Star Trek: Discovery, czyli krótki poradnik, jak nie robić prequela

Daimonion dnia 27 października, 2017 o 10:56    36 

sta

Tekst zawiera informacje o fabule, czyli jak to się teraz ładnie mówi, spoilery

Jedna rzecz udała się na pewno – twórcy zmajstrowali najbardziej kontrowersyjnego Treka w historii, zostawiając daleko w tyle zarówno „Enterprise”, jak i filmy J.J. Abramsa. Fani trochę nie bardzo wiedzą, co myśleć – jedni chwalą „new, darker tone” i walący po oczach budżet produkcji, inni chcą egzorcyzmować scenarzystów za zaskakująco nonszalanckie (by nie powiedzieć – karygodne) podejście do kanonu i zasad konsekwencji przedmiotowej.

W sumie chyba jedni i drudzy czują się porządnie palnięci w szczękę i tak do końca nie odzyskali jeszcze przytomności. Postanowiłem więc osobiście zapoznać się z tematem i teraz oto niniejszym przed Państwem mój pierwszy szerszy artykulik na Gikzie. Bo jest o czym pisać, oj jest…

Po „Enterprise” ludzie jeździli jak po, za przeproszeniem, łysej kobyle. Że dziwaczny, że robienie prequela jest ryzykowne i tak dalej. Trochę racji mieli (choć seria nie była słaba dlatego, że była prequelem, tylko dlatego, że… była słaba jako taka), a przynajmniej póki pieczy nad serią nie przejął niejaki Manny Coto – szaleniec Boży, który wreszcie dostarczył prequel, na jaki czekaliśmy. Ponieważ jednak wybawca zjawił się stanowczo za późno, seria została skasowana, jej ostatni odcinek do dziś budzi niesmak, nie było nam dane obejrzeć wojny z Romulanami i Shrana na mostku, a uniwersum trafiło do zamrażarki, z której wyciągnął je dopiero J.J. Abrams.

Czego by o jego dokonaniach nie mówić (ja jestem zdecydowanym przeciwnikiem), jedno trzeba przyznać – ekipa wyciągnęła wnioski z przeszłości i nie wlazła w prequelowe bagno. Oczywiście, że oryginalna seria Treka jest stara, a przedstawiona w niej technologia to w zasadzie „Fallout”. Trudno robić prequel w realiach futurystycznych, gdy w oryginale Pirx nakręca zegarek i goli się brzytwą. Kinowe Treki ominęły ten problem, wysyłając Spocka w przeszłość i tworząc alternatywną linię czasową, której technologiczne zaawansowanie można wytłumaczyć pozyskaniem nowinek z dalekiej przyszłości. „Discovery” nie poszło tym tropem – twórcy umiejscowili akcję w pierwotnej linii czasowej i tym sposobem wleźli na minę.

Zrobili to jednak na własne życzenie. Nie twierdzę, że nie da się zrobić prequela oryginalnego Treka. Da się. Niektórzy fani twierdzą nawet, że takowy powstaje, a nazywa się „The Orville”. Nie widziałem, ale wizualnie wygląda to bardzo obiecująco…

„The Orville”, czyli zżynka z Treka, która dla niektórych jest Tym Właściwym Trekiem (w przeciwieństwie do „Discovery”)

„The Orville”, czyli zżynka z Treka, która dla niektórych jest Tym Właściwym Trekiem (w przeciwieństwie do „Discovery”)

Aby jednak stworzyć coś takiego, trzeba mieć tak zwane jaja. Iść na całość, nie brać jeńców i odwzorować stylistykę szalonych lat 60. wraz z jej wizją podbojów kosmosu. Być może górę wziął strach przed popadnięciem w niechcianą autoparodię, ja jednak stawiałbym na producentów. Bo kto łoży kasę, ten wymaga. I jeśli ci mówi, że masz zrobić odpowiednik „Gry o Tron” (choć modę na masową wyrzynkę postaci zapoczątkowały traumy Jacka Bauera z „24” – poprawcie, jeśli się mylę), to masz zrobić i kropka. A jak nie chcesz, to wcale nie rób.

Otrzymaliśmy więc prequel, który demoluje wszystko, co było dotychczas. Bladego pojęcia nie mam, dlaczego nie umieszczono akcji kilkadziesiąt lat po „Voyagerze”, co z powodzeniem tłumaczyłoby uwspółcześnienie wizualne wystroju statków i ich technologiczne zaawansowanie. To samo w końcu zrobił sam Roddenberry, kręcąc „Następne Pokolenie”. Generalnie, wszystkie Treki do tej pory szanowały konsekwencję przedmiotową i kiedy taki np. Sisko przenosił się w przeszłość, to przenosił się w przeszłość.

Moim zdaniem, najlepszy hołd dla oryginalnej serii, jaki kiedykolwiek nakręcono – DS9 – „Trials and Tribble-actions”

Moim zdaniem, najlepszy hołd dla oryginalnej serii, jaki kiedykolwiek nakręcono – DS9 – „Trials and Tribble-actions”

Dziś jednak konsekwencję przedmiotową wywalamy do kosza w imię dziwnie rozumianej nowoczesności. Akcja „Discovery” dzieje się rzekomo 10 lat przed Kirkiem (ale już po wydarzeniach z „The Cage” – pilota oryginalnej serii, w którym kapitanem statku był Pike, a pierwszym oficerem Majel Barett, znana szerzej jako głos komputera z TNG i dalej). Tylko kompletnie tego nie widać. Wodotryski technologiczne doprowadzają do krwawienia oczu i sytuacji nie ratuje bynajmniej projekt fazera ani stara wersja komunikatora (z charakterystycznym dźwiękiem), który Kirk tak zawadiacko otwierał. Żadne dyskretne mruganie do fanów nie jest przeciwwagą dla ćwiczeń w holodeku (który był nowinką u Picarda), hologramów (nowinka z czasów Sisko), odznak (które, przypomnę, są odznakami Enterprise NCC 1701 i dopiero jakiś czas później zostały rozwleczone po wszystkich statkach), nie mówiąc już o Klingonach.

Klingoni, wbrew pozorom, wcale tak nie wyglądają. Już nie.

Klingoni, wbrew pozorom, wcale tak nie wyglądają. Już nie.

Ale że co to ma być? Nie jestem fanem Klingonów. Szczerze mówiąc, pokazuję co zjadłem, kiedy o nich pomyślę. Są beznadziejnymi prostakami, mordercami i brudasami. Ale to nie znaczy, że można z nimi robić coś takiego! Owszem, zmieniali się na przestrzeni lat. W serii oryginalnej byli tylko ludźmi z nadmiarem bronzera na twarzy. Ale wspomniany wyżej Manny Coto stanął na głowie, by wyjaśnić zmiany w ich wyglądzie. I komu to przeszkadzało? Kto wymyślił te groteskowe stworzenia?

Ludzie kochani… Takich rzeczy się po prostu nie robi. Nie można powiedzieć, że hobbici to kurduple i w naszej wersji będą więksi, a poza tym dorzucimy im rogi, ogony i kopyta. Bo to nie będą hobbici. Więc jeśli z jakichś względów nie podobają nam się Klingoni, to po prostu ich nie ruszamy – wymyślamy nowych obcych i gotowe. To nie. Zrobimy Klingonów, bo fani lubią Klingonów. No więc fanów zatkało.

Oprócz zmasakrowania klingońskich twarzy wprowadzono też nowy wygląd ich statków. Stary widocznie nie był odpowiedni.

Z powodów niezrozumiałych dla twórców „Discovery” ten robocik nawet w najnowszych filmach wygląda jak zaprojektowany przez Daniela Mroza

Z powodów niezrozumiałych dla twórców „Discovery” ten robocik nawet w najnowszych filmach wygląda jak zaprojektowany przez Daniela Mroza

Nie będę się więcej wyżywać nad warstwą wizualną, bo najważniejsze zostało chyba powiedziane. Jeśli jednak sądzicie, że w ramach nowoczesnego podejścia do tematu zaserwowano nam wariacką pracę kamery, pretensjonalne ujęcia i wszechobecne mazy świetlne, to dobrze sądzicie.

Wypadałoby teraz zająć się fabułą, ale nie bardzo jest czym się zajmować. Takie normalne sajans fajans w kosmosie, mocno zalatujące BioWare. Pilot w zasadzie mógłby z powodzeniem być samouczkiem nowego „Mass Effecta” – postać grywalna narobiła ambarasu, świat jej się rozpadł, straciła mentora i zresetowano jej statystyki.

Postacie NPC-ów wypadają nawet poprawnie. Są dobrze zagrane i w ogóle. Tylko jakoś tak… Nie bardzo widzę, do czego to zmierza, a relacje międzyludzkie ograniczają się do wymuszonych napięć, dramatycznych zbliżeń oczu i potwornie nijakich dialogów. Ożywienie następuje chyba tylko w momencie, gdy (chyba) pierwszy raz w historii Treka można powiedzieć „fuck”.

Ogólnie nudzi mnie to.

Nic się nie dzieje ciekawego. Kiedy po „Discovery” wróciłem do „Voyagera”, zszokowała mnie głębia psychologiczna i mistrzostwo scenariuszowe, o którego istnieniu wcześniej nie miałem pojęcia.

Discovery is irrelevant – chciałoby się powiedzieć

Discovery is irrelevant – chciałoby się powiedzieć

Może jestem starzejącą się pierdołą, nieudacznikiem życiowym i cholernym nudziarzem, ale naprawdę nie polecam tego serialu. Śmiało rusza on tam, gdzie już setki razy byliśmy, i gdzie nie mamy ochoty wracać.

W ramach wielkiego spoilera na koniec wspomnę jeszcze tylko o nowoczesnym napędzie statku „Discovery”. Opiera się on na wykorzystaniu grzybni, przenikającej cały Wszechświat. A nawigatorem jest przerośnięte roztocze (na marginesie, polecam jedną scenę z jego udziałem, która pozwala wątpić w jakość szkolenia szefów ochrony federacyjnych statków). To jest tak bezbrzeżnie i potwornie głupie, że bije nawet osławiony odcinek „Voyagera”, w którym Tom Paris pokonał warp 10 i zamienił w traszkę.

Słyszałem, że niektórzy fani spodziewają się Wielkiego Twistu, który ujawni, iż akcja najnowszego Treka dzieje się w Mirror Universe. Tonący brzytwy się chwyta.

A ja wracam do starszych Treków. Jeszcze nie wszystkie widziałem.

Dodaj komentarz



36 myśli nt. „Star Trek: Discovery, czyli krótki poradnik, jak nie robić prequela

  1. Wastelander

    Czy to z powodu tego „wybryku” pozbyto się konkurencji w postaci „Star Trek: Axanar”?
    Pierwsze odcinki „Discovery” były naiwne, siermiężne i momentami głupie, ale po pokazaniu „nowego i rewolucyjnego napędu, który wygra wojnę” serial stał się już tylko głupi (litościwie pominę resztę, z główną bohaterką na czele). Poważnie, spodziewałem się broni biologicznej. O Klingonach nawet się nie wypowiem (dla mnie to orkowie z filmów Jacksona). Strach pomyśleć, co autorzy mogliby zrobić z Borgiem lub gatunkiem 8472…

  2. bosman_plama

    No cóż – The Orville to właśnie Star Trek. I – co zabawne – nie parodia, choć jako taki był zapowiadany i parę numerów komediowych (zwykle słabych) trafia się w każdym odcinku, ale właśnie ST pełną gębą. Ze startrekowym światem ale i… startrekowymi problemami oraz podchodzeniem do ich rozwiązywania. I z bardzo startrekową filozofią.

    Star Trek Discovery to natomiast Battlestar Galactica, tylko gorzej. To trochę jak z Fallout 4 – to całkiem niezła gra, tylko kiepski Fallout. Albo Casino Royale – niezły film sensacyjny i fatalny Bond.

    Takie widać mamy czasy. Bierze się stare marki, by je urealistyczniać, co zwykle oznacza umrocznianie. To może wyjść raz (wspomniane BG) ale na dłuższą metę robi się nużące

    1. Fantus

      @bosman_plama

      Muszę, normalnie muszę :)

      Po pierwsze Fallout – to co napisałeś dotyczy Fallouta 3. To ten był dobrą grą, a kiepskim Falloutem. Co do czwórki to może i też być uznany za dobrą grę, na pewno wielu jest takich, którzy się pod tym podpiszą, ale Falloutem to ta gra już nie jest wcale. Samo lore nie wystarczy. Jakbym zrobił idle clickera na komórki i nazwał go Civilisation 7 to raczej nikt by tego nie kupił (w sensie metaforycznym).
      Po drugie Bond – żaden ze mnie znawca czy miłośnik, ale wiem, że o ile początkowo tak uważano (przed premierą CR i chwilę po) tak obecnie filmy z Craigiem są uważane za jedne z lepszych Bondów, a jego kreacja ustępuje jedynie tym z Seanem Connery, pewnie z sentymentu.

      1. bosman_plama

        @Fantus

        W kwestii Fallouta – właściwie bym się zgodził, ale trudno mi jednak nazwać 3 dobrą grą:).
        W kwestii Bonda – jednak nie. Tzn. ci, którzy nie przepadali za starymi Bondami tak uważają. Ale jednak fani starych niekoniecznie podzielają to zdania.
        Oczywiście, Craig miał też pecha. Jak na złość poza CR pozostałe „Bondy” z nim albo były fatalne („Quantum…”, chyba najgorszy Bond wszechczasów), albo co najwyżej średnie.

  3. bosman_plama

    Swoją drogą – kumpel to znalazł jakiś czas temu – W ST:NG jest odcinek, w którym trafiają na rzeczywistość równoległą posępniejszą od głównej. I w tej posępniejszej ciągle trwa wojna z Klingonami, a na statkach Federacji jest ciemno:). To by mogło wskazywać, że ST:D dzieje się jednak w jakiejś innej linii czasowej:D.

    1. Daimonion Autor tekstu

      @EveryEnd

      Tylko, że mnie nie chodzi o żadną ortodoksję, bo i nie uważam się za wielkiego fana (po prostu lubię tę serię). Wyraźnie pisałem o konsekwencji przedmiotowej. Jest to konieczna cecha każdego utworu posiadającego fabułę (literatura, film) – chyba, że dany utwór wyraźnie z tejże konsekwencji rezygnuje (np. kiedy u Witkacego postać samobójcy pojawia się ponownie żywa – ale to kwestia gatunkowa, a Trek nie aspiruje do miana teatru absurdu). Mówiąc najprościej – jeśli w rozdziale pierwszym Kubuś Puchatek jest pluszowym misiem, to w rozdziale drugim nie może być nakręcanym pieskiem:) Bosman przytoczył „Battlestar: Galactica”. Tam twórcy nie robili z widzów durniów i nie udawali, że kręcą sequel/prequel. Po prostu zrebootowali serię i koniec. Jeśli jednak twórcy „Discovery” upierają się, że ich serial jest prequelem TOS i jego akcja toczy się w tym samym uniwersum, to wytykanie im ewidentnych gwałtów na logice nie jest ortodoksją, tylko normalnym stwierdzeniem fuszerki zawodowej. PS – podoba mi się określenie „zwykły serial sf”:)

      1. EveryEnd

        @Daimonion

        Wiesz, ja poza paroma filmami z tej serii, nic innego nie widziałem. Stąd nie zauważam nic o czym piszesz, bo nawet nie wiedziałem, że się wydarzyło :) Ale rozumiem Cię, w pracy mam fana uniwersum Aliena, który pokusił się również o przeczytanie wszystkiego i również nie mógł przeboleć ostatniego filmu Ridleya. A dla mnie to był fajny film SF :) (choć akurat tutaj wszystkie filmy widziałem, ale może aż takim fanem serii nie jestem).

  4. Revant

    Discovery to niesamowicie trudny orzech do zgryzienia. Taki wspomniany już Fallout 3. Niezbyt przepadam za izometrycznymi Falloutami, a taki F3 mnie właśnie jako gra dobrze bawił. W przypadku serialu uwielbiam serię i tak ten nowy rozdział mocno rozwiniętego lore mi nie leży. Przypomina mi to słynny szpagat Van Damma, który się tutaj nie udał. Jedna ciężarówka to fani, druga to nowi odbiorcy. JJ bądź co bądź wybrnął stworzeniem swojego timeline’u. Twórcy Discovery wielokrotnie podkreślali, że umieszczają akcje w Prime Time. Więc bosmanie, teoria innej linii czasowej nie ma miejsca :( wszystko inne napisał Daimonion. Ja od siebie dodam tylko, że CBS strzeliło sobie także w kolano – w Ameryce, która Netflixem czy innym Hulu stoi, wymyślono, że Discovery będzie dostępny tylko w płatnym streamingu samego CBSa, który popularnością raczej ustępuje. Wkurzyli więc mnóstwo osób, kilku zaciekawiło, ale czuję, że mimo już oficjalnej zapowiedzi sezonu drugiego, szybko pożegnamy się z serią :( a wystarczyło tylko umieścić ją 10 lat po Voyagerze…

    PS. Oglądam pozostający mi już tylko Enterprise – na razie jest średnio, 9 odc. za mną. Czy coś się zacznie dziać niedługo, czy muszę zacząć skipować odcinki jak przy przenudnym DS9 :P

      1. Revant

        @Daimonion

        W DS9 brakowało mi tytułowej wędrówki ;) dla mnie to jest właśnie magia ST – „To boldly go where no man has gone before”. Szanuję za to DS9 za końcowe sezony i wojnę z Dominium. Codzienne problemy promenady i religijne dziwactwa Bajoran niezbyt mnie porwały. „Ferengi w opałach” troszkę, ale wolałem jednak bardziej stonowany humor Neelixa ;)

  5. larkson

    Ja tam Discovery lubię… no może nie lubię, znoszę na tyle, żeby mi się chciało dalej oglądać. Ładny serial dla oka. Zawsze oglądam go jak wracam zmęczony z roboty, wtedy jest w sam raz. Star Treki od Jar Jara Abramsa też lubię i uważam je za bardzo rozrywkowe. Starych nie widziałem, może kiedyś spróbuję.

    A na Netflixie za niedługo trzeci sezon Rick & Morty. Japa mi się cieszy na samą myśl.

  6. aihS Webmajster

    Od razu mówię, że nie czytałem całego tekstu bo spoilery ;)

    Serialu obejrzałem chyba 5 odcinków. Mój entuzjazm pozwolę sobie zilustrować
    Odc. 1 :mrgreen:
    Odc. 2 :D
    Odc. 3 :)
    Odc. 4 :|
    Odc. 5 :roll:

    Póki co odłożyłem sobie Discovery na później bo obawiam się, że odcinek 6 mógłby dobić w moich oczach do poziomu pilota The Next Generation, a może nawet przebić i zapukać od spodu…

    I żeby nie było – ja nawet nie oceniam tego przez pryzmat gwałtu na kanonie czy coś. Nie muszę bo nawet w oderwaniu od uniwersum ST jest słabo, ładnie dla oka ale słabo jeżeli chodzi o treść.

      1. aihS Webmajster

        @Daimonion

        W końcu i tak nie wytrzymałem i przeczytałem tekst ;) Zgadzam się z Tobą we wszystkim poza oceną Enterprise. Moim zdaniem udało im się zrobić całkiem niezły prequel unikając większości pułapek z tym związanych. Discovery natomiast powinien zostać przemianowany na Star Trek: Blowfish, tudzież Star Trek: Rozdymka, bo robi dokładnie tyle co ta rybka – nadyma się i robi super wrażenie choć niczego w zanadrzu nie ma.

        1. Daimonion Autor tekstu

          @aihS

          Aż tak bardzo krytyczny wobec „Enterprise” nie jestem :) Rzeczywiście starali się unikać wpadek. Przynajmniej widać było, że ich statek to nie cud techniki, lecz raczkująca technologia podróży międzygwiezdnych. Marnie stali scenariuszowo i postaciowo. W sumie to poza T’Pol i może Tripem nikt mnie nie przekonał do siebie – byli albo nijacy, albo wkurzający… Za to na pewno doceniam to, że mogliśmy zobaczyć więcej Andorian (szkoda, że w innych seriach ich olali) i… oriońskie niewolnice!!! :D

          1. aihS Webmajster

            @Daimonion

            To tak jakby powiedzieć, że Voyager to tylko Seven of Nine… przy okazji to T’pol to przecież siódemka bis tyle, że z elfimi uszami ;)

            Tak w ogóle to ST stał do tej pory ciekawymi postaciami kobiecymi – Uhura, Troy, Jadzia/Kira, B’Elanna/Seven, T’pol a w tym nowym to ciekawa była tylko ŚP. pani kapitan ;)

            1. Daimonion Autor tekstu

              @aihS

              Jadzia jest tylko ładna (zdecydowanie wolę Ezri…), od B’Elanny lepszy jest chyba nawet Harry, a przez „I sense…” do tej pory nie przebrnąłem przez TNG ;) Zostawiam sobie na sam koniec. T’Pol i Seven są potwornie skrzywdzone przez ubiór. Przyznaję, że do Siódemki miałem początkowo uprzedzenia, bo zastąpiła Kes, którą lubiłem, ale potem stała się moją ulubienicą (obok Doktora, naturalnie). W nowym ciekawa wydawała mi się szefowa ochrony, ale… No wiesz…

              1. Daimonion Autor tekstu

                @bosman_plama

                A Klingoni izolują się od ludzi, bo Sato w swej nieopisanej psychopatii zaraziła ich kolejną mutacją, która wyjaśniałaby obecny wygląd… Nieźle, ale jednak w TOS nadal istniało imperium w równoległym wszechświecie, więc jego upadek i powstanie dziwnej wersji Federacji nie pasują.
                Co do wcześniej wspominanego przez Ciebie odcinka z TNG – chyba ten: http://memory-alpha.wikia.com/wiki/Yesterday%27s_Enterprise_(episode)
                Ale z opisu wynika, że też nie pasuje, bo wojna z Klingonami jest później niż akcja „Discovery”.
                PS – Kurczę, jaki super odcinek „Voyagera” wczoraj oglądałem :)

Powrót do artykułu