Foul Play – recenzja

aihS dnia 17 września, 2013 o 16:00    7 

foul_play_recenzja

Witamy w teatrze jakiego nie widzieliście, na sztuce, której nie zapomnicie. Wydarzenia, których będziecie świadkami muszą pozostać w tym budynku. Demonologia to nie zabawa, a o polowaniu na demony pragnę wam właśnie opowiedzieć. Kurtyna w górę więc.

Czy ktoś z was wyobrażał sobie, że zagra kiedyś grę, w której przyjdzie wam występować na teatralnej scenie i zabawiać zebraną publikę obijając pociesznych statystów? Ja nie, choć przyznam, że ostatnimi czasy twórcy gier, indie przede wszystkim, sięgają po tak egzotyczną tematykę i łączą ją w abstrakcyjny sposób z pozoru wyeksploatowanymi gatunkami, że już sam nie wiem jaka hybryda czeka na mnie za rogiem.

foul_play_1

Foul Play łączy wspomniane przedstawienie teatralne z klasycznym Beat’Em Upem, czyli bijatyką chodzoną w prawo, żywcem z automatów. Miałem już przyjemność recenzować podobną grę na gikzie – Castle Crashers. Obie pozycje łączy nie tylko gatunek, ale styl grafiki oraz humorystyczne podejście do tematu. Zarówno FP jak i wspomniane CC potrafi rozbawić do łez. O ile drugie głównie karykaturalną kreską, to Foul Play dodaje od siebie również świetne teksty.

Rozmowy głównych bohaterów, okazjonalny dialog z publiką, jej żywe reakcje na wydarzenia, płynnie zmieniająca się scenografia, hordy przeciwników będących przebranymi fikuśnie statystami, to wszystko razem tworzy przekonujący obraz sztuki teatralnej. Towarzyszy temu bardzo dobra ścieżka dźwiękowa dopasowująca się do akcji na deskach sceny.

Nasz bohater – demonolog, Baron Dashforth – wraz ze swym towarzyszem – Panem Scampwickiem – snuje swą opowieść odtwarzając wydarzenia na żywo na scenie. Jak to połączyć z automatową bijatyką spytacie. Nic prostszego. Zastąpmy combometer wskaźnikiem zadowolenia widowni i gotowe. Dashforth nie posiada punktów życia. Gra, sztuka, kończy się gdy widzowie nie są ukontentowani tym co im serwujemy. Dzięki żywym reakcjom nie musimy nawet na tenże wskaźnik zerkać. Gdy sprawy mają się źle widownia zaczyna buczeć i gwizdać. Gdy ich porwiemy – wiwatują, rzucają nakryciami głowy, klaszczą czy nawet wykonują przyśpiewki stadionowe. Ostatnia opcja rozbawiła mnie do łez. Niezwykła oprawa jak na prostą bijatykę.

foul_play_6

Do naszej dyspozycji oddano pełen wachlarz ruchów. Od prostych ciosów i bloku do bardziej skomplikowanych kombinacji. Gra korzysta z systemu kontry żywcem wyjętego z najnowszych Batmanów, nawet ikonka sygnalizująca zbliżający się atak jest bardzo podobna. Cała zabawa polega na budowaniu jak najdłuższych kombinacji ciosów i w najlepszym wypadku odegraniu tzw. Perfect Scene czyli idealnej sceny. Osiągnąć można to pozbywając się wszystkich przeciwników w długiej serii combosów bez otrzymania ani jednego ciosu.

Gra, sztuka, składa się z pięciu przedstawień podzielonych na pięć aktów, za wyjątkiem finału. W każdym akcie dostajemy zestaw trzech wyzwań, za wykonanie których nagrodzeni zostaniemy talizmanem o specjalnych właściwościach. Możemy używać jednocześnie dwóch i wybieramy je pomiędzy aktami. Dla samego przejścia gry mają małe znaczenie, ale w przypadku późniejszych prób maksowania wyniku wydają się nieocenione. Poza wyzwaniami przejście każdego aktu oceniane jest gwiazdkami w skali od jednej do pięciu. Ta ocena jest wyznacznikiem tego jak dobrze bawiła się widownia, więc w rezultacie obrazuje styl w jakim udało nam się dany fragment ukończyć.

foul_play_11

Wszystko to brzmi pięknie, ale niestety w tej beczce miodu jest i łyżka dziegciu. Gra moim zdaniem posiada jedną poważną wadę. Jest zdecydowanie zbyt prosta. Całą przeszedłem jednym rzutem w pięć godzin nie powtarzając ani jednego aktu, gdyż nigdy nie było mi dane zginąć. Stopień trudności rośnie wraz z każdym kolejnym przedstawieniem, ale niestety istnieją pewne kombinacje ciosów, które przy niewielkim wysiłku pozwolą nam bez skrępowania masowo eksterminować wrogów. Nie jest to może tzw. “win button”, bo wymaga pewnych określonych okoliczności, ale te występują przez 90% gry. Druga sprawa to średnio przydatne, moim zdaniem, zaawansowane ciosy. Są trzy albo cztery, ale ja używałem tylko jednego z nich i to sporadycznie. Reszta pomimo tego, że wygląda fajnie to rzadko kiedy nadaje się do użytku, a jeśli już nawet zdarzy się okazja, to i tak zdążymy zapomnieć o ich istnieniu do tego czasu. Te problemy rodzą kolejny – Foul Play nie zachęca do maksowania wyników. Wszystko jest pod to przygotowane, ale po co męczyć się z wyzwaniami skoro i bez nagród za nie jesteśmy w stanie bez problemu grę przejść.

Zebrawszy to wszystko do kupy muszę przyznać, że Foul Play jest grą bajeczną, magiczną, uroczą wręcz gdy mowa o wizji artystycznej. Jest dokładnie na odwrót niż być powinno. Beat’Em Up powinien błyszczeć na płaszczyźnie mechaniki walki, a fabuła i reszta aspektów mogłyby spokojnie pozostawać gdzieś w cieniu. Być może sama rozgrywka zyskuje w trybie współpracy, w którym możemy ukończyć całą kampanię. Autorzy obiecują łącznie ataków i specjalne drużynowe wykończenia. Niestety gdy piszę ten tekst premiera nie miała jeszcze miejsca, a Koń z drugim egzemplarzem recenzenckim wygina śmiało ciało gdzieś na odludziu przy akompaniamencie weselnej orkiestry. Mam nadzieję, że uda nam się nagrać wspólne Luźne Gadki i tam uzupełnimy tę recenzję o wrażenia z trybu multiplayer.

Tymczasem, oceny nadszedł czas. Ubawiłem się świetnie, niektóre teksty zwaliły mnie z nóg, pomysły na bossów zaskoczyły, tandetna scenografia i kostiumy rodem z dziewiętnastowiecznego teatrzyku objazdowego oczarowały, a opowiedziana historia ładnie to wszystko razem spięła w spójną całość. Mechanika walki jest dobra, ale nie do końca przemyślana co rzutuje na zbyt niski stopień trudności całej gry. Z racji opisanych w powyższym tekście problemów nie czuję się specjalnie zmotywowany do powtarzania konkretnych aktów w celu poprawienia wyników czy wykonywania wyzwań. Nie znaczy to również, że do gry nie powrócę, ponieważ, jak wspomniałem, od strony artystycznej Foul Play jest cudowne i miło się na nie patrzy. Trochę szkoda tego średniego replayability, bo już unosiłem w górę tabliczkę z mityczną dziesiątką, a tak z wielkim żalem* wystawiam

8/10

*o ile w ogóle można mówić o jakimkolwiek żalu przy wystawianiu tak wysokiej oceny ;)

Końskie rżenie

foul_play_16

Nitek: Foul Play nie wymaga od gracza za wiele, combosy są proste, jest na tyle krótka i miodna, że nie zdąży się znudzić. Znakomity odmóżdżacz między większymi produkcjami w którego, jakkolwiek to zabrzmi, trzepie się aż miło. Oprawa to dizajnerski majstersztyk i aż do końca zachwyca. Świetnie zrealizowane miejscówki, ale też doskonałe projekty postaci, spośród których wyróżnia się przede wszystkim woźny, który swoimi cameo ubarwia całą historię. Najlepszy moment to zdecydowanie pojedynek z syrenami, a nie wiem czy wiecie, ale w obsadzie nie znalazła się ani jedna przedstawicielka płci pięknej. Dobra, chodzona mordoklepka, którą z przyjemnością rozpykacie w dwa wieczory.

Grę do recenzji dostarczyło Mediatonic.

Dodaj komentarz



7 myśli nt. „Foul Play – recenzja

      1. borianello

        @aihS

        Ignoruję większośc gier, bo nie mam na nie zwyczajnie czasu.
        Do EA nic nie mam, wypuszcza mi Battlefieldy, z których jestem b. zadowolony, do tego miało parę innych fajnych tytułów (Mirror’s Edge, Dead Space), Dragon Age, Simsów i FIFY nie kupuję, więc nie bardzo rozumiem narzekania na tego wydawcę.
        Na taśmowce nie narzekam, bo prawie każda gra jest dokładną zżyną z setki innych gier.
        Coś jeszcze?

Powrót do artykułu