Perłą w lamusa, czyli… Shadow of the Colossus

WarNerd_PL dnia 30 sierpnia, 2018 o 21:08    8 

soc

Urlop się skończył, psy się uśpiły, demony się budzą. Cierpi, rzecz jasna, czytelnik :)

Jak pewnie wspominałem już kiedyś, za konsolami nie przepadam. „Przygodę” z Xboxem 360 mogę w zasadzie uznać za rozczarowanie, po wyjściu nowego Mortal Kombat na peceta trzymałem go (Xboxa) jedynie dla UFC i dzieciaków szwagrostwa. Po zakupie (używanej) PS4 za parę stówek mogę się już swobodnie pozbyć „białej mydelniczki”.

Do zakupu PS i Shadow of the Colossus zachęciła mnie recenzja autorstwa grema. Potrzebowałem też trochę urozmaicenia, gdy resztkami sił ciągnąłem do urlopu. Co prawda po obejrzeniu recenzji w przeciągu kwadransa zassałem emulator PS2 i obraz SoTC na PC, ale to jednak nie było to.

Jak może wiecie, wersja SoTC na PS4 to już drugi remaster tej gry. Poszperałem trochę po forach, obejrzałem parę filmików porównujących oryginał i kolejne wersje. Część gigantów (i efektów) jest wg mnie lepsza w wersji na PS3, inne lepiej wypadają PS4 – grafika w najnowszej wersji jest bardziej szczegółowa, być może czasami niepotrzebnie – mam wrażenie, że niektóre kolosy wyglądały bardziej „mrocznie” i groźnie w starszej wersji. Więcej szczegółów niekoniecznie przecież znaczy lepiej, nie są to jednak dla mnie kwestie na tyle ważne, żeby zniechęcić do gry w ogóle. Tym bardziej, że remaster na PS4 to jedyna wersja, z którą się zetknąłem, a już ładnych parę lat temu polecano mi SoTC jako grę w pewnym sensie legendarną i jedyną w swoim rodzaju. Wersja oryginalna z PS2, swego czasu „state of the art”, wygląda dziś bardzo biednie, ta z PS3 też nie powala, więc zostańmy przy SoTC w wersji najnowszej.

Krótkie przypomnienie – o co właściwie chodzi w Shadow of the Colossus? W grze kierujemy bohaterem o imieniu Wander, który przybywa konno do niemal zupełnie odciętej od świata, zakazanej krainy. Wiezie ze sobą ciało dziewczyny o imieniu Mono. Dociera do świątyni, w której głos bezcielesnej istoty o imieniu Dormin obwieszcza mu, że dziewczę można wskrzesić, jednak w tym celu Wander, uzbrojony w starożytny miecz, musi pokonać szesnastu olbrzymów, drzemiących w różnych częściach krainy. Z olbrzymami walczymy za pomocą miecza i łuku, czasem musimy wykorzystać elementy otoczenia (gejzery, kamienne budowle, platformy itp.). Po krainie podróżujemy konno lub pieszo, czasem przyjdzie nam także walczyć z siodła.

Podobno całą grę można przejść w 6-8 godzin, przy speedrunie nawet w 3. Ja spędziłem przy niej pewnie godzin kilkanaście i polecałbym takie podejście. To nie jest gra, przy której należy się spieszyć (no, chyba że już wlazłeś na olbrzyma i bohater trzyma się futra resztkami sił). Po co pędzić na złamanie karku przez starożytną, opustoszałą krainę? Lepiej się rozglądać, podziwiać góry, lasy, drzewa, trawę, wodospady… To mi się podoba w tej grze – wjeżdżasz na tereny, których nikt nie odwiedzał od nie wiadomo jak dawna – żadnych reklam, karyn, grillowania itp. – jest tylko natura i uśpione olbrzymy, które budzą się dopiero, gdy się do nich zbliżysz. Prowadzi cię blask bijący z miecza (i ewentualnie zassana z sieci mapa z miejscami drzemki olbrzymów). Jako że koń bohatera wabi się Agro, możemy sobie pozwolić na coś w rodzaju agroturystyki :)

Paradoksalnie, być może plusem jest tu brak muzyki (towarzyszy ona tylko walce). Szelest liści, stukanie kopyt konia to czasem jedyne dźwięki, które dobiegają z głośników i to pomaga budować jedyny w swoim rodzaju klimat.

1366_2000

Co do walki właściwej –  wyszukiwanie słabych punktów kolosów potrafi dać nieco satysfakcji. Jakąś połowę przeciwników rozgryzłem sam, przy reszcie musiałem się w różnym stopniu posiłkować netem, bo nie wiadomo do końca, na ile w SoTC pozwoli ci fizyka. Niektóre kolosy łatwo jest pokonać – łapiemy za kudły albo wypustki, wspinamy się i dźgamy – z innymi sprawa jest trochę bardziej skomplikowana.

Niemniej jednak ulga po pokonaniu kolejnego drania jest spora. Z racji swojego „sceptycznego” podejścia do konsol nie mam obycia z padem, więc po pokonaniu trzeciego kolosa, tego z ogromnym, kamiennym „mieczem”, czułem się mniej więcej tak, jak po zaliczeniu testu na uruchamianie i wyłączanie systemów w A-10C w DCS z kołowaniem na dokładkę (co zajęło mi w sumie ze 3 godziny i zaliczyłem rzutem na taśmę).

Teraz przejdę do tego, co w grze podoba mi się najmniej. A chodzi konkretnie o sterowanie i pracę kamery. Sterowanie za pomocą pada potrafi dać pececiarzowi zdrowo w kość. Dochodzę do wniosku, że oczywiste w sumie dla nas połączenie klawiatura + mysz to kombinacja, która jest często bezkonkurencyjna. Tak, do UFC nie ma co podchodzić bez pada, ale przecież do peceta i pada da się podpiąć (inna sprawa, że UFC to niestety „eksklusyw” na konsole). W SoTC, sterowanie bohaterem (lub koniem) lewą gałką jest takie sobie – ja miewam z tym problemy. Jeśli dodamy do tego konieczność obracania kamery gałką prawą, to otrzymujemy połączenie, którego nie powstydziłby się „Happy” Lovecraft. Kamera ma irytujący (albo wręcz doprowadzający do furii) zwyczaj wracania do domyślnego położenia krótko po tym, jak gracz ją sobie ustaw zgodnie z preferencjami. Czasem to tylko wkurza, a czasem prowadzi do przedwczesnego zgonu (lub upadku i konieczności powtarzania wspinaczki na bossa). W skrajnych przypadkach może się to skończyć odstawieniem gry, czy wręcz uszkodzeniem hardware :)

fbcc391fabf6809b9e220d50d53ce4150a07eed5

Starcie przedsiębiorcy z urzędniczą machiną zapowiadało się cokolwiek dramatycznie

Kwestii tej poświęcono nieco miejsca na forach i podobno właśnie problemy ze sterowaniem/kamerą sprawiły, że pewna liczba kopii SoTC trafiła przedwcześnie na półki, gdzie obrasta kurzem po dziś dzień. Cóż mogę powiedzieć – ja, zatwardziały pececiarz, przeszedłem SoTC na średnim poziomie trudności i raczej nie była to najtrudniejsza i najbardziej frustrująca gra, w jaką do tej pory grałem (ale jednak plasuje się w górnych rejestrach skali). Czy było łatwo? Niech opis jednego ze starć będzie odpowiedzią na to pytanie. Siłą rzeczy – będą spojlery, ale postaram się je ograniczyć.

Kolos nr 12 (wodna bestia). Podpływam do potwora od tyłu, wspinam się na grzbiet i usiłuję naprowadzić go na jedną z trzech wyrastających z wody platform. Nie jest to takie proste, tym bardziej, że czasem mylą mi się przyciski (wspomniany brak obycia z padem) i zamiast walnąć mieczem to np. podskakuję. Co czasem kończy się upadkiem do wody. A wówczas podpływam do kolosa od tyłu itp. itd. …

W końcu podprowadzam go do platformy i próbuję zeskoczyć na nią z łba bestii. Brak obycia, toporne sterowanie lub praca kamery – ląduję w wodzie. Podpływam do kolosa od tyłu – tzn. próbuję, bo bestia obraca się próbując mnie dorwać – ale w końcu mi się udaje. Wspinam się więc na grzbiet olbrzyma i usiłuję naprowadzić go na jedną z trzech platform…

Udaje mi się. Skok na platformę – udany! – teraz bestia ma się wyprostować, ale z jakiegoś powodu (bug?) zablokowała się i tylko napiera łbem na platformę – sfrustrowany szyję z łuku w łeb potwora. W końcu coś się odblokowuje, bestia próbuje wspiąć się na platformę. Skaczę… i nie dolatuję, wpadając z pluskiem do wody (brak obycia, toporne sterowanie lub praca kamery). Podpływam do kolosa od tyłu – tzn. próbuję, bo bestia nabiera ochoty na spacerek, a brodzi mniej więcej z taką prędkością, z jaką ją gonię, więc tak sobie pływamy/brodzimy kilka minut. W końcu podpływam do kolosa od tyłu, wspinam się, naprowadzam, skaczę, skaczę drugi raz, dolatuję, dźgam bestię w brzuch (odbieram jej trochę energii). Bestia miota się, nie mogę dźgnąć ponownie, w końcu wytrzymałość bohatera kończy się i wracamy do wody – podpływam więc do kolosa od tyłu (ten obraca się względnie brodzi). Rinse and repeat. Bestię trzeba dźgnąć kilka razy, platformy są trzy, a bestia po kilku dźgnięciach niszczy jedną, bo inaczej byłoby widocznie za łatwo. Za każdym razem muszę powtarzać sekwencję pogoń – wspięcie – naprowadzenie – skok – skok – dźganie. Z powodu braku obycia z padem™, topornego sterowania™ lub pracy kamery™ od czasu do czasu ląduję w wodzie w różnych etapach wykonywania sekwencji.

Można śmiało powiedzieć, że SoTC to gra, która pozwala graczowi lepiej poznać samego siebie (coś jak wizyta w zakładzie „Pirates of the Barbery Coast” w „The Curse of Monkey Island”). Nie zmiażdżyłem konsoli, nie połamałem płyty, nie rzuciłem padem w TV (rzucałem jedynie mięsem, a i to raczej umiarkowanie) – myślę, że spokojnie przeszedłbym próbę pierścienia w LoTR.

maxresdefault

Dziś, po przejściu ostatniego bossa odpaliłem New Game + i przy trzecim kolosie odpuściłem – socjalistyczna kamera wie, co dla mnie najlepsze i tuż przed strategicznym skokiem przekręciła się w domyślne położenie, dzięki czemu po długim locie wylądowałem w wodzie. Nie chciało mi się kolejne dwie minuty wracać do pozycji wyjściowej do skoku, więc odpuściłem. Przy ostatnim, szesnastym olbrzymie jest sporo skakania i część tych strategicznych skoków zmieniała się w coś w rodzaju „leap of faith”, bo tylko w przybliżeniu wiedziałem, skąd i dokąd zmierzam.

Nie zdziwiłbym się, gdybym w komentarzach znalazł porady typu „git gud” czy coś w tym rodzaju – zgadza się, na pewno da się grać w SoTC bez tej całej frustracji, wynikającej z braku obycia z konsolami w ogólności – ale opisuję wrażenia z gry z punktu widzenia zatwardziałego pecetowca, co z padami miał do czynienia głównie na treningach aikido.

Czas na końcowe wnioski. Shadow of the Colossus jest z pewnością grą jedyną w swoim rodzaju i warto się z nią zapoznać bliżej. Fabuła nie jest kolejną cukierkową historyjką – nie chcę spojlować, ale klasycznego happy ending raczej brak. Grafika ładna, widoczki przyjemnie (o ile kamera pozwala je podziwiać), jednak po Wiedźminie 3 na ultra nie rzuca to na kolana (mimo że grałem z filtrem, który nadawał otoczeniu trochę żywsze kolory). Od strony technicznej gra także jest ciekawa, specjalnie stworzony engine sprawia, że kolosy wydają się odpowiednio ciężkie i powolne, bohater może wspinać się na nie chwytając się futra czy „części ciała” (czy też może – elementów architektury), zaś jego ciało dość przekonująco „powiewa na boki” gdy rozeźlone bestie próbują go z siebie zrzucić. System ten co prawda nie działa perfekcyjnie – zdarza się, że bohater (czy kolos) zatnie się albo utknie w jakimś miejscu, udało mi się jednak ukończyć grę bez większych zgrzytów (poza wspomnianymi wcześniej problemami ze sterowaniem i kamerą). Podobno zresztą te ostatnie towarzyszą SoTC od samego początku i gracze znający wcześniejsze edycje narzekają na forach, że w odświeżonej wersji nic z tym nie zrobiono. Faktycznie, potrafi to napsuć sporo krwi i gdybym miał oceniać SoTC w 10-punktowej skali, odjąłbym za to ze dwa punkty.

Czas na jakieś podsumowanie. Czy żałuję pieniędzy wydanych na grę? Absolutnie nie, obcowanie z odświeżonym dziełem Fumito Uedy dostarczyło mi sporo wrażeń. Nie jest to co prawda gra na wiele godzin, próżno tu szukać sub-questów czy alternatywnych zakończeń. Jednak podróż przez odległą, opustoszałą krainę może być wydarzeniem samym w sobie. Najlepiej na spokojnie, bez pośpiechu zanurzyć się w tym niewielkim, zamkniętym świecie, podziwiać widoki i wsłuchiwać w szum wiatru w gałęziach – a po jakimś czasie, kiedy już nasyciliśmy się tymi wszystkimi „okolicznościami przyrody” – stawić czoła olbrzymom.

27629243_10156239154452754_2822071096588177278_o-696x392

Dobra ta gra, dobra… tylko taka, wicie, smutna…

Na sam koniec mała ciekawostka. Nie ma sensu porównywać, powiedzmy, wiśni i arbuzów, ale kiedy ja próbowałem wykończyć ostatniego olbrzyma, mój małoletni syn zaczął swoją przygodę z Wiedźminem 3. Trudno porównywać obie gry, ale powiedziałbym, że przy Wiedźminie 3, Shadow of the Colossus wypada jednak trochę blado, tak graficznie, jak i przede wszystkim fabularnie. Ale cóż, to gra, która powstała w 2005 i jestem pewien, że wówczas zasługiwała na wystawiane jej 9/10. Warto w nią zagrać nawet dziś, zwłaszcza jeśli – tak jak ja – zaczynaliście od Hungry Horace i lubicie poznawać kolejne „kamienie milowe” w historii gier. Choć gdybym miał wydać (jak sugerowano mi w znanym sklepie komputerom) 2000 złotych na nowe PS4 Pro i kolejne 3000 na TV 4K HDR to uważam, że (przy średnich zarobkach w naszym kraju) jednak lepiej wydać te pieniądze na wyjazd do jakiejś odległej (niekoniecznie zakazanej) krainy.

Dodaj komentarz



8 myśli nt. „Perłą w lamusa, czyli… Shadow of the Colossus

  1. /mamrotha

    Skończę God of War i kto wie… btw. też miałem przez pierwsze dwa lata takie zdanie o padzie, ale po roku sparingów przy BF1 i kilku japońskich JRPG (kurde, to bywa fajne!) dochodzę do wniosku, że tym się da sterować. Owszem, klawiatura i mysz mogą być bardziej precyzyjne, ale różnica nie jest aż tak wielka (poza symulatorami lotu, grr). Co innego jak ktoś zjebie system sterowania (patrz: Lego Worlds), wtedy nic nie pomoże (i tu zaleta pieca z możliwością mapowania klawiszy po swojemu)

Powrót do artykułu