A Way Out – wyjście z twarzą. Recenzja

Nitek dnia 27 marca, 2018 o 9:39    3 

AWO-7

Wydawać by się mogło, że wyskok Josefa Faresa na zeszłorocznych The Game Awards to zwykły chłyt małketingowy. Wiecie, uprawianie miłości z Oskarami skandowane podczas wręczenia gamingowych nagród, te klimaty. Być może. Przynajmniej A Way Out zostało w pamięci wszystkich już tamtego wieczoru. A wiecie co? Po premierze i ograniu całości jest jeszcze lepiej.

Być może niektórzy z Was pamiętają pewien indyczy eksperyment, Brothers: A Tale of Two Sons. To wcześniejsza produkcja Faresa właśnie, dziwne skrzyżowanie kooperacji dla… jednego gracza, albowiem przyszło nam tam prowadzić losy dwóch braci z tym, że na dwie gały. Dosłownie. Lewa odpowiadała za jedną postać, prawa za drugą. Był to eksperyment odważny, a przy tym fest grywalny, z ninjami siedzącymi w pokoju i krojącymi cebule. Polecam nadrobić, jeśli ktoś przespał.

A Way Out, jak powszechnie wiadomo, postawił w całości na współpracę między dwoma graczami. na tyle, że gra nie jest grywalna w pojedynkę i obligatoryjnym jest ściągnięcie kogoś na kanapę ( ͡° ͜ʖ ͡°). Co ciekawe, choć gra wyszła spod opieki Electronic Arts, do zagrania w co-opa online potrzebujecie tylko jednej kopii, co przy mało wygórowanej cenie 99 pln, kupowanej na bułę z kimś, daje perspektywę przygody z kolegą po sieci za relatywnie niewielki pieniądz. Wydajcie go, serio.

Sama historia zaczyna się dość sztampowo, bo oto do więzienia wjeżdża Vincent, dzierżący bilet pobytu na zaledwie 14 lat. Trafia do celi tuż obok śmieszkowatego Leo, który siedzi na dołku z Kudłatym już od jakiegoś czasu. Nie trudno się domyśleć, że obaj bohaterowie są nam oddani do dyspozycji, a sama gra już na wstępie rozjeżdża się na split screen na jednym ekranie. Miejsce na względzie, że dzieje się tak również, kiedy gramy po sieci, co samo w sobie nie przeszkadza wcale. Szczerze to przez całą rozgrywkę nie wiedziałem co się dzieje po drugiej stronie ekranu mimo, że miałem go przed oczami. To też zasługa szalonej narracji i natłoku zdarzeń w całej grze, których zdradzać, ani szczegółowo rozpisywać nie będę i Wam też radzę nie szukać. Zaskoczenie jest mocnym faktorem zabawy wynikającej z samodzielnego odkrywania A Way Out. Wertykalny podział ekranu nie jest jedynym sposobem prezentacji rozgrywki i nie należy się doń przyzwyczajać, choć niewątpliwie jest to najdłużej utrzymująca się prezentacja rozgrywki. Potraktujcie podział ekranu jak ruchome kafelki, aniżeli opcje stałą. Sprawdza się to wybornie.

Wszystko gra się lekko, niczym turbo rozbudowany symulator chodzenia, ale też twory Davida Cage’a, jak Fahrenheit czy inne Heavy Rain. Mnóstwo tu QTE, gra wysmarowana jest nimi grubo, ale nie są to sekwencje łamiące palce i być może uda się Wam przelecieć wszystkie na raz. Niektóre wymagają synchronizacji między grającymi, inne szaleńczego masowania guzika, niczym na atarynce, podczas biegów w Track and Field. Nie są one jakieś zaawansowane i poradzi sobie z nimi każdy, a gra nagrodzi fajerwerkami i znakomicie wyreżyserowanymi sekwencjami akcji.

Dynamika zdarzeń na ekranie potrafi momentami przytłoczyć, choć grze zdarzają się momenty dłużyzn i spokoju, oddając do dyspozycji miejscówkę pod nasze szperanie i gmeranie z obiektami dostępnymi w danej scenie. Zalecam szlajanie się i klikanie we wszystko, co możliwe, jednocześnie rzucając współgraczowi wyzwania w garści mini gierek, jakie gra oferuje. Mało tego, sprawdźcie wszystko dwa razy, albowiem bohaterowie to dwa różne charaktery, co przekłada się na odmienne podejście do życia w ogóle, a to zaś owocuje zabawnymi scenkami czy dialogami z NPC, w zależności kto wejdzie z daną osobą czy obiektem w interakcje. Wszystko klikaliśmy, śmiejąc się momentami w głos.

Sama historia może być odebrana jako typowe kino lat 80ych, nie szkodzi. Trochę tak jest, ale dając się wciągnąć w wir zabawy, nie trudno zapomnieć reguł spektaklu. Szykujcie się zatem na historię pełną zwrotów akcji oraz twistów rozdziawiających japę w zdumieniu. Przy tak mocnym nacisku na historię, nie ma co nastawiać się na przejście ponowne i raczej traktować sprawę jednorazowo, aczkolwiek ciekawy jestem alternatywnych rozwiązań pewnych sytuacji, które podejmowałem z współgrającym Kycem grając w papier, kamień, nożyce (polecam!).

Wszystko to w ładnej oprawie bujanej na Unreal Engine o dobrze zorganizowanej oprawie dźwiękowej. Warto wspomnieć, trochę też przyklasnąć, że nikt tu nie wpycha na siłę dubbingu, zaś gra oferuje spolszczenie kinowe o dobrej realizacji i bez specjalnych potknięć w tłumaczeniu. Kurde, i to serio Electronic Arts, wiecie, gra bez DLC, tania i jeszcze jedna kopia na dwóch. Halo, EA, czy to ty?

A Way Out wyszło bardzo dobrze. To gra do polecenia każdemu. Wyjadaczowi gierek, bo historyjka jest świetna, ale też dla sceptyka co to myśli a fe, jakieś giereczki, który nie umie w pada (można mieszać sposoby sterowania, na dwa pady, m+k a druga osoba padem), bo stawiane wyzwania nie budują bariery dla nowicjuszy. Zabawa w zbiegów to temat, który najlepiej łyknąć na raz, co zalecam, bo to sześć godzin z okładem, w zależności od tego, na ile pójdziecie w eksplorację. Oczywiście możecie siedzieć tu o wiele dłużej, bijąc rekordy grania na banjo czy wciąż siłując się na rękę, jednakowoż przez ciekawość dalszych losów duo Vincenta i Leo, łykniecie temat prędko. I będzie Wam mało.

Zostaje Wam wtedy deser, ale to już zobaczcie sami.

Kopię gry dostarczył wydawca – Electronic Arts Polska. Dziękuję.

Dodaj komentarz



3 myśli nt. „A Way Out – wyjście z twarzą. Recenzja

Powrót do artykułu