Ja i On, Nintendo Switch

Nitek dnia 18 stycznia, 2018 o 11:29    14 

nintendo-switch

Niemalże miesiąc minął odkąd trzymam go praktycznie co dzień, w różnych sytuacjach, w moich dłoniach. Minął prawie, że miesiąc odkąd średnia godzin na tygodniowo na Steamie przeze mnie spadła do poziomu sprzed czasów, kiedy posiadałem internet. Serio.

Zakupione przeze mnie urządzenie o brawie czerwono szarej sprawuje się wyśmienicie już od wyjęcia z pudełka. Czerwono szare? no tak, bo to wariant Mariusza Odsyeusza, z kodem na grę Marian Odyssey. i tak, kodem, albowiem wersje konsoli z grami nie posiadają ich na fizycznych nośnikach, a w formie kodu właśnie, do pobrania z Nintendo eShopu, ichniejszego Steama, który różni się od tego drugiego tym, że nie jest wysypiskiem śmieci. Jeszcze, przynajmniej, stan na styczeń 2018. W pudełku poza konsolą i Joy-Conami (kontrolerami) oczywiście, niezbyt wiele tak naprawdę. Stacja dokująca gabarytowo jest ciut mniejsza od samego elementu z ekranem Switcha i pozwala wsunąć konsolę właściwie bez żadnych problemów. Jak donoszą użytkownicy może się jednak zdarzyć tak, że nieopacznie ktoś wsunie konsolę zbyt agresywnie, przez co może porysować sobie ekran lub plecy kieszonsolki ze względu na brak żadnego materiału ochronnego w docku. Dziwnym nie jest, że zaraz wracałem do sklepu po jakąś folię na ekran, którą rychło wymieniłem na szkło hartowane, a i tak zmaściłem nałożenie i folii i szkła, bo albo powietrze, albo śląski kurz tam władowałem. No, ale niby jest bezpieczniej, choc aktualnie prawy górny róg przyklejonej szybki się nie trzyma, a na ekranie ciapki kurzu. Nie każdy ma kill room Dextera na chawirze, heloł. Na internecie można spotkać skarpety na dock, które nałożone nań zmiękczają powierzchnie, chroniąc tym samym urządzenie.

Dock to nie tyle trzymadełko konsoli, co Wasza pierwsza ładowarka Switcha. W moim zestawie nie było nic więcej czy mógłbym ładować handhelda przez co bez odpowiedniego kabla (USB C) byłem z początku uziemiony i ograniczony do docka. Możecie sobie zatem wyobrazić, że konsola dość często w owym docku ładuje, co zwiększa potencjalne ryzyko niechcianych zadrapań. Z tylnej części stacji jest tez klapka, gdzie wchodzi dostarczony kabel zasilania, oraz HDMI, który to znajdziecie w pudełku z zestawem. Są także porty USB do podłączenia dodatkowych gadzetów jak choćby zewnętrzna karta sieciowa czy pełnoprawne pady (tzw. Pro Controller – dodatkowe trzy stówy dla chętnych, choć można się obejść), bo nie wszystkie są bezprzewodowe. I to wszystko. Łatwo jest ogarnąć, że do podłączenia urządzenia styka niecała minuta, z czego trzydzieści sekund to odplątywanie kabli pomotanych przez krasnale, te co kable w kieszeniach zawsze splatają. Jest jeszcze grip na Joy-Cony (o czym zaraz) i instrukcja do powąchania. W sumie skąpa, bo o czym miałaby być. Wkładaniu kabelków, jasne. Jednakowoż spełnia rolę odświeżacza pudełka i pachnie jak zawsze. Nie zapomnieli o snifferach, winszuję.

zeldaDockowanko to jeden z trzech proponowanych styli użytkowania. Drugi, ten najbardziej oczywisty po odejściu od telewizora to oczywiście handheld. Joycony zapina się po obu stronach ekranu nasuwając je z góry na szynę i po usłyszeniu kliknięcia jesteśmy gotowi, by wyruszyć po drużynę. Warto wspomnieć, że w stacji dockującej nie ma żadnych zaczepów, więc całość wyciąga się poniekąd na pych. Ot, chwytasz, dźwigasz, masz, przy czym przejście z wyświetlania ekranu na TV do mobilnej wersji to kwestia sekundowego mignięcia i włączenia ekranu przenośnego. Właściwie zanim podniesiecie konsolę i przybliżycie ją do oczu, wszystko gra i buczy. Okej, nie buczy, bo wentylatory wewnątrz Switcha są właściwie niesłyszalne. Czy to w dłoniach, czy przy telewizorze. Zresztą czas wybudzania konsolki z trybu uśpienia czy w ogóle włączania wygląda podobnie, gdyż wszystko dzieje się ekspresowo. W każdym przypadku. Potem tylko hackowanie blokady rodzicielskiej, huehue, i już można pociągnąć dalej jeszcze jeden loszek, czy co tam macie aktualnie na tapecie. W podroży przydadzą się Wam słuchawki chyba, że jesteście tym typem rycerzy ortaliony, co łażą po osiedlach z zajebistymi telefonami odpalonymi na fulla, przez co brakło im na słuchawki i wszystkich raczą Zielonymi Oczamy (oszalałem!) czy inna Jessicą. Wejście to mini jack, więc mocno uniwersalne, acz nie jestem pewny czy nie dałoby się podpiąć też coś na usb w trybie stacjonarnym, ale zapomniałem sprawdzić. Nie ma kiedy, bo grać trzeba. I to właściwie tyle, bo gdzie będziecie łazić i grać to już Wasz biznes. Można siedzieć, można leżeć, można iść, można jechać, co tam chcecie.

Niestety gadżety podtrzymujące życie baterii nie są wliczone w zestaw startowy, acz są szeroko dostępne, czy to same kable USB, czy ładowarki, czy ładowarki do samochodu, można kupic na relaksie. Szacuje się, że bateria eksploatowana dość mocno przez The Legend of Zelda: Breath of the Wild (potwierdzam, jest świetna) to trzy godziny bez przewodu pokarmowego, ciurkiem. Nie można zatem liczyć, że zagracie się na śmierć w dłuższej podróży, więc warto się zastanowić nad alternatywnym zasilaniem podług Waszych potrzeb. Nieużywana konsola przechodzi w tryb uśpienia, co można zainicjować przez muśnięcie guzika zasilania. Bateria trzyma wtedy dość długie godziny, a wybudzenie konsolki to kwestia naduszenia trzykrotnie przycisku HOME. I spokojnie można wrócić do pielenia ogrodu w Stardew Valley (nie pytajcie). Ekran sprawuje się wybornie wręcz, choć odbijająca powierzchnia nie ułatwia korzystania ze sprzętu w miejscu, gdzie lampy walą zewsząd. No i śląski kurz pod szybką widać, kruca fix.

Na Joy-Conach mam silikonowe kondomki, a na gałach nakładki podwyższające - chiałem sprawdzić jak się sprawują i są super

Na Joy-Conach mam silikonowe kondomki, a na gałach nakładki podwyższające – chiałem sprawdzić jak się sprawują i są super

Trzecia stylówa Switcha to tabeltop. Ot, odpinając Joy-Cony zostajecie z konsolą w trzech częściach. To ten śmieszny moment pierwszych zapowiedzi, kiedy ktoś poszedł gdzieś z konsolą, dał komuś pół pada i nagle masa szczęścia i dobrej zabawy. I to, kurde bele, jest prawda. Bierzecie gdzieś Switcha, odpinacie Joy-Cony, dajecie komuś drugie pół, z tyłu ekranu wysuwacie nóżkę i stawiacie w dogodnym miejscu i heja banana. Cioranie i radość następuje. A wiedzieć musicie, że znakomita większość gier oferuje wspólne grania, nawet takie Mario Odyssey, co mnie szczerze zdziwiło. Ponad to gierki są przystępne nawet dla turbo nowicjuszy, co z opowiadań granie znają, a implementacja wspomagaczy dla takowych daje radę całkiem nieźle, dzięki czemu bez zbędnej gadaniny i tłumaczenia zawiłości sterowania zagracie nawet z latoroślą lat cztery. Przykładem niech będzie MarioKart 8, gdzie wozidła pędzą do przodu same i nawet jeśli ktoś nie ogarnia sterowania padem, nie szkodzi. Można nim gibać jak kierownicą, a żyroskopy zrobią swoją. Klask, klask, klask, zarwałem tak z Młodą parę wieczorów. Tabletop jest też przydatną sprawą jeśli u celu podróży siadacie gdzieś na osiem godzin (wink, wink) i macie gdzie urządzenie postawić, a do tego nie trzeba wiele. Problematyczne może być to, że wejście na ładowarkę jest od dołu ekranu, przez co stojąc na nóżce (pod którą jest też gniazdo na dodatkowe karty pamięci, te 32GB w Switchu szybko mi uciekły) nie ma jak sprzętu ładować. Konieczne może być kupienie podstawki do podwyższenia ekranu i umożliwieniu podłączeniu kabla (koszt jakieś 65zł). Albo handheld.

GOTY 2017

GOTY 2017

Same Joy-Cony to urządzenia zacne, acz nie można powiedzieć, by nie mogły być lepsze. Nie wiem czy to kwestia sterowania w grach, czy wina samych gał, ale odnoszę wrażenie, że nie są zbyt precyzyjne. Nie tak jak pad od innych konsol przynajmniej. Dodatkowo przyciski na grzbiecie pracują dość dziwnie, co pewnie jest kwestią przyzwyczajenia do innego sprzętu. Niemniej jednak czasem brakuje mi precyzji, co pewnie uzupełnia Pro Controller w jakiś sposób. Mam też problem z umiejscowieniem przycisków nad prawą gałą i jakoś tak niezbyt wygodnie mi się je klika. To pewnie też przyzwyczajenie, co odczułem dość mocno, kiedy po tygodniu ciurkiem pierwszy raz wziąłem pada z Xbox One, było mi dość dziwnie. Potrzebowałem chwili, żeby znowu się przyzwyczaić. Nie mogę powiedzieć zatem, żeby to było to samo co zawsze. Nie, ale też nie o to w tym chodzi, c’nie? Padami można machać, co okazuje się precyzyjne, acz lubi przeszkadzać, jest tak czułe. W Zeldzie przy drżących łapach z emocji nie byłem w stanie strzelać z łuku, za to w Splatoonie 2, dynamicznej strzelance, celowanie ruchowe jest bardzo w cenie. Granie na dwa pady osobno jest przy tym niemożebnie relaksujące, zwłaszcza w wannie. Przypadkowym upadkom podczas machania zapobiegają nakładki, które nasuwa się na pad, na szyny, którymi się przyczepia do ekranu, z przymocowanymi doń paskami. Easy. A jeśli nie tak, to można do tzw. gripa Cony podłączyć i stworzyć własnego pada. Może nie jest najbardziej wygodnym padem, ale daje radę, jeśli boicie się spania w pozycji zero na fotelu. Zasługa relaksu, nie nudy, w żadnym wypadku. grip jest w zestawie z konsolą i wygląda jak kawałek pada bez tej części z przyciskami i gałami, które dokładamy sami. I tak, wszystko spięte razem wygląda jak głowa psa.

Giereczki wszelkie hulają należycie, przy czym warto zaznaczyć, że parametry potrafią się różnić w zależności od sposobu prowadzenia rozgrywki przez nas. Mówi się o tym, że ponad 80% gier wypuszczonych na Przełącznik osiąga 60 fpsów, ale nie wszystkie hulają w rozdzielczości 1920×1080. Chociażby Zelda jest w 900p i potrafi kaszlnąć, Super Mario Odyssey to 60fps przy rozdzielczości 720p, zaś przeniesione z Wii U i doszlifowane Mario Kart 8 Deluxe to 60fpsów w 1080p czy Thumper, który działa na pełnej jakkolwiek nie grany, zaś ekran Switcha to rozdzielczość 720p, acz RIME czy Xenoblade Chronicles 2 to bieda wizualna w handledzie. Różnie to bywa i już teraz trafiają się gry lepiej ogarnięte niż pozostałe, głównie indyki, ale do większości z nich faktycznie nie można mieć pretensji. Co zabawniejsze, nieważne jak, zawsze jest miodnie.

Co zatem robię ze swoim Siwtchem, Panie Kolego? Łoję jak dziki wieprz ryjem w truflach, odkrywając pokłady frajdy dzięki inności tematycznej gierek Nintendo. To też, wszak nie mam ich specjalnie wiele. Te najważniejsze, pewnie, ale jak na mnie przystało, dozbroiłem się w armię dzikich indorów, które skutecznie przetrzebiają mój czas wolny. Bo wiecie, wszystko jest lepsze na Switchu. Nieważne, że znowu gram w Enter the Gungeon, Darkest Dungeon, czy siedząc i czekając na córę będąca na angielskim zapinam Switcha do radyjka w aucie i na pełnej zasuwam w Thumperze albo to, że zakochałem się w Stardew Valley i rwąc na kalafior spędzam tam niezliczone pokłady czasu. Czy też to, że biegam jak głupi po przepastnym świecie w Zeldzie, albo grasuje dinozaurem w Mario Odyssey (say what?). Ważne jest gdzie gram i cieszy mnie to jak już dawno nie cieszyło. Wow. Musiszmieć.

Pisałem to pykając dotykowo na wyświetlaczu leżącym obok w Darkest Dungeon ¯\_(ツ)_/¯ Acz pamiętam jak bawiła mnie zapowiedź Switcha, a teraz sam ładuję się z nim w pościel.

Dodaj komentarz



14 myśli nt. „Ja i On, Nintendo Switch

  1. Fantus

    To nie jest nasz kurz, na Śląsku nie ma kurzu. Pewnie jak przyklejałeś to wiało od północy, prawda? Dywersja wiadomej proweniencji, ot co!

    Ze Switchem jak z pizzą tylko, że odwrotnie – nawet dobra konsola to nadal tylko kiepska konsola ;-) A tak poważniej to jeśli miałbym kiedyś coś innego niż PC to pewnie byłby to Switch.

    PS. Oceń ponownie, za pół roku – rok, bo słyszałem, że entuzjazm opada podobno szybko, ale to może tylko nienawistni PCtowcy tak mówią.

  2. Probabilistyk

    Ja tam pozostaję ateistą i nie przyłączam się do N-religii. Może jak wypuszczą wersję slim/s/new/3d czy jak tam N je nazwie to spojrzę przychylnym okiem. Z resztą w tej chwili mam już tak przegięty backlog segmentu AAA plus PS4Pro na celowniku, że zastanawiam się nad zmianą hobby ;-)

        1. Nitek Autor tekstu De Kuń

          @thewhitestar

          Hance nie przeszkadza, bo rozgrywka jest kids friendly i aspekty fabularne jakoś są jej zbędne. Inna sprawa, że taki Mario opiera się na kolejnym porwaniu Peach, a inne miejscówki i dialogi z NPC, tudzież jakieś questy z chęcią jej obczytuję.
          Reszta turbo intuicyjna, bo nawet jeśli tekstowo pokazują kolejne mechanizmy to zawsze jest też odpowiednik rysunkowy czy nawet wideo. I samego hiper ważnego tekstu jest jak na lekarstwo. 6 i pół i bawi się znakomicie.
          Gier stricte od Nintendo chyba się nie ma co spodziewać po polsku, ale z drugiej strony są wszystkie obłożone ułatwieniami dla młodszego odbiorcy.

Powrót do artykułu