Stories: The Path of Destinies – recenzja

Nitek dnia 18 kwietnia, 2016 o 13:21    3 

luzne_gadki_stories_730

Niezbyt trudne, wręcz lekkie i przyjemne, trochę casualowe aRPG dla właściwie każdego, z wyborami zmieniającymi znacznie rozgrywkę i nici fabularne. A jednak miało siłę sprawczą przykucia do monitora, aż do napisów końcowych. Do Ciebie należy wybór czy przeczytasz to czy nie.

Stories: The Path of Destinies (oficjalne www) to to jedna z wielu opowieści kręcąca się wokół Reynardo, szczwanego pirata lisa, splatająca ze sobą kilka wątków, których kolejność odkrywania jak i użytkowanie posiadanej wiedzy warunkuje dalszy rozwój zabawy. Wizualnie trzyma poziom, bujane rękami Unreal Engine 4 mimo, że stylistyka trzyma się mocno komiksowej, baśniowej oprawy. Widok izometryczny, choć kamera potrafi okazyjnie zaszaleć i pokazać coś ciekawszego. Zaszaleć, czyli może w dwóch momentach zjechać poniżej swych sztywno wyznaczonych osi.

Wybory, nie licha sprawa. Reynardo ma książkę, pewnie z tej samej biblioteczki co Niekończąca się opowieść, która raczy go kolejnymi kartami historii, ciągnąc wiele wątków jednocześnie, ale tak naprawdę to od Ciebie zależeć będzie, czego nasz lis pochwyci. Realizacja tematu jest sprawna, bo ot, gra co jakiś czas, między kolejnymi rozdziałami zabawy, oferuje nam wybór z rasowej paragrafówki, którą ścieżką będziemy podążać. Początkowo tematy są dwa, ale szybko okazuje się, że odnogi mnożą się tworząc spójną historią. przychodzi tu na myśl Memento, choć w Stories po pięciu rozdziałach wychodzimy bogatsi o wiedzę pozyskaną w danej rozgrywce. Nijak się zgubić w meandrach opowieści, bo gra sygnalizuje nam w których wątkach coś innego jeszcze do zrobienia, dzięki czemu odkrywanie i przechodzenie kolejnego zestawu toku zdarzeń nie dostarcza frustracji.

Stories:The Path of Destinies_20160407132542Zanim jednak przejdziemy do kształtowania rozgrywki wyborami jakie podejmujemy na kartach księgi, słowo o niej samej, rozgrywce. Osobiście spędziłem czas ze Stories na padzie i sobię chwalę. Jak się okazało mozna grę przerobić na kombo m+k, gdzie myszka odpowiada za sterowaniem bohaterem niczym w rasowym h’n's, jednocześnie nim nie będąc, zdaje się. Dziwnym nie jest, że system walki nie należy do fest skomplikowanych i można pochwytać go w mig, niezależnie od tego co trzyma się w ręce. Jeden guzik, by ich wszystkich obić, jeden by zbliżyć do siebie ciepłe ciało niczym sznurowadło Skorpiona i jeden od specjali oręża. Tego mamy cztery typy, o czym za chwilę. Jest jeszcze mega szybki unik, drift, żywcem wyjęty z Hyper Light Drifter, pozwalający na szybkie ucieczki, choć ograniczony paskiem staminy. Wygląda efekciarsko, bo robotę robią tu cząsteczki wypluwane przez Unreal Engine 4. Nic tak serio szałowego, ale miło się patrzy.

Liczba starć jest spora, choć próżno tu szukać jakichś wielkich szefów. To raczej zbiorowe okładanie się po żebrach, niż subtelne i intymne potyczki 1v1. Nie są ni jakoś specjalnie trudne, ni jakoś frustrujące, choć zdarzyło mi się, że momentami ściąłem się na tyle, że nijak było mi dane przejść dalej. Koniec końców nic z czym nie można byłoby sobie poradzić. Kombos jest jeden, stosowany wymiennie z wspomnianymi dopalaczami czy sznurowadłami. Wszystko na modłę okrojonego systemu bitki z Batmana czy innego Assassyna, z okazyjnymi fajerwerkami z miecza. Są kontry, wszystko jest i nawet leje się przyjemnie. Ba, na tyle, że mi się chciało, choć to zwykłe starcia z wieloma brzydki na raz na większych arenach. Przypomina to wyzwania latającego szczura, choć mniej widowiskowe. Okazyjnie zdarzają się segmenty skradane, ale pominę je milczeniem. Nie wiem po co wstawiano tam taką surowiznę bez polotu i ciekawej mechaniki. W walce zaś, jak w gacku, różne zachowania są różne punktowane doświadczeniem, więc im bardziej szalejecie różnymi połączeniami ciosów z gadżetami, tym więcej doświadczenia wpada.

Stories:The Path of Destinies_20160408233733Specjale, jak i miecze same w sobie to poza wyborami podejmowanymi podczas przygody główny modyfikator zabawy. Cudaczne mają moce, bo i można komuś tyłek sparzyć, można go najpierw zamrozić a potem sparzyć i wygląda to całkiem fajnie. Wręcz byłem w lekkim wowowo jak pierwszy raz sypnęło iskrami. Miecze to także klucze, otwierające kolejne drzwi i nowe szlaki podczas tułaczki, a że możemy je, miecze, wykuwać w dowolnej kolejności, można je otwierać w różnych kolejnościach. Niestety zestawy mapek są zawsze takie same, tylko drogi trochę się różnią, a sama historia zamyka się po piątym rozdziale. Wtedy następuje podsumowanie opowieści, ustalenie nowych faktów, nagroda i… powrót do pierwszego rozdziału, choć z możliwością ukierunkowania kolejnych działań. Powrót na stare śmieci to nie ta sama wycieczka 1:1, ale jednak wiele elementów jest wspólnych. Przeciwnicy rosną w siłę i w liczbę, i choć levelujemy Reynardo kolejnymi zdolnościami to jednak gramy ciągle w to samo z małymi odchyłami, wycieczkami w inne strony map, zwiedzaniem nowo odblokowanych przestrzeni. jest tego jednak zbyt mało, by nie zanudzić, choć osobiście złapałem się na tę formułę zabawy i nawet częsty backtracking nie rył mi w głowie dziury w stopniu znacznym. Nie trzeba też doszukiwać się na siłę efektu naszych wyborów, bo te są zaznaczone odpowiednią ikonką i zawsze wiadomo skąd co się wzięło.

Stories:The Path of Destinies_20160407132925No bo opowiastki są krótkie, jest ich dwadzieścia cztery, są fajne wątki, a całość leci jak dobra baśń, jak i zresztą przecież wygląda, a fakt, że nie należy się spodziewać samych szczęśliwych zakończeń dodaje pikanterii. System walki, choć uproszczony, sprawdzał się w moim przypadku. Jest także aktywny narrator, co prawda gorszy od tego ze Stanley’s Parable czy Bastion, ale bawił też od czasu do czasu jakimś żarcikiem. Fajnie przeplatają się kolejne fragmenty historii, poznawania co raz to nowszych faktów o bohaterze i jego przyjaciołach, wiecie zdrada, miłość, nienawiść! Szkoda, że akurat w tej grze brakło jakiejś losowości naszych przeżyć, bo coś takiego znakomicie podniosłoby replayability. Zresztą posegmentowane poziomy, złożone z zestawianych ze sobą platform, zawsze gdzieś wiszących w powietrzu, aż się o to proszą. Nie wykorzystano potencjału, szkoda.

Niemniej jednak bawiłem się przednio. Nie na tyle, żeby wywróciło mi galoty na drugą stronę, ale jednak zdołałem wcisnąć całość między kolejne fefnaście śmierci w Soulsach i przeszedłem w try miga. Siedziałem, chłonąłem, podjąłem właściwe decyzje, osiem godzin, koniec i trochę żal, że już po wszystkim. Nie jakieś fest szałowe, ale fajne.

emmanotPodesłał wydawca.

Dodaj komentarz



3 myśli nt. „Stories: The Path of Destinies – recenzja

  1. Revant

    ale jednak zdołałem wcisnąć całość między kolejne fefnaście śmierci w Soulsach i przeszedłem w try miga
    osiem godzin

    Też chciałbym taką narniarską szafę :( anyway, gra ładnie wygląda i zaintrygowała koncepcją opowieści. Dzięki Nitku za reckę ;)

Powrót do artykułu