Spode łba – smoki, dużo smoków

bosman_plama dnia 10 czerwca, 2014 o 8:28    101 

smokityt

Pooglądaliśmy ostatnio trailery Wiedźmina i Dragon Age III. Pojawił się i niby trailer nowego Mass Effect, na którym kolesie związani z produkcją gry opowiadali jaka będzie superaśna. Wszystko to bardzo mnie cieszy. I powinno. Ale równocześnie, z każdym takim trailerem, coraz bardziej tęsknię za czymś nowym, innym. Jakąś grą, w której nie ma smoków ani elfów i krasnoludów pod różnymi przebraniami (czasem ufoków).

Zawsze ceniłem sobie w cRPGach możliwość spotkania fajnych postaci w fajnych światach i fajnych historiach. Ostatnio pod tymi względami cRPGi dały się wyprzedzić innym gatunkom gier. Niestety, światy i historie z Bioshock nakrywają czapką wszystkie cRPGi ostatnich lat pod względem oryginalności. Świat Dishonored zjada nawet nie na śniadanie, ale przed śniadaniem tak Skyrim jak i Dragon Age czy Wiedźmina (świat, podkreślam). Nawet Thief ze swoimi elementami steampunka wydaje się dziko oryginalny pod względem świata w porównaniu z ostatnimi cRPGami. Owszem, Mass Effect był ciekawy dzięki temu, że sięgnął ku gwiazdom. Ale oryginalne było to kilka lat temu. Teraz to już tylko odcinanie kuponów od powodzenia serii.

Nawet twórcy strzelanek szukają nowych rozwiązań. Możemy psioczyć na CoD, ale twórcy tej gry wysilili się na tyle, by spróbować sięgnąć w przyszłość. Gra, która w swojej historii zaczęła się jako drugowojenna strzelanka podkreślająca, że samotny superżołnierz jest nikim bez kumpli z oddziału, zdążyła już opowiedzieć w stylu niezłego filmu sensacyjnego o współczesnych konfliktach zbrojnych, machnęła thiller o zimnej wojnie, a potem sięgnęła w przyszłość. Możemy coś podobnego powiedzieć o którejkolwiek z serii cRPGie? Nie. Jeżeli na dzień dobry jej twórcy zaczęli „epicko” opowiadać o smokach i krasnoludach, do końca świata będą „epicko” opowiadać o smokach i krasnoludach. I o zbieraniu drużyny.

Jest to o tyle zaskakujące, że twórcy cRPGie naprawdę dysponują olbrzymim zasobem potencjalnych inspiracji. Nawet, gdyby próbowali się (niepotrzebnie) ograniczać do fantasy. Dziś fantasy to nie tylko historie o czarodziejach i osiłkach z wielkimi mieczami, ale także m.in. industrialne opowieści Mieville’a o tym, że burżuazja i kapitalizm to zło, Sandersona steampunkopodobne kombinowanie z nieco innym, wręcz stworzonym do systemu cRPGie, systemem magii. To opowieści Cooka, Eriksona i – u nas – Wegnera o bohaterze zbiorowym. Wszechświat stworzony przez Eriksona jest przy tym tak bogaty, że prawdopodobnie pod względem ilości ras i rozmaitych egzotycznych względem siebie kultur mógłby z nim konkurować chyba tylko wszechświat Gwiezdnych Wojen.

I co? I nic. Gry cRPGie nawet nie oglądają się na takie inspiracje. Po co, skoro są smoki, elfy i krasnoludy.

Czyja to wina? Oczywiście nasza, bo ciągle kupujemy te wszystkie wielokrotnie przetwarzane opowieści i światy. Ale ostatnio coraz częściej zacząłem winić za nieszczęścia spotykające cRPGi gry MMO. To one odbierają fajne kampanie i pomysły singlowcom.

Tam twórcy muszą silić się na jakąś oryginalność, szukać czegoś, co przyciągnie graczy do rozgrywki nie różniącej się wiele od rozgrywek w dziesiątkach innych gier MMO. Okazuje się, że znacznie łatwiej niż nowy sposób rozgrywki jest wymyślić nowy świat. Zamiast dostać trzecią część KotOR dostaliśmy MMO w tym świecie. Gra o świecie, w którym potwory rodem z Lovecrafta urządziły ludzkości apokalipsę? Oczywiście MMO. Potencjalnie fajna, luzacka space opera nawiązująca klimatem do Firefly? MMO. Możliwość zwiedzania światów ery hyperborejskiej? MMO. Nawet cRPGie w światach Warhammera i Warcrafta, żeby nie wiem jak singlowi gracze skowyczeli z tęsknoty za takim cRPGiem to tylko MMO. W singlu dostajemy smoki, elfy i krasnoludy (także w kosmosie). Czasem coś z cyberpunka (ale bywa, że także ze smokami i krasnoludami). Z jakichś powodów twórcy singli cRPGie uważają, że oryginalność świata ssie.

Trochę racji mają. W końcu Alpha Protocol przepadł (będę was za to już na zawsze nienawidził, wy wszyscy, którzy na tę grę głośno narzekaliście, bo ośmieliła się mieć to, co innym tytułom przebaczacie – kilka bugów; bo strzelanie było podporządkowane statystykom a nie zręczności strzelającego – tak, do diabła, o to chodzi w cRPGach, nie o wyłącznie zręczność ręki, jak w Mass Effect). Nie wiem jak sprzedawało się Arcanum, ale chyba też niezbyt wybitnie, skoro masy producentów nie rzuciły się na temat steampunkowego fantasy (wiem, tam też były krasnoludy, elfy i smoki). Wampirze cRPGi, żeby nie wiem jak kultowe, też chyba nie przełożyły się na sukces finansowy. Możliwe więc, że jesteśmy po prostu bandą dzieciaków szczęśliwych, że mogą ciągle oglądać tę samą bajkę. Ale możliwe też, że nawet jeśli marzy nam się coś innego, coś więcej, to nie potrafimy tych naszych oczekiwań przekuć w rzeczywistą siłę, dzięki czemu wymusilibyśmy na twórcach tę odrobinę wysiłku i skłonilibyśmy ich do oryginalności. Fani MMO taką siłę mają. Fani COD też.

Fani cRPGie nie.

Dodaj komentarz



101 myśli nt. „Spode łba – smoki, dużo smoków

  1. Waldek-Mat

    Alpha Protocol drogi Bosmanie ma trochę więcej niż kilka bugów. Kupiłem ostatnio na jakiejś bundlowej wyprzedaży i ogrywałem co nieco. Praca kamery jest okropna, czasem nie wiadomo gdzie się jest, AI jest głupie niesamowicie, ale historia ciekawa i nowatorska.

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @Waldek-Mat

      AI nie różni się praktycznie niczym od AI 90% innych gier. Jak cię zauważą, to strzelają. Jak nie, to nie. Próbują zachodzić gracza od flanki, jeśli przewiduje to scenariusz, jak nie, to nie. Jak to w grach.

      Owszem, wrogowie dają się – czasem – podchodzić skradającemu przeciwnikowi, jakby byli ślepi. tyle, że to wynika – częściowo – z faktu, że to jest cRPG (o czym zapominała znaczna część krytykujących). To znaczy, że jeśli rozwijasz postać na skradanie, to strażnicy ją przegapiają łatwiej. Dokładnie tak samo działało skradanie w większości cRPGie od zawsze – tam, gdzie były możliwe do zdobycia zdolności związane ze skradaniem. Tak było w Falloutach i Baldurach. Ale tam łatwiej było pamiętać o umowności, niż w AP, które z wyglądu przypomina jeszcze jedną strzelankę/skradankę. I to może tę grę zgubiło, bo ludzie oczekiwali strzelanki/skradanki i dziwili się, że dostali cRPGa.

      To wina Bioware – moim zdaniem. Bo to Bioware zrobiło cRPGie, w którym strzelaniem i w ogóle walką nie rządziły elementy rozwoju postaci (nie licząc kupowania lepszych giwer i pancerzy), ale czynniki wzięte ze strzelanek. Wielu graczy sądziło, że AP będzie jak Mass Effect i przeżyło wielkie zdziwienie.

      Pracy kamery w AP nie da się usprawiedliwić niczym. Zwłaszcza przy skradaniu potrafiła dosłownie zabijać.

          1. Mindestens

            @bosman_plama

            A chociażby o to, że kiedy wczytywało checkpoint po tym, jak cię zabito, gra potrafiła wyczyścić wszystkich przeciwników z planszy aż do następnego checkpointu przynajmniej, jeśli nie z całego levelu. Parę razy to zadziałało na moją korzyść, jak mi się już odechciewało, ale na przykład raz mi to pogrzebało cały progres z misji, bo pójście dalej wymagało zrobienia czegoś z NPC-em, którego w ogóle nie zespawnowało. Drzwi przez to też się notorycznie nie otwierały do dalszej części levelu.

            Najbardziej zapadł mi w pamięci fragment z rezydencji Marburga, kiedy załącza się muzyka klasyczna dla podkreślenia nastroju przekradając się/siecząc. Tylko że po tym, jak tam zginąłem za pierwszym razem, za drugim nie ma się ani przed kim chować, ani kogo zabić, bo gra nie wczytała przeciwników…

            Ja AP bardzo lubię, ale gdzie trzeba tę grę zjebać, to trzeba, zaś strona techniczna była tak ewidentnie słaba, że naprawdę jest za co. Rzecz o skradaniu ze znikającymi ciałami przeciwników po paru sekundach to nie jest to, co mnie jako fana skradanek by nawilżało. AI przecież było niemożebnie tępe. Przeciwnicy nagle odwracający się do ścian? Wyczyniający jakieś akrobacje intelektualne po tym, jak gracz skrył się za osłonę po ostrzeliwaniu się wzajemnym, bo albo postanawiali skryć się na drugim krańcu pomieszczenia, albo stali jak kołki, myśląc, co zrobić? Niereagujący na otwarte drzwi?

            Umiejętności były niewybalansowane – inwestując w stealth moja postać pod koniec była absurdalnie przepakowana. Za to walka z nożownikiem ukazywała, że ścieżki rozwoju do wyboru wcale nie są takie równorzędne, jak twórcy chcieliby nas przekonać, bo nie dało się go zaskradać na śmierć i napieprzyłem się przy tej walce jak głupi (trochę jak z bossami w ostatnim Deusie, zwłaszcza przy pierwszym). W końcówce przecież też skradanie było na nic.

            Nie uważam, by AP załatwiła generacja graczy nawykłych do i rozmiłowanych w chujowych grach, tylko do spóły zrobiły to Sega z Obsidianem.

            1. BlahFFF

              @Mindestens

              To w tej grze mozna bylo zginac? ;P Szczerze, gralem w to jakos po premierze bez patchy – przeszedlem bez zadnych problemow. Zdarzylo mi sie moze kilka razy zginac, ale nie trafilem na zaden przypadek, zeby mi sie przeciwnicy nie zaladowali. Mozliwe, ze to rzeczywiscie kwestia doboru sposobu gry. Ja szedlem raczej w rambo style bo bardziej ciekawila mnie historia niz zabawa w skradanie wiec moze mnie pechowe umiejetnosci ominely a na zachowanie przeciwnikow specjalnie uwagi nie zwrocilem. Mimo wszystko, na nic krytycznego nie trafilem. Na kamere oczywiscie narzekali wszystki i tu wyjatkow nie ma, ale idzie z tym zyc.

              Tez uwazam, ze to jedna z bardziej niedocenianych gier i nawet mimo swoich bledow warto w nia zagrac, tym bardziej, ze na przecenach ladowala juz kilka razy za grosze.

              Pod katem bugow to u mnie wciaz na pierszym miejscu jest Drakan. Gralem w to lata temu i trafilem chyba na jakas niedokonczona wersje beta zza wschodniej granicy. Zeby ukonczyc gre (udalo sie, a co), trzeba bylo samemu wprowadzac poprawki w mapach, znajdywac brakujace tekstury, poprawiac skrypty i liczyc, ze sie uda. Na szczescie silnik wywalal dosc czytelne komunikaty wiec udalo sie to posklejac i ukonczyc. Od tamtej pory nic mnie juz nie dziwi ;P

      1. jarqlo

        @bosman_plama

        AP to jedna z niewielu moich gier kupionych na steomywych wyprzedażach która nie zasiliła kupki wstydu a została szczęśliwie ukończona. Większych bugów nie pamiętam, AI faktycznie debilne. Ale historia była fajna.
        Natomiast trafiłem na informację że Mew Genics ma datę premiery na wrzesień. Jaram się jak flota Stannisa.

          1. idomes

            @Marcin O

            Właśnie to błędne koło mnie bardzo uwiera, wychodzą tylko klimaty fantasy bo to się sprzedaje, więc tylko takie wychodzą. Jeden Dishonored jest dla mnie więcej wart niż całe to machanie mieczem w pseudośredniowiecznych realiach z ostatniej dekady razem wzięte. Ale ta dyskusja była już przerabiana kilka razy :)
            Ciekawe czy jak tak dalej pójdzie to nie CoD a granie w fantasy-rpgi stanie się synonimem każuala.

  2. Mariosgh

    Zgadzam się z tobą Bosman co do tej powtarzalności. Myślę, że generalnie to co ludzi przyciągnęło na początku do fantasy to jakaś nowość, nowy świat do poznania, eksplorowania, poznania jego zasad i tajemnic. Dobra historia, bohater czy towarzysze też są ważni, wiadomo, ale to co nas „uwiodło” to ten nowy świat. Obecne cRPG są wtórne, o świecie wiemy niemal wszystko od samego początku, nie ma niespodzianek, tajemnic. Dlatego dzisiaj wielu z taką nostalgią wspomina Tormenta, gdzie właściwie i świat i bohatera i towarzyszy poznawaliśmy przez całą grę.

  3. mr_geo

    zdążyła już opowiedzieć w stylu niezłego filmu sensacyjnego o współczesnych konfliktach zbrojnych, machnęła thiller o zimnej wojnie, a potem sięgnęła w przyszłość.”

    Bosman, no proszę cię… Jako ktoś urodzony na tyle dawno żeby być objętym Powszechnym Obowiązkiem Obronnym aka odsłużyć swoje w moro powinieneś mieć skalę odniesienia i TAKICH rzeczy nie pisać. To tak jakbyś powiedział że „M jak miłość” opowiada autentyczną historię przeciętnej polskiej rodziny.
    Historyjki opowiadane przez CODy mają się od rzeczywistości współczesnych (schyłek Zimnej Wojny i pierwsze lata XXI wieku) konfliktów zbrojnych jak kompot do kompostu…

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @mr_geo

      Ale ja nie mówię, że one oddają, choćby w najmniejszym stopniu, rzeczywistość. Podobnie jak nie oddają ją jej filmy sensacyjne. Po prostu zrobiono niezłą (a nawet dobra – w pierwszej odsłonie) sensację w nowym settingu. Rzeczywistość mnie nie interesuje:D.

      1. aihS Webmajster

        @bosman_plama

        Ja pamiętam i czasem sobie gram parę godzin od początku bez konkretnego celu czy zamiaru ukończenia. Wiadomo ME2 było zdecydowanie lepsze jeżeli chodzi o prowadzenie fabuły, ale i tak najlepsze co miało to misje poboczne członków drużyny i to jedyne co utkwiło mi w pamięci. ME3 nadal czekam na obniżkę do ceny, której bym nie żałował, ale na originie za szybko to nie nastąpi.

            1. Waldek-Mat

              @aihS

              ME 3 jest warty tych pieniędzy bo to ogólnie dobra gra jest, z naprawdę niezłą fabułą, którą zrypało ostatnie 15 minut a później pójście przez Bioware w zaparte odnośnie wizji artystycznych. Choć dla mnie ME 2 jest fabularnie najciekawszy choć ME 1 jeszcze w miarę był CRPG.

              1. MusialemToPowiedziec

                @Marcin O

                A to ciekawe, bo ja miałem zupełnie odwrotne wrażenie. Wszak gra „karze” za pośpiech – z jednej strony mniej punktów przygotowania, z drugiej przynajmniej jeden raz wykonanie głównego zadania powoduje zablokowanie dostępu do kilku pobocznych questów.
                Ja pamiętam tylko jeden moment gdzie pośpiech był wskazany – jak Źli Ludzie atakują Tajną Szkołę Psioników, to jak się nie poleci ich ratować ASAP to stracimy punkty przygotowania i ktoś umrze (chyba że już nie żyje).

  4. jediwolf

    Nie zgadzam się z tekstem powyżej. Dla mnie mieszanie gatunków np fantasy ze steampunkiem jest absurdalne. Nie chcę jakiś wymyślnych hybryd. Uważam, że zarówno świat Wiedźmina czy Mass Effect jest bardzo ciekawy i oryginalny z wieloma unikatowymi rozwiązaniami. Fantasy to fantasy, mają być smoki, magia, krasnoludy i topory. SF to obcy, statki kosmiczne, kosmos i nowoczesne technologie. I tak dalej. Dlatego Arcanum, choć gra bardzo dobra i ciekawa jakoś nie została przeze mnie specjalnie zapamiętana. I nie, nie nudzę się grając w gry w tychże gatunkach i klimatach od lat. Wręcz przeciwnie bawię się znakomicie za każdym razem.

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @jediwolf

      No to siedzimy na dwóch bardzo przeciwstawnych biegunach huśtawki. Mnie się nawet już nie chce kupować i odpalać kolejnej części sagi Dragon Age czy innego fantasy różniącego się od innych gier głównie nazwami. Nawet myśl o Pillars of Eternity budzi we mniej umiarkowany entuzjazm. Za to bardzo czekam na nowego Tormenta.

      Na moje szczęście istnieje wystarczająco wielu pisarzy zgadzających się raczej ze mną, niż z Tobą, bym przynajmniej w literaturze miał czego szukać. Na Twoje szczęście istnieje też wielu pisarzy zgadzających się z Tobą. Odpowiadałoby mi, gdyby w grach było podobnie. Niestety, nie jest.

        1. Tasioros

          @MusialemToPowiedziec

          Ja bym chciał taką fabułę, że Prawdziwych Bohaterów TM to możemy jednie gdzieś spotkać podczas wędrówki, a sami nigdy się nimi nie staniemy mimo starań i narażania życia. A nawet jeśli uratujemy ten pieprzony świat, to niemal nikt nie będzie o tym wiedział, bo w końcu nie było nas w żadnej przepowiedni itp.
          A może cuś podobnego było, tylko mnie ominęło?
          Ps. Jak miło wspomnieć zakończenie pierwszego Fallouta.

          1. MusialemToPowiedziec

            @Tasioros

            Najbliższe co znam to jedno, dwa zdania z Dragon Age.

            Spoiler! Pokaż

            .

            No i chyba robią tą grę o byciu koniem bohatera?

    2. Goblin_Wizard

      @jediwolf

      „Dla mnie mieszanie gatunków np fantasy ze steampunkiem jest absurdalne.”

      A co takiego absurdalnego jest np. w Arcanum? Można powiedzieć, ze sam sam steampunk jest już mocno absurdalny. Dołożenie do niego nieco więcej dodtakowego absurdu w postaci magii nie stwarza wg mnie jakiś większych problemów. Kwestia tylko wyważenia ile w nim techniki, a ile magii.

      Ja np. chętnie bym pograł w jakieś crossovery. Takie „co by było gdyby” np. Obi Wan z Anakinem są zmuszeni do przymusowego lądowania na jednej z planet i okazuje się, ze przypadkowo trafiają do Śródziemia i.. jedziemy z historią. Zresztą nie muszą to być od razu starsy plus tolkien. Mogłoby to być dowolne inne zderzenie świata sf i fantasy. Takie coś ala Pan Lodowego Ogrodu tylko lepiej i ciekawiej napisane. Steampunk też mógłby się pojawić. Ja tam nie mam żadnych międzygatunkowych uprzedzeń. ;)

  5. Errabundi

    W sumie przy dzisiejszych możliwościach sprzętowych można by nawet zrobić cRPG na podstawie Amberu Zelaznego. Tylko czy takie mieszanie konwencji spotkałoby się z przychylnością graczy, to już inna sprawa.

    Arcanum to obok Falloutów 1 i 2 to jedna z moich najulubieńszych gier. Mimo lat nie straciła dla mnie uroku, wciąż pozostaje zabawna i wystarczająco trudna, abym miał satysfakcję z wykonanych zadań.

    Natomiast odnosząc się do meritum, mi zawsze brakowało jakiegoś low fantasy cRPG, albo nawet czysto historycznej gry z możliwością kreowania bohatera i serią ambitnych questów. Tu liczę na AoD i Kingdom Come: Deliverance (choć w tym przypadku mniej, bo to FP cRPG a ja jestem starym dziadem przyzwyczajonym do czytania i izomerycznego rzutu).

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @Errabundi

      Ja nie pojmuję czemu nikt nie zrobił cRPGa np. w czasach Rewolucji Francuskiej – czyli naprawdę znanym i popularnym w popkulturze okresie. Można by go nawet lekko umagicznić i wyszłoby coś odjechanego. Może jak wyjdą Assasyny w tym okresie, to zrobi się popularny i ktoś trzepnie się w łeb i zawoła: „a czemu by nie?”.

      A popkulturowych mitów nikt nie zabawił się na poważnie z Lovecraftem (nie licząc MMO). Rzeczywiście, ignorowani są Zelazny i LeGuin. Antyk też nie ma się wybitnie. cRPG w quasi starożytnym Rzymie nareszcie powstaje, ale Egipt? Mezopotamia? Indie? Bizancjum? Tak bardzo zdominowała nas mitologia germańska, że w ogóle nie oglądamy się na nic innego. Więc nawet nie wciskając bogom karabinów w łapy, twórcy gier nawet nie próbują szukać w kulturze. Co zresztą jest jakimś krokiem wstecz, bo np. w Baldurs Gate pojawiały się tropy z innych kultur.

      Poganiać po średniowiecznym Bliskim Wschodzie dało się chyba tylko w Lionheart. Po Azji tylko w Jade Empire – tzn. nie licząc oczywiście jRPG i ze dwóch tytułów PC, o których słyszałem tylko dlatego, że kiedyś grzebałem na najniższych półkach sklepowych i wynajdywałem jakieś dziwności za dwa zeta.

      Generalnie, nie licząc jRPGów, dostajemy zazwyczaj europejskie quasi średniowiecze i zbieramy drużynę, żeby uratować świat przed wielkim złem.

      1. Errabundi

        @bosman_plama

        Dla mnie jeszcze jest jeden pomysł do wyeksploatowania w cRPG: Daeniken. Jego teorie są rewelacyjnym tłem dla budowy ciekawego, pełnego niespodzianek i nieokiełznanych mocy świata przeplatających się konwencji fantasy i SF (czy to w sosie Thorgalowym, czy też komiksów Polcha). Do tego może dojść tło prekolumbijskiej Ameryki i mamy cudowny setting, w którym może zaskakiwać wszystko.

  6. Revant

    Ahh Sanderson. Najpierw trylogia właśnie takiego typowo-nietypowego średniowiecza, a później docisnął ostrym przejściem w steampunk, utrzymując „prawa” rządzące światem poprzednio. Teraz czekać, aż zrobi tak jak zapowiedział – zakończy trylogię trylogii świetnym przejściem w sf. Świat Mistborn ubóstwiam, nareszcie coś ciekawego, a zarazem odmiennego – genialny system magii oparty alchemie (ale nie tak jak w wiedźminie – tj. popijam i koks) i nie tylko. Btw. wiadomo coś właśnie z grą na podstawie pierwszej trylogii?

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @Revant

      Strasznie zły jestem na Sandersona, bo miałem taki sam plan, ale on okazał się szybszy. Z kumplem tłuczemy dopiero pierwszy tom – fantasy (ale bez magii). Ale ostatni, szósty miał być już rasową space operą. Projekt zrealizujemy, bo jest za fajny, by zeń zrezygnować, ale nie będzie już tak oryginalny, jak miał być w założeniach:(.

        1. bosman_plama Autor tekstu

          @MusialemToPowiedziec

          Świat jest trochę inaczej urządzony niż nasz, a zamiast magii masz trochę dłuższą tablice Mendelejewa, wzbogaconą o świętego graala alchemii – pierwiastki umożliwiające transmutację, właściwie dowolnej materii. Fakt, że jak to opisałem szefowi działu polskiego NF, to powiedział, że to nie żadne fantasy, tylko SF. Ale nie licząc tego jednego drobiazgu setting jest fantasy.

Powrót do artykułu