Victor Vran – bierze z zaskoczenia

Nitek dnia 29 lipca, 2015 o 13:40    8 

luzne_gadki_victor_vranGIKZ

Nie czekałem, nie wypatrywałem, nie tęskniłem, nie patrzyłem na kalendarz, ani martwym wzrokiem nie wyglądałem przez okno zroszone w deszczem wypatrując Victora. Wieść gminna niesie, że nie lubię Viktora. Tymczasem jak Viktor Vran wpadł, tak zassał.

Kiedy swojego czasu zachwalałem Diablo 3 w edycji konsolowej w której jednym z głównych czynników wlewającej miłość w me serce było znakomicie zrealizowane sterowanie. Szybkie spojrzenie wstecz, konsola, wiadomo, gramy na padzie. Znakomicie. W Viktora gra się dokładnie tak samo. Nie ma tu boskiego paluszka klikciuszka, nie. Nawet grając w kombinacji klawiatura i mysz nie klikamy jak potłuczeni. No dobra, trochę klikamy, ale generalnie gra się Viktorem jak choćby w przygody Lary Croft, czy inne twin sticki. WSAD, mycha, spam guzikami, rolki i skoki, o tak. Nie lękajcie się jednak Ci, którzy zręcznościówek w prostej linii nie lubią. Victor jest typowym w rzeźnikiem w lekko nietypowym miejscu, gdzie mięsko kroi się równo.

Oczywiście są tu zdolności i punkty, i modyfikatory, i karty, i trochę innych RPGo elementów. Zdolności bierzemy do łapy, przypisane są do broni. Motyw znany chociażby z serii Dungeon Siege, choć zdolności owe się nijak nie levelują, albo nie zauważyłem, co byłoby zabawne, biorąc pod uwagę fakt, że bujam się poziomem z trójką z przodu, jak w życiu. Mało tego, Viktor jest fest koksem i poza orężem blisko kontaktowym jak wszelkiej maści młoty, miecze, dzidy w drugiej ręce trzyma broń palną. Tu też można dopatrzeć się różnorodności samych giwer, jak i efektów nań nałożonych z czego największy pogrom w dużej ilości loszków orają wszelkie pukawki napędzane elektrycznością. Jak nie to, to granatniki. Kaboom, Kowalski. Racja, te też mają osobne zdolności. I to fajosko współgra ze sobą, dając dość duże pole do popisu w kwestii doboru zabawek na kolejne wycieczki. Fajnie. Siarczysta blaszka dla twórców za słabo urozmaicone ubiory postaci, bo o ile są, tak nie ma ich za wiele, niestety. To i tak poziom wyżej niż Wasteland 2 (ha-ha).

viktor1

Fabularnie nie spodziewajcie się wycisku mózgu imadłem, acz jest na tyle dobrze, że pcha się wątek do przodu. Za to same zadanie poboczne to wszelkie wyzwania jakimi są okraszone wszystkie miejscówki do których się udajemy. Są wskazania ubicia silniejszych mobów, jest odnajdywanie iluś tam przedmiotów, ale przede wszystkim są też zlecenia mocno skillowe, jak tłuczenie mobów na czas bez straty energii, bossów i innych pokraków. Opcjonalne, można odpuścić, ale nagrody z nieba spadają w formie lootu, punktów doświadczenia czy taczek z hajsem. Zdecydowanie warto, poza tym samej łysej nawalance potworów dodaje rumieńców, kiedy nagle okazuje się, że trzeba tańczyć między pociskami jakie lecą w naszą stronę. Jest fajnie, hordy przeciwników jednocześnie nieustannie nacierają, co moment coś wybucha, jest akcja, jest wygrzew, zwłaszcza w coopie sieczka nabiera nowego smaku niczym mięsko przetrzymane w marynacie, ale to fakt powszechny. I tu – ewenement. Gra ma ewoluować w przyszłości w kanapowca, jak tylko coop lokalny zostanie dostarczony.

viktor2

Coś panu wypadło, czyli kwestia lootu

Wszelkiej maści skarbów nie mogło zabraknąć i tu. Dropy lecą z ubijanych kreatur, ale także za wypełniane zadanie, wyzwania, wiadomo, standardowo. W pewnym momencie głowiłem się gdzie on to wszystko trzyma, bo przypominał szafę rodziców w której gearu nieużywanego od lat, jak u wszystkich, zalega dość sporo. Wszystko przez system transmutacji, modyfikacji zbieranych przedmiotów, ulepszania statystyk, do których potrzeba odpowiednich części składowych. I tak, by ulepszyć kosę unikalną, potrzeba nam trzech innych kos unikalnych, co zwiększy wartość zadawanych hitów kosy bazowej. Kombinacji jest kilka, acz ustrzeżono się zbierania receptur i farmienia miliona surowców. Krótka lista, krótka piłka.

Tak właściwie w Viktorze zmodyfikować w grze można wszystko. Jest za łatwó? Dorzuć  modyfikatory przed wyruszeniem w drogę, co zaowocuje twistami jak choćby jeszcze bardziej skokszeni przeciwnicy, ulatniające się zdrowie, czy szybsi adwersarze. Piguł na poziom trudności jest kilka, do dopasowania zgodnie z osobistymi upodobaniami, ale czasem też trzeba nimi pogmerać, żeby spełnić wymogi kolejnych wyzwań. I tak, na normalu można heksami mocno podgrzać atmosferę robiąc prawie-hard, a przeciwnicy potrafią dać srogi łomot. Hops.

viktor3

Inną rzeczą są karty, modyfikatory postaci. Nie do żadnego Gwinta, choć dobieramy je na rękę w zależności od dostępnych Punktów Przeznaczenia. Tu zapodajemy sobie buffy wspomagające naszego herosa, i je także można transmutować. Sklepikarze w zamku nieopodal mapy świata oferują swoje usługi, ale szczerze, nie hajsowałem im wcale. Loot znaleziony spokojnie wystarczy. Albo wiecie, transmutujcie.

Ze względu na oparcie rozgrywki o wykonywanie czalendżów, same mapy nie porażają swoją wielkością. Są takie większe, łączące kilka miejscówek, i kilka je okalających, gdzie de facto wchodzimy nafarmić doświadczenia, pozamiatać czempionów i wyjść z bułką z hajsem. Dzięki temu nie czułem znużenia biegania w tych samych korytarzach po raz enty, bo jakiś leszcz skoczył mi na plecy, kiedy kończyłem tłuczenie setki bez uszczerbku na zdrowiu, argh.  Losowości wystroju także nie zaznacie, ale o dziwo, to nie przeszkadza. Przeszkadza mi jednak zbyt małe zróżnicowanie bestii per mapa, bo choć wiele tu kreatur, tak na samej mapce rodzajów przeciwników bywa mało, przez co się powtarzają często. Za to jak wlazłem do gniazda pająków i poza ich szeryfem zaatakowały mnie dziesiątki mniejszych – wszystkie winy wybaczone.

viktor4

Pięć bosmańskich zdań odnośnie prezentacji. Jest fajnie, trochę zbyt kolorowo jak na miasto, w którego piwnicach biesiadują wampiry, a po cmentarzach przechadzają się dwumetrowe szkielety. Czasem gra potrafi dropnąć klatkami, tudzież zwolnić do ustalonych wartości, jak 30FPS na zamku, w naszym centrum dowodzenia. Istotnie, dziwna to sprawa, drogi Watsone. Viktor Vran dostępny jest w pakiecie z językiem polskim, edycja kinowa, tłumaczenie w porządku, nie uświadczyłem jakichkolwiek kasztanów. Nie zapominajmy o Narratorze, który robi niezgorszą robotę, niż ten ze Stanley’s Parable czy Bastiona, a sam Victor to nie kto inny niż Wiesław co po angielsku językiem mieli. Godnie.

I to lubię. Totalne zaskoczenie. Wyleżał się chłopak w wersji Early Accessu, wyszło mu to nad wyraz dobrze, a my dostaliśmy fajną sieczkę, dobrze znaną, a i tak dającą frajdę, zwłaszcza przy ogarnianiu wyzwań wyższego szczebla. Albo aren PvP dostępnych po 25lvl postaci, czy bezdennego jaru z losowymi loszkami dla śmiałków spragnionych nieustannej rzeki krwi. A tam jeszcze wyzwania elitarne po skończeniu zabawy właściwej. To nie Diablo 3, nie, ale przypadło mi do gustu o wiele bardziej niż przygody Van Helsinga. Wyborne, milordzie, masa dobrej zabawy.

thumbs-up-computer-kid-gif

Grę dostarczył wydawca.

Dodaj komentarz



8 myśli nt. „Victor Vran – bierze z zaskoczenia

Powrót do artykułu