Ośmiobitowy monument z miłości – Shovel Knight

Nitek dnia 26 czerwca, 2014 o 15:00    8 

luzne_gadki_shovel_knight

Złapałem się. Złapałem się na tym, że spodobała mi się gra wyglądająca tak staro, że Polański by nie grał. MILF elektronicznej rozrywki.

Shovel Knight to swoisty hołd dla wszystkiego co kiedyś było dobre. Rok temu szturmem zebrał żetony na Kickstarterze, zahaczając po drodze wszystkie progi jakie oferował. Nie spodziewał się wiele, zaledwie 75.000$, zebrał przeszło cztery razy więcej i wywiązał się z zadania elegancko.

A tu wykopiemy se basen

A tu wykopiemy se basen

Podstawowym składnikiem Shovel Knight jest prostota, okazyjnie mieszana z bombowymi mechanizmami zapożyczonymi z innych gier tego typu, a jednocześnie ściśnięta przez ryzy ery ośmiobitowej. Fabularne tło prowadzi nas przez tułaczkę wyposzczonego rycerza poszukującego swej porwanej lubej. Gohosts and Goblins anyone? Mechanika to mikstura wyważona z tego, co kiedyś świętowało tryumfy i skradło nasze serca. I tak, znaleźć można elementy z Ducktales, ale też Dark Souls z mini grzebaniem w plecaku i lekkim rozbudowywaniem postaci na modłę RPG, a tam gdzie zamczyska, tam obowiązkowa szczypta Castlevanii . Z ekranu uderzają piksele wielkości cegieł, a większość leveli przypomina mocno kwasowy trip dzięki szalonej palecie barw weń zastosowanej. Sterowanie to synonim łatwizny, ot na relaksie, atak, skok i rozdzielanie razów łopatą. Wkomponowano tu charakterystyczne pikowanie z łopatą w dół, zapożyczone od Scrouge’a co w Kaczych na lasce chyżo śmigał, a także sprawdziło się równie dobrze w Rogue Legacy. Oparto na tym podróż przez niektóre segmenty gry, co zaletą nie jest, a przestrogą, bo z emocji można zęby sobie wyłamać, a od zgrzytania, spiłować. Gra się dobrze, gra się płynnie, gra się przyjemnie. Do odhaczenia na liście przed napisami końcowymi dochodzi kompletowanie ekwipunku, na bogato, ale bez specjalnych szaleństw. Kucharz po sprzedaniu mu kartki na mięso, przyrządzi strawę na stałe dodającą oczko zdrowia, a kuchcik w sali obok niebieskim napojem wydłuży pasek many, coby używanie magicznych reliktów przeszło do użytku dziennego. Dziarski kowal w sąsiedniej wiosce wykuje nam szereg zbroi o różnym ubarwieniu i właściwościach, a za ścianą wykupimy dopałki do sprzedawanych ciosów, zaledwie trzy, styka. Łopata to nasza broń główna i zgodnie z tytułem, z nią zaczynamy i z nią kończymy. Mieczyków i toporów nie przewidziano, co zważywszy na możliwość odbijania pocisków, jest poniekąd zrozumiałe. Samego kopania w glebie tu niewiele. Ot, tu wykopiemy jakiś kryształ, tam przebijemy się przez kupkę piachu, ale to przecież oręż kurde bele! Zbierany pieniądz na długo w kieszeni nie gości. Nie tylko z powodu zakupów.

Pompuj Heidi!

Pompuj, Heidi!

W momencie śmierci hajs z kieszeni leci na lewo i prawo, niczym onegdaj z niebieskiego jeża. To właśnie m.in. takie niespodziewane wydatki, niczym rata za ubezpieczenie samochodu, skutecznie mogą przyhamować nasz rozwój. Zwłaszcza, że niczym w Dark Soulsach, kiedy polegniemy zanim dojdziemy do kupki dropniętych dukatów, te przepadają na zawsze, co boli. Inna sprawa to pojedynki z szefami czekającymi na nasze przybycie, wieńcząc naszą wędrówkę po danej krainie. Mocno zróżnicowani, z szeregiem indywidualnych ataków, które wezmą na sprawdzian nasze zręczne palce, szybkie oczy oraz i przede wszystkim, nerwy. Ginie się tu szybciej niż piwa na imprezie, a upadek do dziury owocuje natychmiastowym zgonem. To dobrze, bo jest wyzwanie, a co dopiero kiedy dobrniecie na koniec przygody i w new game+ zasmakujecie bólu serwowanego na wyższym poziomie trudności. Horror niejedno ma imię, jedno z nich to bez wątpienia Shovel Knight. Podczas pierwszej przechadzki, pięść minie się niejednokrotnie z monitorem o milimetry, a słownictwo zostanie wzbogacone o pozdrowienia ludzi ulicy.

Ciąg porażek hartuje ducha i wzmaga krążenie

Paolo Cohello

Hera, koka, #, LSD

Hera, koka, #, LSD

Każda z odwiedzanych krain to inna otoczka wizualna i dźwiękowa. Orkiestra nie została zaproszona, w związku z tym spodziewajcie się wszelkich szumów i tłustych nut otagowantych chiptune. Już dawno nie cofaliście się w czasie tak daleko. Stojąc na rozdrożu konieczna jest odpowiedź czy rozmemłane piksele to Wasz kawałek chleba, bo na lepsze to pewnie przyjdzie poczekać na jakiś remake czy coś. Różne okoliczności przyrody to nie wszystko, bowiem każdorazowo gra karmi nas odmiennym stylem rozgrywki na poszczególnych planszach, zaskakując nas do samego końca, gdzieniegdzie atakując kumulacją rozwiązań, tak jak pani wyskakująca z tortu wprawia w zdziwienie gawiedź brakiem odzienia.

Dzięki możliwości poruszania się naszym wojakiem między poszczególnymi miejscówkami rozsianymi na mapce świata, wyeliminowano liniowość prowadzonej rozgrywki. Pozwala to  wziąć byka za rogi z każdej strony, według własnego widzi nam się. Opcjonalny jest także powrót na stare śmieci, gdzie dzięki uzyskanym nowym zdolnościom, można podjąć trudy ponownego przemierzania miejscówek, tym razem starając się odnaleźć wszelkie skrzętnie poukrywane sekret. Grind nie jest konieczny, a sam skończyłem grę z niemal całym zestawem dobra w tobołach. Brakło dwóch zabawek. W niektórych miejscach na mapce, dalsza wędrówka jest blokowana, a kontynuacja podróży możliwa po podrasowaniu rysów twarzy rzezimieszkom na dostępnych planszach. Są także potyczki opcjonalne z, prawie że, losowymi przeciwnikami, na czele których stoi mój personal fav – true-metal-pagan-warrior walący pejczochem po dupie w rytm syntetycznych dźwięków, z których da się w głowie poskładać ociężałe norweskie nuty. Szefowie na końcu drogi w każdej krainie to nietęgie głowy dające zdrowo popalić i przez większość czasu budzą respekt godny maszkar z Dark Souls. Zanim jednak staniemy szpadel w szpadel z największymi tego świata, trzeba tam dojść, a to nie kaszka z mleczkiem, choć dobre i smakuje. W tak zwanym międzyczasie więcej w grze skakania aniżeli walki jako takiej, za to odpowiednie traktowanie łopatą przez łeb przeciwników, momentami wplecione jest w konstrukcję poziomu i konieczne do wykonania, co wcale nie ułatwia nam życia. Ba! Bezlitośnie dokręca śrubę. Po trupach do celu.

ShovelKnight4

W podziemnym świecie naszym największym wrogiem będzie lawa serwująca natychmiastową śmierć, w stalowym wielorybie poruszać się będziemy pod wodą, bardziej ociężale, prawie jak po wigilii u mamy. Przeklniecie prądy powietrza jakie smagać będą Wasze boskie ciało na statku powietrznym, a w zamku kiedy zgaśnie światło ukrywając Waszą pozycje, ale także wszelkich przeciwności losu, ponownie zwrócicie się o pomoc do rodzicielki. Co rusz co innego, mocno się chwali, a w końcowej fazie eskalacji wyzwań mieszanka wszystkiego po trochu zrywa czuprynę i nie pozwala od siebie odejść, aż do listy płac.

System checkpointów to niezwykle śliska sprawa. Można zaryzykować i rzeczony punkt odrodzenia rozbić, uzyskując więcej drogocennych kamieni, ale jednocześnie pozbawiając się skrótów i ułatwienia na danym levelu. Można, nie trzeba, nie miałem odwagi tak postępować! Punkty kontrolne rozmieszczone są między słusznymi odcinkami drogi, jednak niemożność zapisu gry wychodząc z niej w dowolnym momencie, mocno minusuje. Rozumiem hołd i zapatrzenie absolutne, ale konieczność przechodzenia całych segmentów, które chwilę wcześniej wyzwałem od najgorszych, wzbogacając język ulicy o kilka nowych stwierdzeń tylko dlatego, że musiałem iść po masło, uważam za grubą przesadę i w żadnym wypadku wartość dodatnią. Miejcie to na uwadze planując swój czas z Shovel Knight, zwłaszcza w momentach kiedy po entej próbie wreszcie coś Wam się uda, a ktoś poprosi o niezaplanowane czynności poza obszarem rażenia klawiatury. I nie, uzbierane złoto nie wychodzi razem z nami kiedy przerwiemy rozgrywkę.

ShovelKnight5

Nie zaiskrzyło między nami od razu, wręcz nie chciałem zbytnio przysiąść przy Shovel Knight. A jednak, przełamując pierwsze lody odkryłem niesamowite dobro zeń płynące. Przybiliśmy piątkę, zjedliśmy ciastko, polubiliśmy się na tyle, że już po ukończeniu całości, złapałem się na smutnym spojrzeniu w stronę biblioteki Steamowej i metryczkę ograne wiszącą na szpadlu, którym jeszcze przed chwilą ochoczo machałem. Nie ma tu miejsca na kompromis, a Shovel Knight nie kreuję się na coś czym nie jest. Dostarcza syte dziewięć godzin kapitalnego, miodnego skakania w staroszkolnym stylu, bez miejsca na nudę z ng+ na odległe później. Ciurkiem przeszedłem, tak oplata swymi mackami. Absolutne zatracenie.

Me-gusta

Czas rozgrywki: 9h

Grę dostarczył wydawca.

Dodaj komentarz



8 myśli nt. „Ośmiobitowy monument z miłości – Shovel Knight

    1. aihS Webmajster

      @Probabilistyk

      Ja ogrywam bo ostatnio nie mam czasu na pisimajsterrejsgejming więc tabletka poszła w ruch. Nie jest to bardzo skomplikowana* gra więc jakiś krótki tekst postaram się spłodzić. Póki co powiem tylko, że fani FTLa powinni ubrać trampki, wziąć dzidę i udać się na polowanie.

      *mechanika nie jest skomplikowana, ale contentu jest sporo

Powrót do artykułu