Monster Hunter World – jak potwory pożarły weekend

Nitek dnia 12 lutego, 2018 o 12:42    8 

mhw

Pomijając fakt, że ostatnio zdziwiłem się srogo wtedy, gdy naszła mnie trzecia nad ranem, a ja dalej ślepiami mrugałem w ekran Switcha, Monster Hunter World w wersji PS4 zagiął mnie totalnie. Nie dalej jak w miniony weekend przestałem weń grać tylko dlatego, że rozładowałem pada. Dwa pady. I nie było już czym grac.

Nie jest to moje pierwsze zetknięcie z tematem, choć pierwszy raz zdarzyło mi się przycupnąć do łowów na dłużej, niż przysłowiowa chwila. Kiedyś tam sięgnąłem po łowczych jeszcze na PSP, a i nawet w kolejną część zaopatrzyłem się na 3DSa, z myślą o długich nocach w szpitalu, jakie majaczyły na horyzoncie. Niestety oba przypadki nie zażarły z cała swoją mocą i nie doznałem mitycznego odrodzenia podczas rzekomych 800 godzin, które poświęcali na gierkę inni. Znam takie przypadki. Nie tyle poligony tak kanciaste, że dłubały w oczach odrzucały, co sterowanie, które wycięte z jednej dodatkowej gały i dzięki zastosowaniu jakichś sztuczek niby prezentowało grę jak powinno, niemniej jednak okazało się, że jest to poniekąd bariera nie do przejścia i zainteresowanie swe skierowałem na inne płaszczyzny. Nie to co Monster Hunter World, nie to, królu złoty.

mhw1Monster Hunter World, jak nie trudno się domyślić, to zabawa w polowanie. Nie na żadne utpce czy inne strzygi, a rosłe bestie, które niejednego baranka z siarką schrupały. Stawicie czoła kreaturom tak rosłym, że zamarzycie z miejsca o ekranach na 55 cali, a to i tak nie styknie, bo kreatury są serio ogromne. Praktycznie w każdym przypadku. Pomijając meandra fabularne, bo i takowe są, wowo, to wielki skrót tego, co gra ma do zaoferowania. Będąc w bazie, zrobicie niezbędne zakupy, by poczynić przygotowania przed kolejnymi starciami w Nowym Świecie. Tu jakieś miksturki, w warsztacie zaś nowe łachy szyte ze zbieranych podczas wypraw surowców. Trzeba zaznaczyć, że ilość rzeczy w szafie znacząco rożni się od ilości rzeczy na promkach w Lidlu i właściwym jest tu stwierdzenie, że co zabijecie, za chwilę przyodziejecie, bo każdego stwora można przerobić na modną garsonkę, składając cały set z kilku elementów. Wymaga to gromadzenia tony rzeczy, ale taka natura MHW. Oczywiście garderoba niesie za sobą różne statystki defensywne, w tym odporność na obrażenia od żywiołów itd. Nic nadzwyczajnego. Tyle, że różne części poszczególnych setów obłożone są odmiennymi właściwościami i odpornościami na krwawienie chociażby, co zmusza do kombinowania i składania odporności na to, co akurat najbardziej nam doskwiera. Może nie będziecie wtedy wyglądać (co ja gadam, każdy element jest piękny!), ale nie będziecie broczyć posoką tuż przed rozszarpaniem przez Pukei-Pukei czy inny badziew. Z czasem pancerze można ulepszać zdobytymi kulami pancerza, co jeszcze bardziej zwiększa nasze szanse na przetrwanie.

Inaczej sprawa ma się z uzbrojeniem. Nie dość, że mocno pofolgowano w tematyce, bo znajdują się tu rzeczy zupełnie zwykłe jak długi miecz, miecz i tarcza czy podwójne bliźniacze kosy, to są też cuda jak owadzia glewia napędzana insektami o, ponownie, rożnych właściwościach czy lancopał (wyobraź se to, synek!). Wszystkie podstawowe warianty oręża gra daje nam do obskoczenia od samego początku, dzięki czemu każdy znajdzie coś dla siebie. Osobiście hasam z dwoma bliźniaczymi kosami, dającymi dużo mobilności i przekładam je na zmianę z długim mieczem, obecnie z jakichś kości, którego rychło ulepszę do broni potrafiącej usypiać mięsko po drugiej stronie ostrej końcówki. Taki jest plan. Warsztat wraz z naszymi postępami rozrasta się i pozwala na co raz to nowsze warianty uzbrojenia, o odmiennej wizualizacji każdy. by nie pogubić się, przydaje się tu opcja pinezkowania interesujących nas pozycji, co przekłada się na to, że zbierając odpowiednią ilość przedmiotów, gra powiadomi nas o tym, że można iść coś wykuć. Przydatne fest, bo opcji i drzewek jest tu mnóstwo.

mhw2To co jeszcze w tej bazie. Jest świnka! Titititi, tak nas wita tymi raciczkami, a głaskana odpowiednio, znajdzie dla nas dobroci pochowane między półkami. Boczek, niby taki dodatek, turbo słodki o mokrym nosku, i ewidentnie bzdurny, ale cieszy jak mało co. Podobnie sprawy mają się z kantyną, gdzie można zamawiać potrawy przed kolejną wyprawą. Owe dania przyrządzi nam armia kociaków (dosłownie, kotów, nie że jakieś babuszki), a asortyment dań zwiększy się, im więcej zadań dla kantynki robić będziemy. Gastrofaza na trzeźwo gwarantowana. Jest też bibliotekarz, sortujący informacje o potworach, a każdy jeden rozpisywany jest na stronach księgi tworząc ichniejszą wikipedię o przydatnych nowinkach, jak czułe punkty czy miejsca występowania. Można hodować roślinki, a w naszym domu uprawiać hodowle istot sprowadzonych z zakątków Nowego Świata, ale też puszczać koleżkoty na ogoniaste safari (wiwat spolszczenie! bo jest).

No tak, koleżkoty. We wszystkim towarzyszy nam koleżkot, kot, kolega, koleżkot. Zdaje sobie sprawę z mocnej japońszczyzny jaka bije z tego, co właśnie czytacie, ale trzeba to przełknąć. Ba! Koleżkoty mają swój kreator kota,a do tego są niezwykle przydatne, albowiem jak i my, przebierają się w różnorakie odzienia, ale też poratują apteczkami podczas batalii czy podłożą pułapki ogłuszające przeciwnika, bądź inne gadżety, których najpewniej nie znam jeszcze. Wspomniane ogoniaste safari to misje, na które możemy wysyłać towarzysza, a z których wraca on ze zdobytymi surowcami. Abstrakcja poziom hard tak czy siak, ale nic, co miałoby jakoś ewidentnie przeszkadzać zwłaszcza, kiedy zobaczycie jak kociaki cisną w pontonach po bajorkach, gdzieś na wyprawie.

mhw4No tak, bo ja tu pitu, pitu, cały czas o głównym HUBie, a potwory same nie wymrą. Misje w MHW dzielą się dość typowy. Są te z wątku głównego, które uczą nas meandrów sztuki zdobywania fanów w tym niebezpiecznym świecie poprzez rachowanie kości i zdzieranie im naskórka ze stóp oraz całej sztuki tropienia. To tak naprawdę nic turbo skomplikowanego, ale pierwsze wrażenie jest nader srogie. Oto po klepnięciu zadania lądujemy na mapce dość obszernych rozmiarów, która jest można powiedzieć pół-otwartym światem, podatnym na eksplorację według własnych potrzeb. Całość to sieć większych lokacji połączonych ze sobą ciasnymi przesmykami i ukrytymi przejściami, w których momentami odnaleźć się nie sposób, ale już po chwili można załapać ogólną topografię. Te piękne miejscówki, bez wyjątku, są miejscem urzędowania flory i fauny rozmiarów wszelki. Od mrówek przez potężne Girosy, Odogangony po wszelkiej maści wiwerny czy antyczne smoki. I to wiecie, są smoki, nie jakieś popierdółki Daenerys. Menażeria jest przepastna i odpowiednio zróżnicowana, by nie dała się złożyć od sztycha, a ze mnie żaden Koszałek Opałek, by opisywać Wam wszystkie żyjątka, więc zaufajcie mi. Oczy Wasze cieszyć się będą, a serce podskakiwać radośnie.

Cała reszta roślinek czy minerałów – do pozbierania, później do przerobienia na ciuchy, bądź sprzedaży, zupełnie jak i szczątki pokonanych. I warto zbierać wszystko, bo nie wiadomo, kiedy będzie potrzebne. Jeszcze nigdy chomikowanie, nie było tak nagradzane. Warto wszystko mieć pod ręką, by nie okazało się, że łachudry z Gnijącej Doliny nagle zblokują Wasz mieczyk o +5 do obrażeń lodu np. a przyjmą godnie gładzenie ogniem, podczas gdy bronie sauté zadają obrażenia dość komiczne. Wyjścia często nie ma i trzeba bić z tym co się ma, bądź zacząć zbierać na coś lepszego, co ze względów oczywistych trochę trwa. To oczywiście obnaża specyficzność serii Monster Hunter i jej mocny romans z grindowaniem. Jednak być może przez wzgląd na dość skąpą fabułę, które se tam jest, ten grind jakoś niespecjalnie się odczuwa. Sam kieruje się kolejnym zleceniem, aniżeli mocą grindu. No dobra, jak już chciałem mój set, ten co sobie upatrzyłem, to łaziłem kilka razy z rzędu bić tego samego leszcza, bo itemki. Może ten drugi czy trzeci raz z nim sam na sam, nie był taki jak ten pierwszy, ale co rusz działo się coś nieprzewidywalnego. A to zaatakowały mnie jakieś mini jaszczury, by po chwili przyszła chyba ich matka, rozstawiać nas do kąta, co nie wychodziło jej zbytnio, bo stwór przypominający T-Rexa jak gryzł wielkiego Jargasa po szyi, to aż monitorem trzęsło. Dzieje się. A jeszcze Diablosa muszę tam rach, ciach.

mhw3Watahy napotykanych stworów i całe miejscówki w ogóle, to całe mikro-ekosystemy. Nie bez znaczenia jest miejsce,w którym znajdziecie dane osobniki, podczas gdy inni staczają walkę o terytorium, na pohybel somsiadom! co można wykorzystać przy układaniu planu bitki i podprowadzić jedno stworzenie do drugiego na przyjacielską wizytę, jak wspomnianego Jagrasa. Nie zawsze wiąże się to ze zwycięstwem, ale przynajmniej z osłabieniem naszego przyszłego surduta. Sam system walki to trochę walenie na ślepo, niestety, co mocno nie przypasuje wielu osobom. Nie jest to precyzja Soulsów, a i samo sterowanie wypada dość dziwnie. Nasza postać dla każdej broni, operuje kilkoma kombinacjami ciosów wypluwanymi kolejno po sobie, i ciosem dodatkowym, którym można czasem coś namieszać w łańcuchu ataków. Do tego dochodzi odpalenie się w trybie demona, co powoduje, że serie wypluwamy z siebie o wiele szybciej (w przypadku dwóch ostrzy), bądź kroimy jak Szatan w przypadku długiego miecza. Co oręż to trochę inaczej, a że nie grałem ze wszystkim, nie jestem w stanie o wszystkim Wam powiedzieć.

System walki nie prezentuje się na wypasie w swojej prostocie, ale nic nie jest takie jak się wydaje. Wszystko ze względu na ilość dostępnych sposobów podejścia danych potworów, możliwość zastosowania szerokiej gamy pułapek jakie są nam udostępnione. Dziwnym wydaje się brak skoku w dowolnym momencie, ale zawsze można się gibnąć z krawędzi i spróbować dosiąść stwora, by wyprowadzić mu kombinacje między łopatki czy też w przedziałek. Ważną rzeczą jest też segmentacja stworów, co nie jest widoczne od razu, ale wspominają o tym wszelkie badania, do których się przykładamy zbierając informacje na ich temat, kolekcjonując ślady czy analizując zachowania. Oznacza to tyle, że czasem można petentowi odłupać ogonek, innym razem złożyć pancerze na grzbiecie czy nogach, a kiedy indziej wszystko będzie mówić, że powinniśmy koncentrować się na głowie. Sprawy nie ułatwia brak namierzania per poszczególne części ciała, co zmusza do właściwego pozycjonowania się względem przeciwnika, w zależności od tego, co chemy obtłuc. Niemożebnie wpienia w tym wszystkim brak możliwości wyjścia z wyprowadzanego kombo, przez co najczęściej klnę pod nosem. Ot, kiedy wpadniecie w wir motania szabelkami na lewo i prawo, a spostrzeżecie, że stwór składa się do ataku, ni cholery, nie przerwiecie tego tańca, by uskoczyć. Stanowczo za mocne drewno,a le po kilku godzinach można przywyknąć, podobnie jak i do specyficznej pracy kamery, przywodzącej na myśl namierzanie per obiekt, coś jak śledzenie piłki w Rocket League, tyle że tu piłka ma zęby i chce Was mocno pokąsać. I będziecie co rusz wracać po więcej, bo miodku tu na pęczki, a kolejne prezentowane bestie wysadzają z laczków, każdorazowo oferując coś odmiennego, niż delikwent poprzedni. Zwłaszcza, kiedy zaczniecie się bawić w multi, co przekłada się na skalowanie poziomu trudności proporcjonalnie do ilości graczy hasających po mapie, maksymalnie czterech i oczywistym wzroście znakomitości wykonywanych czynności współmiernie do liczby znajomych po drugiej stronie pingu.

mhw5Wszystko to o słusznym udźwiękowieniu, gdzie wrzaski bestii zrywają kalesony siedzącym przed monitorem. Jednocześnie nie można wspomnieć o tym, że wersja na zwykłym PS4 zalicza spadki płynności porównywalne do upadku szczęką o beton, kiedy zaś innym razem coś grze dygnie i raczy płynnością znacznie większą. Widać, że było mocne cięcie, stety niestety. Potwory zaś to klasa sama w sobie, przynajmniej te największe. Mniejszym poskąpiona większego detalu, takie odnośze wrażenie. Same landszafty i malujące się przed oczami pejzaże porywają i zachęcają do dalszej tułaczki, pozwalając zapomnieć o troskach codziennej rutyny życiowej. Szkoda w tym wszystkim technikaliów, bo baczny obserwator wychwyci wszelkie niedoskonałości i jest szansa, że nie będzie się dobrze bawił.

Tyle, że będzie. Jak i ja będę najpewniej ponownie, kiedy to tuż przed premierą wersji pecetowej, wypchnę swoją płytkę do innego właściciela i zacznę od zera.Tak dobrze jest.

A czy pady naładowane? Oba mam.

Dodaj komentarz



8 myśli nt. „Monster Hunter World – jak potwory pożarły weekend

  1. brum75 Czytelnik pierwszej klasy

    Koleżkot mnie ujął już na etapie gdy go projektowałeś. Świnka z raciczkami też słitaśna, potwierdzam. Ogląda mi się to całkiem przyjemnie ale grać to już chyba nie dla mnie, nie czuję w sobie pokładów cierpliwości do ciachania monsterów.
    „ulepszę do broni potrafiącej usypiać mięsko po drugiej stronie ostrej końcówki” – poetycka fraza, 10/10 ;)

  2. thewhitestar

    Oczy by grały, ale raczej po kilku stworkach dałbym sobie spokój.
    Grałem w jakiegoś MH na PSVicie i pamiętam że po całym dniu grania chyba nawet nie przeszedłem samouczka. Ale bawiłem się naprawdę dobrze, ci Japończycy to jednak potrafią zrobić dobrą mechanikę gameplayu i wszystkiego w okół: pamiętam że były tam siakieś kraftingi, gotowania, zbieractwa itp. Ale w przeciwieństwie do zachodnich gier te elementy były fajne i sensowne a nie wsadzone tylko dlatego że „wszystkie gry to majo”.
    Tyle że ja nie z tych co to przechodzą Soulsy czy inne Dark Ariseny, to są dla mnie super przyjemne gry ale tylko na paręnaście godzin. I tak samo obawiam się będzie z tym MH, mimo to czekam na wersję PC całkiem mocno.

  3. lemon

    Wypowiem się z pozycji ignoranta, bo choć trudno nie znać serii choćby z nazwy, to o MH wiem niewiele – ot, tyle, że walczy się z wielkimi stworami, aczkolwiek nie aż tak wielkimi jak w Shadow of the Colossus. No i tu nasuwa mi się inny tytuł, Dragon’s Dogma, która zapewne coś tam z serii MH sobie pożyczyła. Jak wypadają, Nitku, obie te gry w porównaniu, zwłaszcza jeśli chodzi o same starcia? DD dała mi niezapomniane chwile, jak np. taką, żeby zdobyć kieł cyklopa, musiałem mu się wspiąć po grzbiecie na łeb, ze łba na pysk i uwieszony brody mu tenże kieł odrąbać. Albo inna, kiedy to uczepiłem się szyi wiwerny, a gadzina wzbiła się w powietrze, hen wysoko, żebym mógł zobaczyć krainę z lotu ptaka, a następnie zrzuciła mnie jako ten balast, na spotkanie z glebą żyzną.

    1. Nitek Autor tekstu De Kuń

      @lemon

      No nie, MHW to jednak trochę inna zabawa, choć również z segmentacją ciał przeciwnika. Tyle, że w MHW jest to trochę bardziej jakby suche. Nie można wycinać kłów per se i z taką precyzją jak zaprezentowano w DD, ale można ciąć maszkarom ogony i zbijać pancerz różnych części ciała, by dostać się do mięska i zadawać stosowny damage.
      Na stwory można stosować wszelkiej maści pułapki, próbować je usypiać czy wreszcie, łapać i do wora, a następnie na arenę, aniżeli zabijać, co wymaga stosownego przygotowania, zmiękczenia, a następnie podłożenie i zasadzenie pułapki.
      W trakcie walki można wskoczyć na potwora i robić nań rodeo tłukąc po rożnych częściach cielska, ale ma to za zadanie doprowadzić do wystosowania mocnego kombo na końcu, niż wyrwaniu ząbka.
      Potwory mają też swoje ataki, które czynią różne cuda, a spotkania dwóch z nich na terytorium jednego z nich owocuje w zabawę miedzy nimi rodem z najlepszych filmów Godzilli, dzięki wpleceniu tu tych ekosystemów z przynależnością terytorialną i gatunkiem alfa na rejonie włącznie.
      I tak, raz biłem stwora 40min i nic. Od nowa.

        1. Nitek Autor tekstu De Kuń

          @lemon

          To nie kwestia miliarda hp, tylko mojego doboru uzbrojenia. Nędzne koski po 2dmg xD a typ jeszcze latający, więc cięzko trafić.
          Trochę brakuje łapania linami z H:ZD jednak, bo pułapki są statyczne, muszą w nie wejść, bo nie ma typowego sidearma. Jest co prawda proca, ale to raczej do zaczepiania/dywersji. Zatem albo bierzesz coś na dystans, albo idziesz w kontakt.
          Bitkę stawiałbym na mocniejszy arcade raczej.

Powrót do artykułu