Flinthook (Nintendo Switch) – hak na każdego

Nitek dnia 11 marca, 2018 o 19:12    2 

flinthook2

Po raz kolejny okazuje się, że na Switchu gra się lepiej we wszystko. Flinthook na PC miał premierę niemalże rok temu, w kwietniu 2017, ale jakoś tak, no. Nie zażarło. No, może tak średnio, bo w międzyczasie wyszło tyle gier, że ło. Kolejne wydanie, na maszynce Nintendo, wręcz przeciwnie. Grając we flinthookam zdążyłem wyładować baterie konsoli, dwa razy.

Czymże jednak jest prezentowana tu zabawa? To turbo roguelite platformer dla masochistów, bazujący na przeprawie po wielkich statkach powietrznych upstrzonych śmiertelnymi niespodziankami. Wszystko po to, by zgarnąć nagrodę za zakapiora, na którego aktualnie się porwaliśmy przyjmując wcześniej zlecenie za odpowiednią ilość pesos. Zanim jednak to, trzeba przebrnąć przez kilak wcześniejszych poziomów, w celu ustalenia położenia jegomościa i tu zabawa zaczyna dokręcać śrubę.

flinthook2

Po pierwsze sterowanie jest dość zawiłe i trzeba z nim okrzepnąć. Niby gra jest w rzucie z boku, ale samo strzelanie jest uszyte pod dwie gały. Niemniej jednak gra decyduje się na początku na rozwiązanie dość nietypowe, bo lewa gałka, którą zataczamy kółka, owszem, wyznacza trajketorię pocisków, ale też kierunek, w którym możemy wystrzelić podręczny hak, za pomocą którego mkniemy po planszach niczym świnia ryjem po truflach w lesie. Aczkolwiek takie rzeczy, dopiero po paru godzinach. Kiedyś na PC był to jedyny typ sterowania, aczkolwiek dodano potem wariant z dwoma gałami i nie inaczej jest na Switchu. Opanowanie sztuki motania dwoma gałami wymaga nie lada desynchronizacji kciuków, by jeden odpowiednio sterował postacią, a przy tym celował hakiem, podczas gdy prawy strzela na wszystkie strony. Brzmi ciężko? Przyznać muszę, że to fest sztuka, kręcić tutaj młynki, ale jak już sterowanie okrzepnie, królu złoty! Dziewoje mdleją na widok kręconych akrobacji. Tylko, że wcześniej należy zebrać odpowiednią porcję batów, by we Flinthooku cokolwiek osiągnąć.

Marchewką na końcu kijka jest to, ze każdorazowa próba nabija nam pasek doświadczenia, co przekłada się na otrzymywane monety służące do kupowania kart i lokowania ich w odpowiednie sloty, a te zaś ulepszają naszą postać zarówno w sferze destrukcyjności, ale też elastyczności. Meta progres po każdym failu jest i jest też przydatny, bo dzięki niemu można wydłużyć chociażby pasek życia czy działanie zwalniania czasu, które poniekąd pozwoli na odrobinę mniej stresującą ekstrapolację kolejnych plansz.

flinthook3

Same poziomy, pojedyncze statki, różnią się od siebie wielkością lochów jakie są weń generowane (proceduralne, a jak), które siatką przypominają Isaaca. Większość z nich mieści się na jednym ekranie, aczkolwiek zdarzają się przepastne komnaty najeżone śmiercią, która w grze jest egzekwowana niezmiernie często. Dużo tu motania się między szpikulcami, co w połączeniu z rojem przeciwników, potrafi krwi napsuć. Nadal pociski przeciwników fruwają frywolnie przez ściany, czego nie umiem wciąż pojąć, ale widocznie skoro to druga platforma, to pewnie projektanci wiedzą, co robią. Hordy niegodziwych konwersacji bez obecności ołowiu są dość zróżnicowane, wszystkie konfrontacje zaś, pompują adrenalinę, aż po koniuszki palców. Jakby mało było, samo platformerowanie i skakanie między obiektami wymaga małpiej zręczności z pogranicza Mięsnego Chłopca, a bicia schabowego w niedzielę przy garze ziemniaków. Bywa serio ciężko, co jest bardzo fajne, ale potrafi sfrustrować.

Do tego obsługa haka. Śmiało można powiedzieć, że bez niego ani rusz. Dzięki niemu można podczepiać się o różne punkty do tego przeznaczone i łapać niesamowity flow, kiedy zmiksować to z lawirowaniem między pociskami, unikaniem ostrych obiektów na powierzchniach płaskich, a jeszcze bacząc, by nie zaliczyć podłoża. Kto chodzi po podłodze, ten leszcz! Czyli każdy w grze przez pierwsze dwie godziny. Kiedy jednak łapie się flow, nie ma zlituj, miodek. Tylko wymaga to czasu, a przez wyśrubowany poziom trudności Flinthook może odrzucić. nagroda i satysfakcja płynąca z opanowania techniki poruszania się jest współmierna do ilości wylanego potu i łez, zanim tam się dotrze. Nah, mistrzem to może nie jestem, ale jak już ukręcę akcję to dzwonią do mnie z cyrku, tak fest się chyżo przemykam.

Przełożenie gry na Pstryka wyszło znakomicie. Wszystko hula, śmiga i buczy i próżno szukać tu niedokładności kodu czy generowania zwolnienia czasu, poza mocą per se w samej grze. Nie ma spadków płynności, niezależnie od tego czy hulamy w trybie handhledu, czy na wielkim ekranie. Cioranie po dłuższym czasie daje wiele satysfakcji niezależnie od tego czy uprawiać je będziecie na joy-conach, czy też na pro-controllerze. Niestety ze świecą szukać tu jakichś specjalnych ficzerów właściwych konsoli Nintendo.

Nie trzeba. Jest wystarczająco miodnie, a sam Filnthook, wyborny.

Grę podesłał wydawca.

Dodaj komentarz



2 myśli nt. „Flinthook (Nintendo Switch) – hak na każdego

  1. Stah-o

    Nitku, pewnie jeszcze nikt ci tego nie powiedział, bo tu sami kulturalni ludzie, ale switch jest dla dzieciuf :)

    To by było tyle, jeżeli chodzi o zachowanie etykiety w sprawach offtopowych, a teraz moje główne pytanie:
    Czy latasz jeszcze w Elite Dangerous? Gdzieś w 2014 roku podesłałeś mi klucz do testowania wersji PC i zaledwie po 4 latach od tamtego momentu załapałem megabakcyla (wersja PS4 ogrywana bezustannie od tygodnia).

    1. Nitek Autor tekstu De Kuń

      @Stah-o

      Odnośnie powyższego wyrzutu odnoście Switcha – czyż nie wszyscy jesteśmy dziećmi bawiąc się w jakieś tam giereczki? Nie przeszkadza mi to. Właściwie to nawet cieszę się ze stwierdzenia.

      Nope, nie mam czasu na elitkę. Ilość rzeczy jakie wychodzi uniemożliwia mi interesowanie się tylko i wyłącznie jednym tytułem, poza PUBG, do którego wciąż i wciąż bym wracał. No może też poza Zeldą (na Switchu), Flinthookiem (na Switchu), Mario Kart 8 Deluxe (na Switchu), Darkest Dungeon (na Switchu), Enter the Gungeon (na Switchu), Crypt of the Necrodancer (na Switchu), Thumper (na Switchu), Splatoon 2 (na Switchu)… jakoś ciężko mi upchnąć jeszcze dodatkowe rzeczy. Poniekąd ułatwieniem są streamy, gdzie rotuję dookoła tych samych tytułów (tak, ze Switcha też), ale Elite to jednak, no nie. Za duży moloch, za mało czasu.

      Niemniej cieszę się, że w końcu zażarło ;)

Powrót do artykułu