Spode łba – coś się kończy a coś trwa

bosman_plama dnia 5 kwietnia, 2016 o 8:27    64 

tyt

„Coś się kończy, coś się zaczyna” – to tytuł jednego z opowiadań Andrzeja Sapkowskiego, wyrażającego, jak się zdaje, spory optymizm w podejściu do świata. Zakładanie, że początki są równie powszechne, jak zakończenia mam bowiem za optymistyczne. Obecnie temu i owemu (tytułowi) udaje się dotrzeć do końca, jednak początki rzeczy nowych są rzadkością. Jesteśmy bowiem konsumpcjonizmem długiego trwania.

A wszystko to przyszło mi do głowy, ponieważ w okolicach prima aprilis rozpoczął się początek końca Banshee, serialu, jak to sobie uświadomiłem, superbohaterskiego. Do tej pory sądziłem, że to współczesny western i nie wycofam się z takiego odczytania serialu. Ale w pierwszym odcinku nowej serii element superbohaterski jest wcale nie mniej obecny niż w Daredevil, więc nie da się go zignorować.

Banshee 310 Poster_FULL

Inne seriale mają teasery, a Banshee ma postery zdradzające mniej więcej o czym będzie dany sezon i podpowiadające pewne fakty z jego zakończenia, bądź otwarcia, Tu na przykład jest zakończenie trzeciego sezonu.

Banshee lubi zaskakiwać. Na początek tym, że zostało zaplanowane jako zamknięta historia i od tego planu nie odstąpiono, co przydarzyło się np. Revenge, czyli historii o tym, że w dzisiejszych czasach hrabia Monte Christo musiałby być kobietą. Zaplanowany jako zamknięta historia serial odniósł nieliche powodzenie,rozbudowano go więc i nagle zmienił się w serial o niekończących się zmartwychwstaniach postaci, które trzeba zabijać bez końca. Alan Ball (odpowiada za scenariusz do American Beauty i produkcję True Blood) od początku mówił, że Banshee ma konkretną historię do opowiedzenia i choć początkowo mogło się wydawać, że tej jednej, konkretnej historii nie widać, że każdy sezon to opowieść o kolejnym niespecjalnie udanym skoku obłędnie barwnej ekipy włamywaczy, przeplatana lokalnymi wojnami w Banshee, to trzeci sezon dowiódł, że Ball wiedział o czym mówi i nie ściemniał.banshee2No i zakończył się tak, że wszyscy wiedzieliśmy, że w kolejnym sezonie akcja nawet nie będzie miała czasu zwolnić, bo bohaterowie muszą ratować kumpla, jak ciągle się nawzajem ratowali przez wszystkie sezony. Jasne, będzie ciężko i krwawo, ale przecież zawsze, potwornie poobijani i słaniający się na nogach, wychodzili ze starć zwycięsko.

A tu figa.

Najpierw zaskoczono fanów informacją, że czwarty sezon będzie ostatnim, choć początkowo planowano większą nieco ilość sezonów. Potem pierwszy odcinek ostatniego sezonu nakładł po pyskach właściwie wszystkim. Akcja zwolniła tak, że prawie jej nie ma. Ratowanie kumpla? No cóż… Chyba nie wyszło. Bohaterowie nie są triumfujący, tylko złamani, a akcja toczy się dwa lata po zakończeniu poprzedniego epizodu. Jest ciekawie, krwawo i brutalnie? Oczywiście. A przy tym jest superbohatersko. Bo oto główna postać kobieca, psychicznie zdemolowana bardziej niż wcześniej, bo po tym jak ją porwano, bito, postrzelono na koniec odebrano wszystko, by nie zwariować i złapać chwilę oddechu nocami wychodzi by łamać nogi i ręce draniom, z którymi sprawiedliwość sobie nie radzi. Coś jak inna postać z serialu superbohaterskiego, Jessica Jones, tylko znacznie lepiej i ciekawiej. Choćby dlatego, że w Banshee poznawaliśmy historię tej postaci przez lata, więc jesteśmy  z nią oswojeni i związani.

banshee-character-poster-carrie_612x907

Główny bohater to teraz Wolverine. Złamany i zarośnięty siedzi w głuszy. Ma wszystko w tyle, rozbił zbyt wiele szczęk, połamał zbyt wiele kulasów i nie wyszło mu o jeden raz za dużo. Tu akurat otrzymujemy wytarty schemat. Bo na tym świecie, od którego się odciął znowu do czegoś doszło i Wolverine budzi się ze swojego snu, wychodzi na światło, by znów zacząć łamać szczęki i kończyny łotrów. Przy okazji tonacja westernowa ustępuje nastrojowi czarnego kryminału. Jest zły burmistrz trzymający wszystkich w garści (nawet zbuntowany przeciw niemu szeryf nic nie może), są bezwzględni gangsterzy i jest samotny „prywatny detektyw” starający się rozwiązać sprawę serii zabójstw. Bohater jeździ odpowiednio starym samochodem, pasującym do epoki czarnych kryminałów a po okolicy kręcą się tajemnicze, zabójcze blondynki. Czuję, że ktoś dostanie od jednej z nich kulę w plecy. A potem wydarzenie telewizyjne, jakim jest Banshee dobiegnie końca. Będę za nim cholernie tęsknił.

banshee-season-4-postergodr

Trochę się boję, że nie zatęsknię tak za Daredevilem, serialem, który trwa. Nie, żeby drugi sezon był jakoś szczególnie zły, choć nie spodobało mi się to, co zrobili z Punisherem. Nie jestem pewien, czy to nie jest serial, w którym wszyscy są ciekawszymi postaciami niż główny bohater. Coś takiego śmigało mi po peryferiach mózgu, gdy oglądałem pierwszy sezon i odkrywałem, że znaczni bardziej interesują mnie losy Fiska, niż Daredevila. W drugim sezonie najbardziej czekałem, żeby wreszcie przyszła Elektra, naprawdę pokręcona dziewczyna, ze swoim podejściem do życia bardziej pasująca do świata Batmana niż Marvela, gdzie jednak nawet jak ktoś nie jest grzeczny i jednoznaczny, to szybko podaje się dla jego upadków i grzeszków wyjaśnienie, podczas gdy Elektra jest po prostu szalona i tyle.

daredevil-season-2-elektra-elodie-yung_0

Daredevil, Batman, Flash, Avengers – można by długo wyliczać historie, które nigdy nie dobiegną końca. Wszystkie one pochodzą ze świata wiecznych franczyz, niekończących się zmartwychwstań, wśród których coś takiego jak „autorstwo” zniknęło. Batman naparza się obecnie z Supermanem w szczątkach fabuły komiksu Franka Millera dopasowanej do świata wyrwanego niczym bolący ząb z filmowego pomysłu Nolana i przeszczepionego do ukazywanej w zwolnionym tempie hiperpatetyczności Snydera (przykład podobny do Jacksona – filmowy wizjoner, który byłby świetnym producentem, ale nigdy nie powinien był zostawać reżyserem, bo pojęcia nie ma o tym fachu i wydaje mu się, że sposobem na film jest zrobienie wszystkiego za bardzo). A kiedy nie ma autora, lecz księgowi zatrudniający legiony autorów, opowieść nigdy się nie kończy. Kiedy przestaje przynosić zyski, hibernuje się ja na jakiś czas, by potem wystrzelić z wielkim powrotem, odmianą wizerunku itp.

banshee5

A Banshee się skończy. Trochę drżę z niepokojem na myśl o tym, jak. Podobnie, jak odczuwam niepokój na myśl o zakończeniu serii Uncharted. Podobno wybrańcy, na których je testowano strasznie się o nie kłócili. Wątpię, by Nathan Drake zginął, w końcu twórcy gry coś tam przebąknęli, że Sony, jeśli chce, może ciągnąć serię, byle już bez nich, bo oni chcą się zając innymi sprawami. Ale to może takie przecieki dla odwrócenia uwagi?

banshee-season2-poster04

Tak naprawdę wobec takich seriali (telewizyjnych i growych i filmowych) jestem trochę jak dziecko, które chciałoby i mieć ciastko i je zjeść. Chciałbym móc oglądać dalsze sezony Banshee, grać w kolejne odsłony Uncharted, jak kiedyś chciałem, by kręcono jeszcze jedną i jeszcze jedną Szklaną Pułapkę. Ale choćby na przykładzie tej ostatniej wiem, że co za dużo, to niezdrowo. Że najlepsze są te opowieści, które jednak, niestety, się kończą.

Dodaj komentarz



64 myśli nt. „Spode łba – coś się kończy a coś trwa

  1. Nitek De Kuń

    Jestem zwolennikiem kończenia szybciej niż zakładają to panowie w garniturach. O serialach mówię oczywiście.
    W innym przypadku seriale zaczynają być rozmemłane na drobne, z bohaterów stają się złoczyńcą i zamiast bawić, żenują. Tak było z Prison Brekiem, Dexterem, True blood był tym gorszy im dłuższy (koniec końców odpadłem na Lilith), Jericho, Pod Kopułą (tu akurat serial był z czapy od początku), Mentalista, Scrubs (?), Weeds, Nip/Tuck, The Following czy Fringe. To te, które jestem w stanie podac z czapy, które wykoleiły się z serię na serię, w moim odczuciu. Cechą wspólną wiekszości sa cliffhangery końców sezonu, co akurat ratuje inne fikołki o zamknietych historiach jak choćby Kampanię Braci, True Detective S1, American Horror Story (na swój własny pokrętny sposób), how to get Away With Murder, dobrze wybrnięto z tą pułapką w Damages, dawał radę Breaking Bad.
    Także myślę, że koniec banshee (nie oglądałem) może nie być taki zły. Przynajmniej nie zepsują wspomnień późniejszymi wybrykami, co jak widać jest częste.
    Co do Uncharted też nie mogę się doczekać. W zamian tego, kolejnego Drake’a, zaczęto gadać o The Last of US 2, co nie jest przecież takie złe. I też dobrze, że się kończy unikając tasiemki i trzepania części co roku. Tak jak i wcześniej skończył się jak & Dexter, na czterech częściach na PS2 i też dobrze to grze zrobiło – jest nadal świetna.
    Po drugiej stronie stoi DOOM, ew. dla niektórych COD, Assassiny, lekko Batman, Silent Hille. Pasuje.

    Najlepsze jednorazówki.

    Także ten, będziesz miał dzięki temu czas na inne rzeczy ;)

          1. bosman_plama Autor tekstu

            @michau

            Ted powrócił jeszcze w Cougar Town. I to powrócił jako on, a nie jako inna postać grana przez tego samego autora. Co, jak się zastanowić, prowadzi do dramatycznych wniosków na temat niewyjaśnialnych zjawisk wszechświata, skoro Ted był w CT sobą, ale już JD był tam aktorem Zachem Braffem, a Jordan jakąś Ellie (choć z zachowaniem charakteru), zaś Bob Kelso ojcem doktor Maddox, która go zastąpiła na stanowisku a w CT nazywała się Jules:P.

    1. lemon

      @Nitek

      Jericho wydłużone na siłę? Zdawało mi się, że wręcz przeciwnie. Przeca to 1,5 sezonu i brak satysfakcjonującego zakończenia.
      A Fringe to dziwny przypadek, gdzie w miarę dobry (czyli spójny) był tylko początek pierwszej serii. Dalej oglądałem już tylko z przywiązania do postaci. Do samego końca. :)

      1. aihS Webmajster

        @Probabilistyk

        Właśnie jestem w trakcie drugiego oglądania BB i powiem szczerze, że ten serial jest rozwleczony, doskonały lecz rozwleczony. Za pierwszym razem tego tak nie czuć, ale rewatchability 6/10 a znam się na temacie bo co roku oglądam powtórnie ulubione seriale (Farscape, BSG, Deadwood) i mimo, że znam każdą scenę to niektóre i tak mnie zaskakują, dokładnie tak jak powinny, przy innych płaczę lub śmieję się tak samo jak za pierwszym razem. BB tak nie ma.

              1. aihS Webmajster

                @slowman

                Nie. Mogę być czymś zaskoczony lub może mi się udzielić uczucie zaskoczenia np. bohatera. Przy pierwszym obejrzeniu obie te rzeczy mogą mieć miejsce, ale liczy się i tak tylko autentyczne zaskoczenie. Przy drugiej i kolejnych ekspozycjach, o ile dzieło jest wysokiej próby to pomimo braku zaskoczenia powinno udzielić mi się uczucie zaskoczenia zamierzone przez reżysera czy scenarzystę. Tak to sobie tłumaczę. Może jestem po prostu podatny, ale z drugiej strony wielu ludzi wraca do ulubionych lektur czy filmów i chyba muszą na nowo je przeżywać skoro to robią. Pewnie to jakiś syndrom z fikuśną nazwą i zakładam, że mi ją podasz :)

                Nawet jeżeli powyższe nie jest jeszcze uznane za chorobę umysłową to poniższe już raczej na pewno – czasem oglądając/czytając łudzę się, że może tym razem coś potoczy się inaczej i lubię to uczucie. Pewnie ono ma też wpływ na to, że mogę bez problemu wielokrotnie wracać do wybranych filmów/lektur :P Możesz już wystawiać recepty? :D

              2. slowman

                @aihS

                Syndrom Bruckmanna, tak bardzo dobrze opisany syndrom. Powiedziałbym, że nawet psychologiczne prawo. Chociaż pojawiają się rozbieżności w rozumieniu etiologii – psychoanalitycy myślą, że to przez zbyt małą stymulację analną w czasie wypróżniania (z powodu rzadkości lub małych rozmiarów kupy), a psychoterapeuci poznawczo-behawioralni, że to z głupoty. Osobiście skłaniam się do drugiej teorii. Nie powinieneś wchodzić w bliskie relacje, bo od tego możesz stracić osobowość i prawy sutek (jeżeli masz tylko lewy to ten najbardziej na prawo, czyli lewy). ;)

                Okej rozumiem, że chodzi Ci o empatyzowanie z bohaterem. Niby to znaczy tyle, że czujesz jego emocje, ale chociaż zaskoczenie się łapie emocji, to mam pewne wątpliwości czy można czuć czyjeś zaskoczenie a nie raczej np. smutek lub złość idące za nim.

                Myślisz, że gdybym mógł wystawiać recepty, to bym mógł napisać choć jedno w miarę składne zdanie? ;)

    2. Revant

      @Nitek

      akurat Mentaliście przydały się dodatkowe odcinki, bo zamiast próby „umroczniania” serialu skupiono się dla mnie na mocnych stronach – czyli całej tej scoobiedobietowatości ;) z seriali, które były w miarę długie, ale nie za bardzo to na pewno broni się The Boardwalk Empire z 5 dobrymi sezonami. Zakończeniami zaś z cliffhangerami na końcu sezonu to trzeba jednak umieć grać – pisałem wczoraj o TWD i końcówce sezonu 6. Zrozumiałe dla panów od liczb, chamskie dla widzów i fanów historii znających komiks.

      btw. zaczął się nowy wiosenny sezon anime i już perełka wpadła w obieg – Ace Attorney :D polecam, bo świetnie oddają grę ^_^

  2. Daimonion

    Ja lubię twórców (książek, filmów, seriali), którzy wiedzą, kiedy skończyć i umieją to dobrze zrobić. Ja słusznie zauważył Przybora – „trzeba umieć się wycofać z arenki, gdy zaczyna służyć sofa do drzemki”.
    Wrzucony powyżej przez Nitka „Prison Break” to doskonały przykład, jakim koszmarem może stać się ostatni sezon, szczególnie w zestawieniu z pierwszym. Dodałbym jeszcze końcowe rozmamłanie House’a i fabularny rozpad Wikingów, dość szybko, bo gdzieś tak już w środku drugiego sezonu (zachwycał mnie pierwszy, a na trzeci już nie miałem kompletnie ochoty).

  3. urt_sth

    W sumie to dobra wiadomość, będę mógł się zebrać i obejrzeć od początku do końca, jakieś przypadkowe fragmenty widziałem i nie chwyciło, ale widząc koniec przed sobą może się wciągnę (zasada trzech odcinków czy coś takiego ktoś wspominał).

  4. furry

    Offtop: czy ktoś z gikzów używa chmury hubic i może chce się podzielić uwagami, ewentualnie reflinkiem? A może coś innego?

    Copy.com się zamyka, a potrzebuję darmowej chmury na pierdoły (głównie ebooki), ~20-30 GB z klientami windows+linux, więc Google Drive i One Drive odpadają.

    Dłubię se Ownclouda, ale chcę mieć jakieś wyjście awaryjne.

Powrót do artykułu