lodowego Ogrodu”. Dotarłem chyba do 150 strony – to jest książka dla dorosłych ludzi? Jakieś walenie na odlew ideolo – unia europejska jest zła, socjalizm jest zły, bo mu te fretki polować nie chciały jak dostały socjal. No proszę was.
    Jak sobie czytam Stephensona albo Wattsa albo Strossa to tam jest research za pomysłami, jest jakaś naukowa podbudowa, są naprawdę rewolucyjne pomysły (a nie tani antropocentryzm). A co jest w polskich książkach? Głównie ideolo (zresztą chyba Dukaj napisał długi artykuł o tym jak to polska fantastyka jest ostro zarażona prawicowością).
    Może ktoś poleci jakiegoś polskiego autora który piszę SF na poziomie?

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @carstein

      Dukaj artykuł o ideolo napisał sto lat temu, dziś jego aktualność jest jakby mniejsza.
      Jeśli interesuje Cię przede wszystkim SF, a w szczególności to, co dziś jest uznawane za Hard SF, to poczytaj przywołanego już Zbierzchowskiego, trylogię Podrzuckiego, opowiadania i powieści Zimniaka, opowiadania Kuby Nowaka i teksty Kosika dla dorosłych. Przy czym np. Kosik nie ukrywa, że nie podoba mu się przesadne zaangażowanie państwa w życie obywateli oraz wysokie podatki, więc możesz to potraktować jako ideolo.

      Z drugiej strony fragmenty ideolo pojawiają się i u autorów zachodnich, np. w Cryptonomiconie Stephensona. Egan to w ogóle bardziej ideolog-naukowiec niż pisarz. Tylko, może, nie są tak nachalne (nie licząc Egana) jak np. u Grzędowicza czy Pilipiuka? Zauważ jednak, że są i to bardzo dużo, czego dowodzi afera sad puppies.

    2. furry

      @carstein

      Co jest nie tak z ostatnią książką Dukaja i dlaczego to takie oczywiste?

      EDIT: Hm, jeśli nie podchodzi ci prawicowe „skrzywienie” polskich fantastów, to może Trylogia Borunia i Trepki?

      EDIT: Rebis wydaje nową serię, Horyzonty zdarzeń, ale zastrzegam że nic jeszcze nie czytałem. Za darmo masz minipowieść Szmidta dostępną na stronie autora, choć jest taka se… ;-) Dobrze za to wspominam Toyland, też nie jest to arcydzieło, ale może byłem młodszy i więcej wybaczałem.

      1. bosman_plama Autor tekstu

        @furry

        „Prawicowe skrzywienie polskiej fantastyki” to skomplikowana sprawa.
        Generalnie autorzy fantastyki – tak w Polsce jak i w innych krajach – często są antysystemowi, albo przynajmniej podejrzliwi wobec systemu. Tyle, że o ile w Usach czy Anglii antysystemowość wiązała się zwykle z lewicowością, tak u nas, w najweselszym obozowym baraku demoludów, antysystemowość ustawiała pisarzy po prawej stronie.

        Ta podejrzliwość wobec systemu naszym autorom pozostała (czy nie jest zresztą naszą cechą narodową)? Do tego dochodzi pewna niekompatybilność polskich terminów: ‚lewica” i „prawica” z zachodnimi i lądujemy w niezłym burdelu.

        1. furry

          @bosman_plama

          Ależ ja się nie kłócę o to, że spora część autorów polskiej fantastyki (a w latach 90-tych jeszcze większa, z Dukajem włącznie) była i jest, no powiedzmy że prawicowa (używając polskiej definicji), w sensie kontestowała wiadomoco. A w latach 80-tych pewnie jeszcze bardziej, ale nie interesowała mnie wtedy twórczość Zajdla czy Wnuka-Lipińskiego, tylko „Dzieci z Bullerbyn”.

          Z ciekawości: Google mi znalazło, chodzi o te teksty?

          http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4639

          1. bosman_plama Autor tekstu

            @furry

            Tak to ten. Dukaj tam się dziwi, a ja się dziwię jego zdziwieniu. To oczywiste, że Parowski, Oramus, Jęczmyk byli i są prawicowi, bo oni życie spędzili na zapasach z komuną. A że Ziemkiewicz, Grzędowicz i Pilipiuk też tacy są? Co w tym dziwnego? Każdy z nich jest po czterdziestce, a to znaczy, że oni też pamiętają stanie w kolejkach po papier toaletowy i obowiązkowe zaganianie na marsze pierwszomajowe, urządzanie przedstawień z okazji rocznic rewolucji itp. Więc lewicowość kojarzy im się z opresyjnością i nie mają do niej zaufania.

            Jakby nie było, tekst jest sprzed siedmiu lat. W ich trakcie dorośli autorzy i fani fantastyczni, dla których utrapienia dzieciaków (i dorosłych też) urodzonych w latach 60 i 70 to abstrakcja, a „zły system” i opresyjność kojarzą im się raczej z kościołem niż lewicą. Inaczej też patrzą na samo pojęcie. Leszek Miller pewnie ich gniewa i śmieszy, stare waśnie mają gdzieś, są bardziej otwarci na zachodnie idee. Tego może nie widać jeszcze tak mocno w literaturze, ale w dyskusjach i publicystyce już tak.

            1. quross

              @bosman_plama

              Tylko że teraz tak ogólnie „prawica” jest jakieś milion razy bardziej popularna niż te 7 lat temu. Warto spojrzeć np. na młodych ludzi – wśród nich to wręcz „obciach” mieć chociażby centrowe poglądy. Panuje wszechobecna zasada: kto nie z nami, ten przeciw nam. Kiedy jeszcze czytałem Fabrykę Słów to nie zauważałem tego, ale może po prostu nie zwracałem uwagi? Kilka lat temu dowiedziałem się, że w drugim wydaniu „Przenajświętszej Rzeczpospolitej” Piekara wykreślił jakieś tam fragmenty wątku z biskupem seksoholikiem i to mnie mocno ruszyło. Na półce mam pierwsze wydanie i X lat temu wydawało mi się, że tam autor nikomu nie oszczędził, waląc na odlew w każdą stronę. Widocznie potem zmienił zdanie.

    3. borianello

      @carstein

      Wiesz, ideolo nie jest złe, jeżeli umiejętnie podane – w końcu każdy myślący człowiek powinien mieć jakiś paradygmat myślowy.
      Gorzej, jeżeli ideologia jest podana jak walenie cepem, czyli właśnie w przypadkach Grzędowicza czy Pilipiuka. Miałem ten sam odbiór tych książęk, Pana Lodowego Ogrodu jakoś przebrnąłem przez pierwszy tom, drugiego nie dałem rady, już ne pamiętam dokładnie dlaczego, chyba się czytać nie dało.

      1. slowman

        @borianello

        Może to? „Vukko Drakkainen jest outsiderem gardzącym współczesną (bohaterowi – można jednak domniemywać, że za bardzo nie różni się od naszej) kulturą ludzką, w której indywidualizm i samostanowienie blokuje gąszcz praw i kodów zabraniających to tego, to tamtego. Z licznych monologów wewnętrznych, w których bohater prezentuje czytelnikowi swój światopogląd możemy wywnioskować, że Vukko jest korwinistą, co się zowie. Ponadto, zdaje się nie zauważyć pewnego paradoksu – z jednej strony bohater krytykuje współczesną mu cywilizację ludzką, z drugiej – tęskni do luksusów, jakie mu zapewniała. Ponadto w świecie, który przemierza w poszukiwaniu zaginionych naukowców (to tak w skrócie o fabule) przy życiu utrzymują go właśnie zdobycze cywilizacji, którą gardzi – laserowo ostrzony miecz, wczepiona w mózg ameba wyostrzająca zmysły i intelekt i tak dalej.”

        http://mistycyzmpopkulturowy.blogspot.com/2013/04/ciec-lodowego-ogrodu.html

        1. bosman_plama Autor tekstu

          @slowman

          Przy czym zarzut, że postać z powieści potrafi myśleć, działać i czuć niekonsekwentnie może być akurat komplementem. Bo to znaczy, że postać jest prawdziwsza niż jakiś perfekcyjnie konsekwentny bohater. Wszyscy myślimy, czujemy i działamy niekonsekwentnie. Na przykład wsuwamy pizze z podwójnym serem choć tęsknimy do szczupłych sylwetek:D.

Powrót do artykułu