SHU (Nintendo Switch) – burza nadciąga. Recenzja.

Nitek dnia 19 kwietnia, 2018 o 8:56    0 

Shu

Po skończeniu wspólnym A Way Out (polecam serdecznie) stanąłem poniekąd w rozkroku. Co tu grać, ojesu jaka pustka w środku po doskonałem historyjce. Tułając się niczym jakiś bumelant po ikonkach gier na sprzętach wszelkich, przypomniałem sobie o SHU. Dobre mówili, będzie się grało mówili. No dobra. I cyk, skończone.

No bo Shu  okazało się być niezbyt długą produkcją. Lekko trzy godziny z małym okładem i pierwszy raz z gra pęką. Przy czym jakieś pół godziny i ze sto śmierci później to sekwencja końcowa. ori, ghe, ghe. No to jak Ori to co, ja nie przejdę?

SHU_Screenshot_1Sama zabawa ma ubarwienie fabularne, lekkie, nic specjalnego właściwie, bo oto na wioskę gdzie żyje nasz tytułowy bohater zakuty w pledzik, nadciąga burza. tak skuteczna, że wciąga matkę, ojca, psa somsiada i żuli spod mostu, a wszelkie zabudowania zostawia w ruinie. Burza z charakterystyczną mordą nie spoczywa na laurach i wyjada resztkę populacji wioski zamieszkałej przez Shu, po czym wołając o repetę, rusza za naszym bohaterem. Do akcji wkraczamy my, pouczeni przez wioskowego mędrca o świątyni mocy ostatecznej, zawierającej chemtrailsy chyba, bo mogacej w teorii przegonić chmury, przywrócić blask i chwałę, i w ogóle. To lecimy.

Cechą charakterystyczną SHU jest fakt, że nasz bohater w kocyku może jedynie skakać. No chodzić też, ale jak na platformera, puszczanie protagonisty na golasa, bez fikuśnych akrobatycznych zdolności jest ewenementem. Wic polega na tym, że na swojej drodze, Shu napotyka mieszkańców wioski, którzy uchronili się jakoś przed niechybną zgubą. Trzymając ich za ręce i śmigając po kolejnych platformach, zostajemy obdarowani czasowo zdolnościami ułatwiającymi nawigację po kolejnych planszach. Tu podwójny skok, tam jakiś unik, innym razem mocne tąpnięcie niszczące przeszkody. Wszystko oczywiście dokłada trochę sterowania, ale tez otwiera kolejne ścieżki. Nie doszukujcie się tu jednak znamion metroidvanii, bo zabawa w Shu przebiega liniowo, ot hasamy z lewej do prawej i wykorzystujemy przypisywane nam zdolności. Nic, co spędzałoby sen z powiek. Poza ostatnią sekwencją. Jest jak zerowanie połówki na wiejskiej potańcówce, w polu kukurydzy za miejscem z disko. Strasznie tam jest. I z twistem, ale to już zobaczycie sami.

SHU_Screenshot_4Wizualnie jest dość oryginalnie, albowiem postacie to ładnie animowane sprajty, podczas gdy całe otoczenie namaszczone jest 2.5D. Efekt zrealizowany jest niekiepsko, więc powieka się nie domyka, a oczy chcą więcej. Bez przesadnych fajerwerków jednakowoż. Switch radzi sobie z całością doskonale i nie zalicza czkawek czy to w autobusie, czy na telewizorze. Zresztą zanim gra się rozpędzi następuje koniec, cyk.

Co zatem później, czy jest po co wracać. Tak se. to już zależy od Ciebie, drogi graczu, i twojego podejścia do gierek tego typu. Zabawa w masterowanie kolejnych plansz i calakowanie rekordów czasowych, przeplatanych zdobywaniem ukrytych znajdziek jest twoim konikiem? Nie będziesz się tu nudzić. Znajdźki są, czasówki są. Same poziomy zbyt długie nie są i przesadnie trudne zresztą też. należy się upatrywać tu relaksu, aniżeli pręgów od pejcza na plecach. Czy te trzy godziny warte są twych 10 dolaresów bez centa (czy to Nintendo eShop bądź Steam) odpowiedzieć musisz sobie sam. Biorąc jednak pod uwagę indycze koksy tematyczne pokroju Celeste, rzuciłbym hajsem w inną stronę.

SHU_Screenshot_7Nie każdy jednak lubi ból, ktoś być może lubi do kawki dla relaksu przemierzać malownicze miejscówki i bez stresu, łachotany zdobywaniem kolejnych progów znajdziek, do przodu przeć. Wtedy Shu będzie jak znalazł. Dla dzieciaka też.

Podesłał wydawca. Foteczki giereczki w sumie też.

Dodaj komentarz