Dying Light – polskie trupy powstają trzy razy, recenzja

Nitek dnia 11 lutego, 2015 o 12:59    39 

dying

Hejtuję Dying Light. Całkowicie rozstroił moje życie.

Nie czekałem na kolejną epidemię rodem z Wrocławia. Nie po dwóch częściach poprzednich potworów jakimi dla mnie okazały się Dead Island. Tam historia przygody była krótka. W pierwszym epizodzie udało mi się przebrnąć przez połowę, doświadczyć rozbicia klimatu i szybko odinstalować pogrzebany pod pierzyną nudy i powtarzalności. W przypadku Riptide, klęskę poniosłem wcześniej, bo już nawet nóżka ze szpilką, którą rozdawałem kopy nie bawiła tak samo. Nie czekałem na miłość. Nie spodziewałem się co dostanę. Czapki z głów.

DL5

Kaj ten flow?

To pierwsze pytanie jakie nasunęło mi się po krótkiej chwili w Harran, fikcyjnym mieście na bliskim wschodzie, gdzie osadzona jest akcja tej swoistej gorączki sobotniej nocy. Flow biegu, skakania, turlania się i pokonywania dużych dystansów w krótkim odstępie czasu za pomocą magii parkouru. Hopsa, hopsa i zadyszka. Jakbym widział siebie.

Historia opowiedziana w Dying Light jest i jest taka se. Sztampowa i mimo wszystko bez wyrazu, bo dialogi rozpisane są mało absorbujące, a i tak przecież wiadomo, że nie dla fabuły tu przyszliśmy. Przynajmniej w moim przypadku, jeśli chodzi o wycieczki po mieście, fabuła spadła gdzieś na najniższy poziom piramidy potrzeb. Nie szkodzi, bo rozgrywka kopie po głowie mocno, sprawiając, że nic innego się nie liczy. Można? Można, a to wypadkowa kilku znanych dobrze nam patentów. Taki Mirror’s Edge ktoś pomyśli. I tak i nie. ME to jednak korytarz, a DL, cóż, chodzi własnymi drogami.

Dying Light (103)

To gdzie ten flow? Przyjdzie z czasem. Crane, protagonista, nie jest z perkiem zmaksymalizowanej zajebistości w byciu parkourowcem urodzony, nie. Nikt tu nie wciska magicznego przycisku sprawiającego, że w try miga uczy się king fu, mycia garów i szykowania oryginalnej włoskiej pizzy. Bez pracy nie ma kołaczy, bez gazrurki zombie głowy są całe, skacz, głupku, skacz! Trening czyni mistrza, a jedna ręka wciera, druga wyciera, jak rzekł Pan Miyagi, strażnik drzewka bonzai. W Umierającym Świetle zastosowany wyświechtany, ale jak dobrze banglający, patent uczenia się przez korzystanie z dostępnych zdolności. Coś ala Oblivion czy Skyrim. im bardziej szalejesz, tym więcej expisz drzewko zdolności odpowiadającej za zwinność Crane’a i dzięki odblokowywanym perkom zwiększa się jego mobliność. Proste. Drzewka zdolności są trzy, bo tyle jest kategorii. Pozostałe to gromadzenie punktów ocalałych za wykonywane zadanie czy przetrwanie nocy, co z kolei przekłada się na bardziej opłacalne crafcenie przedmiotów, czy zwiększanie lukratywności handlu. Ostatnie to siła, więc im więcej dajesz od siebie z axa, tudzież innych z innych elementów przybornika, tym więcej ofensywnych perków i magicznych zdolności ćwiartujących dla ciebie. Wszystko się opłaca, a do tego to w co pójdzie, zależy od Ciebie.

DL2

I to jest fajne, bo flow, którego nie było, pompuje się dość szybko i hulamy po dzielni niczym moonwalkerujący Jackson i dochodzi tego coraz więcej. Jest tego dość, by odblokowywać perki jeszcze po napisach końcowych. 37 godzin ubite, drzewko skilli takie nie wyczyszczone. Ten feeling to istotnie pyszna sprawa, bo serwuje po kawałku doznania, nie ograniczając nas od samego początku do paru animacji i zdolności na krzyż, ale ciągle pcha nas do tych wszystkich czynów jakich możemy się dopuścić. I będzie to robić. Nie ma to jak wrócić w znane strony nie jako chucherko, którym rozpędzamy się w pierwszych minutach gry, ale jako koks, który z gracją Maseraka wywija piruety z maczetą pośród tłumu o niezdrowym uzębieniu. Kiedyś byli giętcy, ale dostali butami w kolano. Ocieka znakomitością. Dość powiedzieć, że bieganie jest rozkoszne i biegałem momentami dla samego biegania (wtf).

Dying Light (16)

Zabawa nieograniczona

Wątek główny orbituje wokół kilkunastu misji głównych, tych ciekawszych. Otwarty początek z możliwością dotarcia do określonego punktu i kontynuacja zabawy w bardziej zamkniętych przestrzeniach. Dying Light utylizuje i oddaje do ogrania zaskakująco dużo miejscówek zarówno w misjach per se, jak i poza nimi. Nie wszędzie da się wejść, ale bardzo dużo miejsc skrywa loot czekający na nasze zwinne ręce. I zombie z szafy. Zadania poboczne to głównie kiszka kurierska w której biegamy z punktu A do punktu B, ale kiedy złapiecie podjarę na skakanie, kulanie się, przebijanie się łokciami przez nieświeżych mieszkańców to nie przeszkadza. Tak, napisałem to. Biegałem dla biegania, byłem kurierem, bo mogłem biegać, skakać, pływać, z tasakiem pod pachą w ruchu wypoczywać. Wierz lub nie, ale to przyjemna sprawa. Ponad to gro poboczniaków to mini wątki fabularne splatające własne nitki historii. Nic co by urywało dupę, ale śledziłem z zainteresowaniem. Trzon rozgrywki i natężenie punktów na mapy kojarzy się mocno, z Far Cry’em 4 chociażby, ale nie skończywszy FC4, sprawa kto tu robi lepiej jest jasna. Napomknę pro forma, że kolejność zabawy i dobór questów to tylko Wasze widzi mi się i tak, są też chwile zbieractwa. Jak odpalicie generator, uważajcie, przychodzą licznie. Chyba, że będziecie tam nocą, wtedy wszystkie przedmioty widać jak na dłoni, no ale jest generator, jest impreza.

Dying Light (35)

50 twarzy zombie

Imprezowicze dochodzą stadami, podzieleni gatunkowo. Nie do końca jest tak, że jak nie urok to sraczka, ale z drugiej strony, nigdy nie będziecie bezpieczni. To fakt. Nieważne czy w dzień, nie ważne czy w nocy, nie ważne czy level pierwszym czy dwudziesty, hordy zombie są zombie i w dowolnym momencie zagrożenie jest realne, a śmierć nawet kiedy będziecie już z rozszerzonym paskiem HP dyszy na plecy. Do samego końca zombie nie opuszcza gardy i potrafią sprawiać problem. Owszem, jest trochę łatwiej z wachlarzem zdolności, później, trochę.

Z początku trupy są klasyczne, powolne, ospałe, zgniłe. Rychło dochodzą do palety niebezpieczeństw rzygusie, nocni łowcy, zombie eksplodujący czy zombie zaimportowane z 28 dni później, co parkour umieją. Biegaliście kiedyś po dachach, tuż przed watahą zombie w świetle księżyca? Standard. Rodzajów tych, co umrzeć nie potrafią jest sporo i mimo, że system walki jest pozornie uproszczony do maszowania przycisku ataku, nie każdego da się położyć z biegu. Pozornie uproszczony, bo bicie kotka przy pomocy młotka to jedno, ale DL oferuje o wiele więcej. Wślizgi, łokcie, skoki z butami en face, zrzucanie z budynków, nadziewanie na kolce, wbieganie na zombiaki, półobroty prawie że z wyskoku, pułapki, człowieniu! Dziwiło mnie tylko skąd te zombie mi zawsze na plecy włażą. Zawsze. Być może jakieś skaszanione respienie, nie wiem. I fachowy ragdoll, nie zapominajmy.

Unity płakało jak widziało

Unity płakało jak widziało

Nie zapominajmy o nocy, gdzie nie widać czubka własnego nosa, a zestaw mięsa zmienia się na bardziej zabójczy. W obecnych proporcjach noc jest krótsza niż dzień, ale to oznacza tylko mniej prania do roboty, bo po zmroku można się spiąć. Konkretnie. Zwłaszcza kiedy nad Harran szaleje burza (deszcz!) i poza snopem światła z latarki, teren rozświetlają błyskawice ujawniając rzeczy, które niekoniecznie chcielibyście zobaczyć. Klimat i szaleńcze ucieczki przed Waszym nemezis mocno na propsie. Tylko leszcze wiją się w śpiworkach. Teoretycznie między przeciwnikami można się przekradać, ale system trochę ssie i osobiście preferowałem jednak szybkie, improwizowane, przebieżki nocne. Gdyby to było życie, schudłbym z 40kg.

Nie zapominajmy o craftingu, bo podobnie jak w Dead Islandach i wszystkich piaskownicach i tu przyjdzie nam zbierać części większego planu. Co mi się nie podobało to nieograniczone i zerowy wpływ ilości przedmiotów w kieszeniach na naszego bohatera. Nie ważne czy apteczek będziecie mieć pod ręką jedną, czy pięćdziesiąt, obwieszeni będziecie orężem, ze sobą taszczyć będziecie walizy podróżne i osiołki z karawany obładowane przedmiotami, biega się zawsze tak samo.

DL1

Druga sprawa to absurdalna możliwość zaglądania do ekwipunku w trakcie trwania pościgu, to zawsze bawi. Biegniesz, goni Cię zombie naście, a Ty jak gdyby nigdy nic, pyk, otwierasz plecak, crafcisz apteczki, zażywasz, kontynuujesz ucieczkę. Słabo. Owszem, przydaje się, ale mocno zniża poziom zaszczucia i paniki grającego, a nie o to przecież chodzi, bo atmosfera jest gęsta i tak być powinno.

Wytworzone przedmioty można spożytkować, tudzież sprzedać, a zebrane bronie  ulepszać. Poza bronią palną, tak, taka też jest. W ogóle strzelanie w Dying Light ssie pięty i strzelałem tylko w dwóch przypadkach.Kiedy mi się nie chciało walczyć z fest karkami i w przypadku wyraźnej przewagi liczebnej zgnilców. A tak to kontaktowo, bo feeling broni jest żadny, samo strzelanie miałkie, acz hedziki eksplodują, oj tak. Mięsko zresztą odpada warstwami i niektórych sekwencji nie powstydziłby się Mortal. Samych pukawek wiele nie ma, ale nie na dystans DL był szyty, wiadomo, ale można doszukać się też takich zabawek jak granaty stasis (?) wytwarzające pole siłowe zawieszające zombiaki w powietrzu. A ja kręcę swój śmiertelny balet, piękne.

Dying Light (85)

Polskie po angielsku

Polska gra, niegrywalna po polsku. Nie płaczę. Podobno da się ogarnąć kinowe spolszczenie, ale nie próbowałem. Same napisy są poprawne, gorzej z wokalami, które odstraszają. Niestety. O ile na pececie można w dwukliku język zmienić, o tyle na PS4 użytkownik musi zmieniać język całej konsoli, by uszy tak mocno nie krwawiły. Na obu sprzętach DL prezentuje się tip top, z czego na prowadzenie wysuwają się blaszane puszki. Yo, 30fps dla PS4, 60 dla PC, ale także możliwość pogmerania w ustawieniach graficznych odrobinę bardziej niż ustawa przewiduje za pomocą odpowiedniego launchera, polecam. Po wyłączeniu ziarna, DOF oraz chrome abberation (ciężko efekt wytłumaczyć, ale wymieszałem obrazki, więc różnica jest widoczna) DL zmienia się nie do poznania. W moim odczuciu, na lepsze. Granie pad czy m+k to preferencja osobista, bo na obu jest dobrze, choć feeling grania pada jest oczywiście na plus. Kontrola postaci! No i kurde postać ma ręce i nogi widoczne, tak. +2 parówki do immersji. Jest to o tyle istotne, że grając później w Advanced Warfare odniosłem wrażenie, że jadę ciufą po torach, a nie biegam człowiekiem.

Muzycznie jest mocno dobrze. Momentami, co nie uszło uwadze podczas streama, włączała się muzyka rodem z Hotline Miami, a ja tam wywijasy ostrym przedmiotem. Gdyby nie uszy cieszyłbym się dookoła głowy. Niemiłosiernie wkurza jednak ryk zombie. W momencie kiedy zostaniemy zauważeni wrzask mierzwi tupecik, po czym okazuje się, że jednak nikt nas nie goni. WTF. Irytujące, bo sam dźwięk zrywa gacie, a tam ledwo z jeden dodatkowy zombiak pełza. Wa?

Problem techniczny z którym się mordowałem w trakcie rozgrywki to dropienie klatek przy wchodzeniu w interakcje z wszelkimi NPC. Dostawałem 0fps na twarz. Pomagało albo ściaganie tekstur w dół, albo wspominany launcher, który znowuż tego nie wymagał. Do dzisiaj nie zostało to załatane mimo kilku patchy. I wyzwania, wyzwania to twarde suki.

DL4

Doszedłem do miejsca,w którym muszę powiedzieć, że celowo nie ulało mi się wszystkich informacji. I tak powiedziałem dużo, a jednocześnie tak mało. Nie śmigałem zbytnio w asymetrycznym multi, gdzie możemy być zombi, atakować czterech graczy i bronić gniazd, czy graniu w co-opie, gdzie dostępne są oddzielne misje, ale można po całym Harran pobiegać wspólnie. Nie uważam tego za potrzebne, bo chociaż to nie rewolucja a synteza znanych nam patentów ze wspominanych gier i jeszcze paru, tak w połączeniu dają miksturę ogłuszenia, która działa mocno, także po napisach końcowych, a ja po kilku dodatkowych godzinach, siedzę jak zombie przed biblioteczką steamową, mimowolnie wklikując się w Dying Light po jeszcze trochę.

Jestem zombie, a Dying Light jest wyborne. Teraz muszę się uczyć w grać te inne, okrojone z mobilności FPSy na nowo.

Me-gusta

Grę udostępnił Techland.

Dodaj komentarz



39 myśli nt. „Dying Light – polskie trupy powstają trzy razy, recenzja

        1. Iago

          @Garett

          Będzie zabawnie, ale: ta perspektywa ogranicza mi widoczność, utrudnia immersję (nie jestem orangutanem i nie mam rąk na 2m, a coś takiego mi się sugeruje), utrudnia ocenę odległości (skakanie w FPP? porypało kogoś?!) i generalnie przeszkadza w cieszeniu się grą. Na 770h w Skyrimie FPP włączyłem może kilkanaście razy, do strzelania z łuku.
          Jedyny FPS jaki toleruję to Borderlands.

          1. Garett

            @Iago

            Heh, to mam zupełnie odwrotnie, bardziej się wczuwam w FPS niż TPP, a w TES’ach TPP to świętokradztwo :P . Niestety faktem jest to, że przy FPS mechanika poruszania się, skakania i ogólnego feelingu naszego cyfrowego avatara jest bardzo trudna do zrobienia dobrze, Riddick był pod tym względem świetny.

    1. Turpi

      @Arachnos

      Właśnie niezbyt. Ja nakręciłem się zwiastunem Dead Island (tym na którym ojcy płakali jak bobry) a jak zacząłem grać to zdegustowany rzuciłem się w kąt. Jakieś cyferki wyskakujące z zombiaków, pierdoły, smieszkihihszki (ojej ojej zombi opanowały wyspę ale ja jestem imprezowiczem z baru na plaży i piję cały czas, przynieś mi więcej wódki – quest true story)

      A tutaj? Graliście kiedyś w ‚podłoga to lawa’? Bo ja grając cały czas mam wrażenie podobne do tego wywoływanego przez tą zabawę.

      Największe minusy to te opisane przez Nitka + ja bym dodał jeszcze, że nie powinno być widać na minimapie tych oszołomów którzy w nocy wychodzą. Wtedy boskość.

      1. Nitek Autor tekstu De Kuń

        @Turpi

        Też myślałem, że zdałby się jakiś modzik, albo tryb hardkoru absolutnego. Gorzej trochę ze znacznikami na mapie.
        Ale widziałem już moda zmieniającego wszystkie zombiole w takie z 28 dni później, szybkie i z parkiem – wyglądało to co najmniej uroczo ;D

        1. Turpi

          @Nitek

          Jakbym był miliarderem i mógłbym ładować kasę w gry o planowanej zerowej stopie zysku to DL wyglądało by właśnie tak:
          - zero znaczników – my robimy konkretne opisy miejsc/ludzi a ty ich szukaj, pytaj etc.
          - realistyczniejszy crafting i handel – zamiast kupowania fioletowych młotków kupujesz głównie żarcie i leki a ulepszenia polegają na ostrzeniu albo nabijaniu bejzbola gwoździami
          - zmęczenie – normalne zmęczenie, nie tylko stamina. Nie pobiegasz przez 48 z rzędu
          - rozwinięcie tego pomysłu zrzutów (w sensie, że możesz je przeoczyć/być za późno) – niech połowa questów tak działa. A nie,
          „Szukaj mojej mamy bo zaginęła!:(”
          „Dobra, dobra, tylko pozbieram grzyby, poskacze po dachach, polecę nurkować i pójdę spać bo w nocy więcej expa” „Wut?:(”
          Spoko się czułem jak mnie ponaglali przez radio z tym dostarczeniem leku. Fajnie jakby naprawdę dawało się oblewać questy. Plus to, żeby questy poboczne miały istotny i trwały wpływ na otoczenie (tutaj już się o to zajebiście otarli w paru przypadkach)
          - zmiana kosmetyczna – normalne save, a kto umarł ten nie żyje
          - no i oczywiście ktoś by napisał te postacie żeby były mniej jednowymiarowe + cała ekipa by tworzyła mi protagonistę, żeby wreszcie był kimś kogo da się słuchać i jest interesujący.

          No! I bym sobie taką grę ufundował a potem grał w nią z 5 innymi osobami na świecie.

          1. Nitek Autor tekstu De Kuń

            @Turpi

            Da się go słuchać po angielsku. Przypominał mi momentami Drake’a z Uncharted huehue
            Nie wiem czy absolutny brak znaczników jest przefafny. Tak jest właśnie w Kingdom Come Deliverance i można dostać jobla od błądzenia na relatywnie małej mapce. Co dopiero w Harran.

          2. Nitek Autor tekstu De Kuń

            @Turpi

            @Turpi

            patrz, przeczytali ;)

            Tryb “Hard” będzie zawierał rózne zmiany dotyczące rozgrywki, wliczając w to:

             Podniesiony poziom trudności w nocy

             Bardziej zabójczy i bezwzględni wrogowie

             Większa konieczność pozostawania w ciszy i ukryciu

             Ograniczone zasoby i dostawy

             … i szereg innych dodatków

            Pierwsza aktualizacja zawartości gry przyniesie także wiele ulepszeń do rozgrywki i pewną liczbę

            nowych strojów dla bohatera. Aktualizacja będzie dostępna dla wszystkich platform w najbliższej

            przyszłości.

  1. mr_geo

    Czy ktoś mi może wytłumaczyć w prostych żołnierskich słowach, jak dla wyborcy partii (tu wpisać nazwę ugrupowania, zależnie od preferencji) po jaki wuj, luj i mój wszędzie do grafiki wpieprzana jest ta aberracja chromatyczna? Może rozmaici „tfurcy” są już tak YOLO i SWAG że im się soczewka w gałce ocznej odkształciła i ma różną wartość ɳ dla róznych długości fali świetlnej, ale ja, klient, mam oczy jeszcze nie wypalone ich zajebistością i wolałbym oglądać świat w normalnych kolorach. A nie jak kurwa emerytowany spawacz MIG/MAG który oszczędzał na ekwipunku ochronnym.

    A gra raczej meh. Albo biegasz i robisz wygibasy i chowasz się po kątach, albo strzelasz i niesiesz zniszczenie…

              1. mr_geo

                @Nitek

                …i jeszcze w Alien: Isolation, i w Titanfall, i w Crysis (1,2,3), i w Payday 2 i w BF: Hardline, i w BF 4, i w Lords of the Fallen, i w Order 1886.
                No, dobra w tym pierwszym i ostatnim z powyżej wymienionych jakoś to jeszcze wyglądało – ale to wyjątki. W reszcie wygląda to jak wymiociny rozsmarowane po krawędziach obiektów, postaci i elementów ekranu (BF4 i ten jego obrzygany HUD).

                Była moda na lens flare i obniżanie nasycenia kolorów bo to miało takie „realistyczne” być. Było xujowe. Przyszła moda na tęczowe obwódki wokół wszystkiego…

              2. Nitek Autor tekstu De Kuń

                @mr_geo

                a to to badziewie robiło ten obraz w LOTF! Faktycznie!

                W Alienie i Titanfallu nie rzucało mi się w oczy, podobnie w Crysisach i Pejdeju. BF Hardline jest ogólnie syfny, więc nie zwróciłem uwagi przez choćby jakieś posuwiste, dziwne bieganie, które strasznie mnie zaabsorbowało. BF4 ma stonowane barwy, ale nie wiedziałem, że to przez ten efekt. Order nie przypatrywałem się dalej niż za czarne paski.

                Generalnie tak przeglądam internety i nie ma przychylnej opinii odnośnie tego efektu. Strasznie obsysa, kiedy już zwróciłem na to uwagę.

    1. Toc85

      @Probabilistyk

      Śmiechowe – ja kojarzę tytuł pod nazwą ‚Hellraid’ (nie ‚ride’) i wujek google pokazuje to samo przy obu nazwach. Jakoś nie dziwi, do dzisiaj podobno developerzy nie do końca wiedzą czym ma być ta gra. Nie żebym się czepiał – też mam na wishliście :)

      EDIT: a nie, wtopa, jednak nie pokazuje tego samego. Ale jakby coś to ja mam rację :P

  2. emperorkaligula

    Zacna giera, skończyłem w jakieś 27 godzin z prawie wszystkimi questami pobocznymi (oprócz tych na zbieranie kawy z tablicy itp). Fabularnie niestety gniot nie z tej ziemi. Końcówka głównego wątku jest absurdalnie głupia, płakałem jak patrzyłem. Questy poboczne są przy wątku głównym doskonale napisane (a posysają). Największa wady (oprócz tragicznego story) to cheatujące spaślaki (ten z młotem i ten co szarżuje) i za mało misji gdzie gracz MUSI grać w nocy. Z mniejszych wad system lootu i kasy. Najlepsze bronie (jakość filolet lub złota) na nasz obecny poziom (najwyższy dostępny dps) są w każdym sklepie i właśnie zakupy to najlepszy sposób by się sensownie uzbroić. Broń z lootu to kupa. Szmalu miałem ze 200k na końcu i cierpiałem na brak Household Supplies do moich ukochanych bombek :(

    Co jak co , ale nie ma to jak zwabić zombiaki w jedno miejsce i rzucić im granat/bombę, albo własną maczetą porąbać calutki placyk pełen zombie na kawałeczki :D

    Jak komuś się w miarę podobały Dead Islandy to śmiało brać bo pod każdym kątem jest lepiej.

Powrót do artykułu