Flinthook – rzut okiem

Toc85 dnia 21 czerwca, 2017 o 9:32    0 

flintyty

Dziś przyjrzymy się platformowemu roguelike’owi autorstwa Tribute Games. Firma tworzy dwuwymiarowe platformówki już od jakiegoś czasu, zaliczając … dyskusyjne sukcesy. Gra pojawiła się na steamie 19. kwietnia 2017. Da się w to zagrać podobno też na PS4.

Przygotować się do abordażu!

Intro w kilku prostych animacjach wyjaśnia w czym rzecz: ludzik dostaje kotwicą w głowę, pada, po czym jego ciało przejmuje tajemniczy duszek. Oto ty. kosmiczny duch pirat. Klawo! Podnosisz się, wkładasz rękawice, szmatkę na głowę, zbroisz się we wspaniałe artefakty i ruszasz do boju.

Podstawową zabawką jest pistolet skałkowy. Nasz pistolero strzela szybko we wskazanym kierunku, kosząc przebrzydłe papugi, piratów, czarodziejów itp. Niestety, broń w podstawowej wersji ma ograniczony zasięg więc do wroga trzeba podejść na stosowną odległość i wypalić mu serię prosto w twarz. Lub w dziób.

A żeby podejść? Hohoo~! Do tego mamy kotwicę. Tytułowy Flinthook może w wybranym kierunku wystrzelić kotwicę na lince – jeśli trafi przeciwnika to może zdjąć mu bąbelkową ochronę, ale co najważniejsze: trafiając w pierścienie na mapie może się do nich błyskawicznie przyciągnąć. Akcja całej gry to ciągłe wieszanie się na linach, skoki z zaczepu na zaczep, odbijanie się od ścian, unikanie pułapek i frenetyczne strzelanie do wrogów. A jak już się kompletnie pogubisz (a pogubisz się, wierz mi) wielce pomocny okazuje się pasek spowalniający czas.

flint1Zatopić tę krypę!

Przyjdzie nam biegać po pirackich statkach kosmicznych. Każdy statek to losowo generowana mapka pomieszczeń. Każde pomieszczenie zaś to niespodzianka – a to pokój pełen pułapek, a to loszek pełen wrogów, a to sala pełna jednego i drugiego. Milusio. Pod tym względem to prawdziwy roguelike – losowa mapa, losowe przeciwności losu. Radź sobie. Na końcu każdej mapy znajdujemy wielgachną skrzynię która da nam wskazówkę prowadzącą do bossa oraz klejnot który można przehandlować na czarnym rynku. Wsiadamy więc na swój stateczek i typujemy kolejną ofiarę.

Napadane przez nas statki bywają różne. Wybieramy zatem czy chcemy najechać maleńki i słaby (ale zawierający też niewiele łupów) czy lepiej jakiś wielki, paskudny, najeżony pułapkami i spowity w przesłaniającej wszystko mgle. Wiadomo – zostało Ci mało życia to może lepiej nie pchać się w nic groźnego. Fajnie pomyślane.

Same zebrane złoto przekłada się na doświadczenie które pozwoli rozwinąć umiejętności naszego pirata oraz pozwoli na zakup fantów u sklepikarzy. Jest w czym wybierać. Więcej życia? A może skakanie po głowach przeciwnikom? Możliwości jest wiele. Przyjdzie Ci ostrożnie dobierać umiejętności dopasowane do Twojego stylu gry.

flint3Lać mi do puchara!

Gra jest prześliczna. Koncepcja  i wykonanie dają po oczach: oszczędne ale bardzo plastyczne animacje, ruchome tła, przyjemne ciepłe kolory – to bodaj najmocniejszy aspekt gry. Popatrzcie tylko na screeny. Nie odstaje też oprawa dźwiękowa: fajne melodyjki rodem z 16-bitowców, wszelkie odgłosy i dźwięki są na swoim miejscu. Fajny jest też humor: niemal każda rozmowa ze sklepikarzem kończy się uśmieszkiem. „Gdybym miał pasek sterujący czasem to wykorzystywałbym go aby mieć dłuższe drzemki”. Proste. Genialne.

Rozgrywka jest dynamiczna i… trudna. Podoba mi się. Natężenie i szybkość akcji wypycha mnie poza strefę komfortu, zmusza do szukania taktyki. Jednoczesne czepianie się kółek, unikanie kolców i strzelanie do wrogów to sztuka nie lada, wymasterowanie tej gry to duże wyzwanie. Dysponujemy jednym celownikiem zarówno do kotwicy jak i pistoletu co jest podobno jest diabelnie wkurzające na padzie. Jak dla mnie K+M sprawdza się dobrze. Gameplay niesie satysfakcję: przejście pokoju-areny z przeciwnikami w pięknym stylu, bez utraty życia leje miód na serce. A warto zauważyć że to nadal podstawowa mechanika gry którą można zmienić za pomocą zdobytych perków. Z nimi robi się jeszcze weselej i ciekawiej.

flint4Zgniły śledź na półmisku

Wady. Wad jest parę, i choć nie odczułem ich specjalnie na własnej skórze (grałem za krótko) to ich widmo majaczy gdzieś na horyzoncie.

Sama grafika i wykorzystane assety (tak piękne), często się powtarzają. Po kilku godzinach widziałeś wszystko. Brak oddzielnych biomów, innych przeciwników. Oznacza to problem z ilością contentu lub nadciągające rozszerzenia/dlc. Jest to bodaj największa wada, reszta to takie trochę czepialstwo.

Grafika ma problem z czytelnością jeśli chodzi o kolce na podłogach/sufitach. Cholera, nie widać ich. To znaczy: są widoczne ale ich nie zauważasz dopóki się na nie nie wpakujesz. Wtapiają się w otoczenie.

Inna rzecz jeszcze: bossów jest raptem pięciu, ja do pierwszego dotarłem po 2h rozgrywki, a uczyłem się grać. Po śmierci ubity boss się nie resetuje, ale od nowa trzeba szukać drogi do kolejnego. Teoretycznie więc, jeśli grasz super dobrze i nie giniesz to da się tą grę przejść w parę godzin. Ale to raczej opcja tylko dla koreańskich dwunastolatków z ADHD. Zresztą: genialny Nuclear Throne też da się teoretycznie przejść za pierwszym razem w pół godzinki. I co? ktoś dał radę?

Dla komplecjonistów są jakieś znajdźki – relikty i karty historii. Dzięki temu jest wymówka aby bawić się dalej po przejściu trzonu.

Więcej grzechów nie pamiętam: na steamie ludzie wspominali o błędach albo nieodpowiednich hitboxach – ja osobiście na nic takiego się nie natknąłem.

flint2Ruszać w rejs?

Trudne pytanie. Ja bawię się świetnie, ale rozumiem że gra może się znudzić. Mnie bardziej niż samo przejście gry cieszy widowiskowy gameplay – jak już wspominałem: dobre zagranie jest trudne, ale poprawne wykonanie niesie sporą dozę satysfakcji. Nie jest to absolutna perełka pokroju Enter the Gungeon, ale po paru godzinach mogę rzec że 7/10, może nawet 6/10 + certyfikat psiej końcówy. Cena rzędu 14,99€ jest zdzierstwem. Jeśli traficie na fest promocję to bierzcie.

Dodaj komentarz