Valerian – miasto tysiąca planet

furry dnia 14 sierpnia, 2017 o 17:29    16 

valerian-58266ef09e5d6

Jeśli o filmie, będącym ekranizacją jednego z ulubionych komiksów z dzieciństwa dowiadujesz się z portalu plotkarskiego, to znak, że ktoś nawalił. Z Valerianem sprawy przedstawiały się zupełnie odwrotnie niż z Ghost in the Shell, nie wiem czy wina wakacji, braku funduszy, czy był w tym jakiś inny zamysł. Bo o ile major Motoko atakowała mnie swego czasu z autobusów, billboardów, czy wielkich reklam na budynkach w centrum miasta, to o filmie Valerian dowiedziałem się, czytając informację, że Rihanna i Cara Delevigne pojawiły się na jakiejś imprezie reklamowej w Paryżu. Piszę więc, bo moglibyście przegapić.

„Valerian i miasto tysiąca planet” to film oparty na serii francuskich komiksów, autorstwa duetu Christin/Mézières, wydawanych także u nas i opisujących przygody pary agentów czasoprzestrzennych, czyli Valeriana i Laureliny. Fabularnie luźno nawiązuje do „Ambasadora cieni” i nie ma nic wspólnego z „Cesarstwem tysiąca planet”. Jeśli nie znacie komiksu, to polecam, jako że jest to klasyka s-f, rysowany od lat 70-tych, w internecie jest też sporo porównań, z Gwiezdnymi Wojnami na przykład, z zaznaczeniem kto od kogo kopiował. W filmie komiksowy setting pozostał, ale fabuła jest przerobiona na „typowego Bessona”, o tym za chwilę.

val2

Akcja dzieje się w dalekiej przyszłości, głównie na stacji kosmicznej Alfa będącej nieformalnym centrum wszechświata, na którą trafili i żyją w zgodzie przedstawiciele tysięcy ras z całego wszechświata. Choć odniosłem wrażenie, że celowo lub nie, Besson pokazuje Ziemian jako największych ważniaków. Przyznam, że wprowadzająca sekwencja opisująca stację jest zrobiona świetnie i dużo wyjaśnia, klasyczny przykład obrazu (czy raczej minutowego filmu) zastępującego 1000 słów.

Para naszych bohaterów to jak wspomniałem tajni agenci, wykonujący różne misje dla rządu, agencji, czy kogoś tam. Wyglądających trochę inaczej niż w wersji rysowanej. Valerian nie ma komiksowej szczęki Binio Billa, Dane DeHaan jest bardziej wymoczkowaty, za to ma profesjonalnie podkrążone oczy. Laurelina nie jest ruda, ale pyskata jak trzeba. Cara Delevigne to bardziej modelka niż aktorka, ale hej, Besson już raz to zrobił 20 lat temu. Jak dla mnie, oboje dają radę, jeśli tylko nałożycie na grę aktorów filtr „komiks”, wszystko zaczyna pasować. Choć gubi się gdzieś humor źródła, na zdjęciach oboje są śmiertelnie poważni, w filmie jest lepiej, ale i tak większość interakcji między parą agentów to przekomarzania na tematy matrymonialne. Pozostali aktorzy? Ciężko powiedzieć, gra głównie CGI, większość ról jest epizodyczna, wyróżnić nie można też Clive’a Owena, Rihanna gra bardzo krótko, choć intensywnie. Brakuje mi zdecydowanie takiego złego, wiecie, takiego Zorga.

Miałem wspomieć o fabule – ta się trochę gubi, jak to często bywa w filmach mających na celu dopieścić wzrok widza, na dobry scenariusz nie starcza czasu/pieniędzy/chęci. Otóż, po prostu stacji Alfa grozi nieznane zagrożenie, wysłane patrole przepadły, a wiec do akcji wkraczają nasi agenci. W sumie dość szybko domyślamy się o co chodzi, kto jest kim i dlaczego robi co robi. Plot twist jest, ale tak oczywisty, że kiedy już się wydarza wszystko dawno mamy rozkminione, a efektem jest typowa dla Luca Bessona konkluzja, że amor omnia vincit. Jest emocjonalna rozmowa w kulminacyjnym punkcie, wątpiący dobrzy zostają przekonani, a źli dostają po głowie. Jeśli fabuła nie przeszkadzała wam w „Piątym elemencie”, tu jest w zasadzie tak samo, łącznie z końcową sceną. Choć pewne rzeczy rażą, przykładowo mamy cywilizację dysponującą w zasadzie nieograniczonym dostępem do energii… I co? I nic. Powtórzę jeszcze, że mimo dużej, bardzo dużej ilości wspólnych rzeczy, osób i wątków, „Miasto” nie jest ekranizacją „Ambasadora cieni”, nie wiem czy fandom się burzy, jak to zwykle przy takich okazjach, nie znam francuskiego. Choć trochę jednak szkoda, komiksowe „Valeriany” to historie pełne przygód, intryg i zaskakujących rozwiązań, w filmie tego zabrakło, mamy Bessona.

val1

Efekty? Nooo, dobre, dobre. Jakoś tak wyszło czasoprzestrzennie, że poszedłem na seans 3D, wyjątkowo polecam. Efekty na miarę naszych czasów, stacja Alfa i jej mieszkańcy pięknie oddani, złe roboty dokładnie takie, jakie powinni być, jest wesoło, kolorowo i futurystycznie. Co ciekawe, największa orgia CGI stanowi tylko wprowadzenie do filmu, pierwsza misja nie ma związku z fabułą, a ma jedynie podkreślić, jak dobrymi agentami są nasi agenci. Choć bardziej niż trójwymiarowy targ z innego wymiaru (znowu ten „Piąty element”), zadziwiły mnie chmury w kolorach francuskiej flagi, ach ten Jean-Luc.

Podsumowując, zacytuję rozmowę podsłuchaną w toalecie, tuż po filmie: „efekty 10/10 fabuła 6/10″. I tego się będę trzymał. Tylko co z dzieciakami? Ciężko powiedzieć od jakiego wieku można zabrać, bo wiecie, Rihanna. Zamiast operowej pieśni Plavalagunny mamy taniec na rurze, więc tego… sami zdecydujcie. Kina wpuszczają od 12 lat.

Polecam, bo choć jestem o te 20 lat starszy i zblazowany, bawiłem się równie dobrze, jak oglądając przygody małżeństwa Dallasów dawno, dawno temu w nieistniejącym już kinie. Niestety frekwencja i przychody niespecjalne, więc kolejnych części pewnie nie zobaczymy, w przeciwieństwie do Spidermana i Avengers.

giphy

A gif bez związku w sumie, ale śmieszny.

Dodaj komentarz



16 myśli nt. „Valerian – miasto tysiąca planet

  1. Yosh

    „Jeśli fabuła nie przeszkadzała wam w „Piątym elemencie”, tu jest w zasadzie tak samo” z tym się nie zgodzę – mogę naliczyć mnóstwo zaskoczeń i twistów fabuły – tutaj … yyy nic ? albo prawie nic ?

    O obsadzie nie wspomnę…

    najgorsze jest to ze ten film ma potencjał …. ale KOMPLETNY brak fabuly rozwala, generalnie strażnicy galaktyki:
    - bez fabuły (naliczyłem pół zwrotów akcji – wszystko oczywiste przez cały film)
    - bez wyraźnych bohaterów
    - bez humoru
    - bez muzyki
    - dłużyzny (no kurka, zmontować dało się to ciekawiej)

    No i kierowanie to do dzieci:
    - uwaga będzie zły bohater – uwaga zapamiętajcie – pamiętacie ? no to może jescze jedna scena
    - uwaga oni się kochają (oj spojler), uwaga oni się kochają (nic to że chemii nie ma – ale jak się powtórzy to samo 5 razy)

  2. Probabilistyk

    Dzięki za info, zabrakło wzmianki o budżecie – $177–210 million, it is both the most expensive European and independent film ever made, no i gdzieś czytałem/słyszałem, że ciężko będzie mu to odrobić. Co do 5go elementu to go uwielbiałem, ale że to było oglądane za szczenięcych lat to tu raczej się nie porwie na seans w kinie.

  3. larkson

    Ładne to i w sumie nic poza tym. Fabuła w ogóle nie próbuje czymkolwiek zaskoczyć, bohaterowie są denni i humor był sucharowaty. Wymienić aktorów, poprawić scenariusz i byłby film na 8 lub nawet 9/10. Za to samo uniwersum mi się bardzo spodobało i sprawiło to, że porozglądam się za komiksami jak będę miał okazję.

  4. aryman222

    Strasznie mnie ten film rozczarował. Nie żebym wiele się spodziewał, ale kiedyś Besson robił świetne filmy akcji, więc trochę jednak niespodziewana porażka. Jakieś to wszystko zbyt dziecinne i ugrzecznione, prawie bez humoru i akcji. Jeżeli to wynika z treści i charakteru komiksów, to ominę je szerokim łukiem. Podczas seansu miałem wrażenie oglądania jakieś nieudolnej zrzynki z Gwiezdnych Wojen i Avatara. Nieważne kto był pierwszy, ważne jak dobrze zrobił to co zrobił. Na tym polu Valerian poległ. Nie tylko słaba fabuła i dialogi ssą; niestety widoczki też bardzo przeciętne (a byłem w Imaxie). Efekty specjalne, CGI – nieporównywalne z Avatarem. Charyzma, napięcie i akcja trzymającą na krawędzi fotela – nie występują. Z plusów: rasa Pereł – sympatyczna, małe pancerniki – słodziutkie, Cara – piękna (te jej oczy…), Rihanna – fajnie się rusza. Tyle :)

    1. furry Autor tekstu

      @aryman222

      Komiksy to intrygi i knucie plus sporo humoru, w filmie agent Valerian używa głowy do przebijania się przez ściany podczas pościgu ;-)

      Może nie napisałem tego jasno, to Lucas inspirował się Mezeriesem, wydaje mi się też, że ilustrator Valeriana robił dekoracje do Piątego elementu, teraz nie sprawdzę, ale Besson mówił gdzieś, że od dziecka jest fanem.

      1. Yosh

        @furry

        Na pewno miasto chmur w piątym elemencie jest z valeriana ciągnięte (taki wiki pisze) i to był jeden z powodów pójścia do kina (nie oczekiwałem wiele – mam w pamięci taxi IV czy inne wynalazki).

        Wygląda to tak jakby na 5ty element wszystkie pomysły poszły (i bardzo dobrze, bo obsada nie została zmarnowana).

        Ale przynajmniej zwróciło to moją uwagę, że nie ma teraz miejsca na filmy „pośrednie” – tzn albo jest hard sf, albo pastisz. Gdyby valerian miał ciut więcej humoru/chemii to wszedłby we mnie bez mydła (kilka scen było niezłych)

  5. Goblin_Wizard

    Oglądałem wersję 2D więc pomimo, że CGI robiło robotę to na kolana nie rzucało. Co do fabuły to już wszystko zastało powiedziane. Zero zaskoczeń. Wątek matrymonialny mocno z dupy i wsadzony na siłę (chociaż główna bohaterka całkiem, całkiem.. miała potencjał moim skromnym zdaniem ;) ). Kilka scen jednak było fajnych np. początkowe spotkania różnych delegacji, taniec na rurze, smaczki w stylu chińskiej flagi na jakichś rupieciach i inne „mrugnięcia okiem” do ogarniętego widza.

    Ze wszystkich postaci najlepszych było trzech kolesi wyglądających jak skrzyżowanie mrówkojada z dzikiem. Tych co wiedzieli wszystko. :) Jakby dali więcej takiego humoru to nawet banalna fabuła by nie przeszkadzała.

  6. bosman_plama

    W końcu to zobaczyłem. Nawet byłoby nie takie znów złe, gdyby człowiek nie pamiętał „Piątego Elementu” i gdyby bohaterowie nie byli tak puści. Serio, każde z nich ma jedną cechę charakteru. Co gorsza ani oni ani relacje między nimi nie przypominają wcale tych z komiksu.
    No Besson zapomniał jak się pisze dobre, iskrzące dialogi.
    Szkoda.

Powrót do artykułu