Gotham jak z komiksu

Ziuta dnia 14 października, 2014 o 11:05    15 

GOTHAM_CAROUSEL_DESKTOP_1400x386-carousel-1400x386

Jesteśmy już po trzecim odcinku „Gotham”. Już zaraz czwarty.

Pomysł na serial o mieście Gotham przed pojawieniem się Zakapturzonego Krzyżowca (rany, jak to pokracznie brzmi po polsku), tudzież dziejący się „obok” niego, nie jest nowy. Pamiętam, że przebąkiwano o czymś takim już przy okazji Batmanów Nolana. Więcej –  jeśli weźmiemy pod uwagę niezrealizowany projekt Aronofskiego na film obyczajowy o młodym Brusie Wayne’ie dojrzewającym do roli superbohatera (kostium miał przywdziać dopiero w ostatniej scenie), to „Gotham” może korzeniami sięgać  do samych początków Złotej Dekady Seriali, a nawet wcześniej. Jednak impulsu, który dał mu życie, należy szukać w niedawnych sukcesach konkurencji.

Chodzi oczywiście o Marvel. Domowi Pomysłów udało się znaleźć receptę na udaną ekranizację komiksu. Nie było to takie proste. Pamiętamy, że dotychczasowe filmy o superbohaterach w rajtuzach były czystą loterią i widz nigdy nie wiedział, czego się spodziewać, udanego kina popcornowego, megażenady, czy mętnego filmu do zapomnienia w pięć minut po napisach końcowych. Do tego wydawnictwom zdarzało się traktować prawa do ekranizacji dosyć lekko, sprzedając je byle komu, żeby podreperować budżet.

Żeby nie przedłużać – filmy Marvelowi wychodzą, udało mu się nawet odtworzyć jedną z ważniejszych cech papierowych oryginałów, czyli wzajemne przenikanie się wątków w ramach jednego uniwersum, a sukces „Strażników galaktyki” powinien zachęcić do większej swobody w sięganiu do zakręconych fabuł i mniej znanych postaci.

DC pozazdrościło sukcesu i postanowiło też tak zrobić. Przynajmniej w teorii, bo pomysłowi szkodzi brak zdecydowania, czy robić oddzielnie filmy/seriale, czy rozwijać uniwersum.  Powstający właśnie „Batman vs. Superman” zapowiada manewr identyczny do tego, jaki zrobiono przed „Avengersami”. Z kolei superbohaterskie seriale DC mają nie być włączone do uniwersum. Arrow przynajmniej ma spinoffa w postaci niedawno debiutującego „The Flash” (oba produkuje stacja od „Pamiętników wampirów”, co niestety widać). „Gotham” na razie jest samo z siebie i dla siebie.

Ten Green Arrow nieprzypadkowo wygląda tak bardzo emo, że każde dziewczęce serce chciałoby go przytulić. Takie wymagania ma widownia stacji CW.

Ten Green Arrow nieprzypadkowo wygląda tak bardzo emo, że każde dziewczęce serce chciałoby go przytulić. Takie wymagania ma widownia stacji CW.

Stoi za nim Bruno Heller, facet od „Rzymu” (pierwszy sezon kocham) i „Mentalisty” (tu moje uczucia są chłodniejsze, ale po prostu odczuwałem przesyt postacią genialnego mizantropa), a puszcza w eter FOX, czyli stacja ogólnodostępna (a nie, jak wielu by chciało, kablówka). Po trzecim odcinku opinie są mieszane. Sporo widzów irytuje brak logiki, naiwne dialogi i pokręcone akcje, których nie powinno być w mrocznym i realistycznym serialu.

Ja wsiąkłem jak woda w gąbkę.

Głównym problemem „Gotham” jest sukces trylogii Nolana. Filmy z Bale’em tak hajpowano, że przykryły wszystkie poprzednie wersje, a fani zaczęli się domagać od każdego superbohaterskiego blockbustera, by był mroczny i realistyczny. Tymczasem aby cieszyć się „Gotham”, należy zapomnieć o tym nieszczęsnym mroku i realizmie. Jasne, w serialu o Gacku musi być mrok (nawet jeśli jeszcze nie ma Gacka), ale niekoniecznie taki, jaki zaserwował nam Nolan. Tamte trzy filmy były dobre, ale lepiej ich nie powtarzać. Pewne numery udają się tylko raz.

Oglądasz to...

Oglądasz to…

Dlatego Heller skreślił tamto i zaserwował nam stare dobre „Batman: The Animated Series” – z tą tylko różnicą, że grają żywi aktorzy, a postaciom zdarza się umrzeć na ekranie.

I tak to należy oglądać: jak komiks, a nie, niebiosa brońcie, nowe „The Wire”. To ma być przegięte.

Przegięty ma być Pingwin/Cobblepot z przemianą od gangstera-lizusa, przez dzikiego psychopatę, do króla półświatka. Przegięte mają być stosunki w mafijnej rodzinie don Falconego – żadna organizacja nie będzie działać, gdy każdy knuje przeciwko każdemu, ale co nam do tego, przecież to komiks. Przegięta ma być nawet narzeczona porucznika Gordona, bo jaka dziewczyna gliny mieszkałaby w lofcie w wieży zegarowej (nota bene podobno nawiązanie do któregoś z zeszytów).

Podkreśla to umowność świata, w którym po ulicach (obowiązkowo zabudowanych amerykańskim neogotykiem) śmigają wozu z lat 80, na komisariacie działają komputery z 90, telefony komórkowe kojarzą się z rokiem 2000, a gdzieniegdzie zdarzy się śmignąć jakiemuś bardziej współczesnemu rekwizytowi.

... a jakbyś oglądał to. Prawie. Ale na potrzeby tego wpisu może być.

… a jakbyś oglądał to. Prawie. Ale na potrzeby tego wpisu może być.

Jak  wspominałem – ja to kupuję. Kupuję ten dziwaczny świat, zaludniających go pokręconych bohaterów i nierealne sytuacje. W pierwszym odcinku raziło nachalne mruganie okiem (wspominał o tym Bosman), potem już tego nie ma. Zostaje kawał dobrej rozrywki, który może nie zapisze się do annałów, ale wart jest spojrzenia.

Czytaj, lajkuj, szeruj

Dodaj komentarz



15 myśli nt. „Gotham jak z komiksu

        1. legwan.zielony

          @Ink

          Przede wszystkim: dzień dobry, miło mi Was poznać.
          Nie wiem, czy obowiązuje zasada trzech odcinków, bo przez trzeci nie przebrnąłem. Zabił mnie młody panicz Bruce machający kijkiem. :)
          Podoba mi się na pewno Pingwin, psychopata jak się patrzy. Nie wierzę z kolei w ogóle Jimowi Gordonowi. Jakiś taki niedorobiony się wydaje. Nie ma co porównywać nawet z Gordonem z „Year One” Franka Millera (nie tylko dlatego, że jedno film, a drugie komiks i przeniesienie w skali 1:1 jest niemożliwe) – tam był facet z krwi i kości, z problemami i życiem osobistym, które stanowiły wspaniałą przeciwwagę dla jego dążenia do tego, by być jedynym sprawiedliwym. Problemy Jima z Gotham wydają mi się – mimo, że na pewno poważne – jakieś takie wydumane. Może mam złe podejście i oczekiwanie na klimat z Batmana w reżyserii Burtona było błędem, ale jakoś nie kupuję tego serialu.
          A tak w ogóle też macie takie poczucie, że uniwersum Batmana (komiksy) zaczyna przypominać telenowele (to że jest nowy Batman, bo staremu sie zmarło i nowy Robin etc)? Wcześniej to przecież była zabawa archetypami, bez głupio pojmowanego realizmu pod tytułem: „skoro ma być prawdziwie, to przecież czas płynie, a ludzie umierają”…

          1. Matelan

            @legwan.zielony

            Co do komiksów całość została całkiem niedawno zrebootowana i teraz aktualny timeline to ten pod szyldem the New 52(w ogóle wszystkich bohaterów dc dotknął reboot). Nowe komiksy gorąco polecam. Co do nowych Robinow to w ogóle nie widzę problemów. To tak jakby marvela czepiać się, że wprowadza nowych xmenow czy innych avengersow. Ludzie lubią poznawać nowych bohaterów a i przy okazji w Batmanie akurat każdy z Robinow fajnie ewoluuje od typowego pomocnika do niezależnego bohatera, więc naprawdę nie wiem gdzie problem.

          2. Nitek De Kuń

            @legwan.zielony

            @Legwan
            dobrze, że się nie bałeś odezwać po tych latach cichego stalkowania. Wreszcie. Zgodnie ze zwyczajem każdy gikzowicz wypije dzisiaj Twoje zdrowie. Z lekkim lagiem, wiem. Co się odwlecze.

            Skoro nie przebrnąłeś przez trzy odcinki to jest zagwozdka. już kiedyś wspominałem, że jakąkolwiek chała, poza Pod Kopułą gdzie jestem w drugim sezonie, ma szanse kupić mnie do trzeciego odcinka. Tak jak na koncertach, kiedy trzy pierwsze utwory grane są trochę pod prasę, bo ta zazwyczaj tyle może tam wystawać, i wtedy jest apogeum wstępu, tak info, że nie dałeś rady trzeciego jest niepokojące, hm.

            No i problemem jest fakt, że nie oglądam seriali sam. Trochę się boję komiksowości, że nie wejdzie.

            ps. jednak zawsze chciałem mieć gekona ;)

  1. bosman_plama

    Mnie serial zaczął się podobać dopiero w trzecim docinku. Pierwsze dwa służą raczej wprowadzaniu bohaterów, w trzecim nareszcie większość postaci jest już na swoich miejscach, my ich już znamy i wiemy mniej więcej w co będą grać. I dlatego serial (mnie) wciąga.

    Niemniej pewnym nieporozumieniem – ale wyśmienitym nieporozumieniem – jest fakt, że na na głównego bohatera serii wyrasta Pingwin. Tzn. niby w centrum jest Gordon. Ale wiecie, jak to bywa. Postać Pingwina zjada na razie wszystkie inne i to jego widz wypatruje (wiem, że nie tylko ja) w serialu a nie Gordona.

    A klasycznego Batmana można sobie oglądać w „Beware the Batman”. Kreska tej animacji miała być taka, jak w tej najsłynniejszej. I to by wyszło, gdyby nie robiono jej na komputerze, przez co bywa graficznie w serialu… uch. No, źle bywa. Za to fabuła daje radę (jeśli zgodzimy się na parę uproszczeń) ale przede wszystkim radę dają główni źli, bo serial chętniej niż po zajechanych we wszystkich filmach i serialach drani, sięga po tych mniej znanych, a przecież też niezłych złoczyńców (co nie znaczy, że pierwszoplanowych wcale nie ma). Do tego kombinuje z postaciami i np. Alfred jest i owszem, służącym Bruce’a Wayne’a, ale też byłym brytyjskim szpiegiem (Dżejms, to ty?;) ) i kiedy trzeba potrafi dać czadu:D.

    1. Nagash_Hex

      @bosman_plama

      Mam dokładnie tak samo! Pingwin to niekwestionowany lider wśród postaci. Jego historia jest ciekawa i przy tym nie taka znowu oklepana, a sama postać kradnie całą uwagę za każdym razem, gdy pojawi się na ekranie. Z resztą jest trochę gorzej. Gordon póki co nic ciekawego nie pokazał, jego partner to klisza, a jego żona to chyba jest tylko po to, żeby pobiegać półnago po ekranie… :D Ale potencjał jest, odcinek 4 ( dzisiejszy) był całkiem spoko i wydaje mi się, że serial zmierza ku lepszemu. Chociaż każda kolejna scena z młodym Brucem dobija mnie coraz bardziej. :E No i największy minus serialu, przynajmniej dla mnie, to są osobne sprawy w każdym odcinku. Póki co, tylko ta z dzisiejszego epizodu w jakimś stopniu mnie zainteresowała. Porywacze dzieci, balonowy zabójca? Nigga plz.

  2. Kirq

    Ja podziękowałem „Gotham” po trzecim odcinku. Rozumiem konwencję komiksu, a „Batman” to jedna z moich ulubionych serii, ale nie wszystkie banały i słabizny scenariusza możną nią tłumaczyć. Szkoda, bo sam pomysł na serial strasznie mi się podoba.

  3. Matelan

    Mi za to serial się bardzo podoba. W ogóle dziwią mnie stawiane w komentarzach zarzuty. Dla mnie serial jest póki co dobrze wyważony między Nolanowskim realizmem, a komiksowoscia. Wątki się fajnie rozwijają i póki co aż chce się czekać na to co zrobi pingwin, Fish mooney i Gordon (kolejność nieprzypadkowa). Jestem też ciekaw kiedy Bruce zniknie nam z widoku. Póki co jego wątek też jest ok. Podobają mi się jego próby detektywowania. Toż przecież z czegoś musi się stać najlepszym detektywem świata!

Powrót do artykułu