Na szybko – Za garść expeków czyli gdzie idziesz rolpleju?

maladict dnia 21 marca, 2014 o 8:33    27 

heirs

Wiadomo. Kiedyś panie to były rolpleje. Było izometrycznie, gęsto od klimatu a fabuła darła skarpetki z nóg. Wszyscy kochali wcielanie się w postać, która bez względu na przeciwności i zamysły twórców kolejny raz uratuje świat przed Niewypowiedzianym Złem™. Nic dziwnego, że wkrótce elementy cRPG zostały implementowane wszędzie gdzie się dało, a nawet tam gdzie być ich nie powinno. Od hack’n'slashy poprzez ścigałki po tower defence. Wydawałoby się, że nic nie może stanąć na przeszkodzie tryumfalnemu marszowi gatunku.

I w pewnym momencie coś poszło nie tak. Kupa trafiła w wentylator a tubylerczykom spełły fajle. cRPGI ongiś hołubione i stawiane na piedestał coraz częściej spotykają się z wachlarzem emocji, jeżeli wachlarz ten ograniczymy do emocji pomiędzy hejtem a ‚meh’.

Co i w którym momencie poszło nie tak?

Kiedyś to wiadomo – trawa była bardziej zielona po obu stronach płotu, schody mniej strome a dziewczyny jakieś takie chętniejsze… Rolpleje też były inne. Drużyna składała się z wojownika, który spuszczał łomot, maga który rzucał feuerkugle, kapłana, który leczył i złodzieja który rozbrajał pułapki. Każdy z nich był przedstawiony w formie mniej lub bardziej zgrabnej kupki pikseli co zmuszało wyobraźnię do pracy na pełnych obrotach. Linie dialogowe ograniczały się do onelinerów w stylu ‚Czas na odrobinę chamstwa i nieprawości’, ‚Ejże!’ czy ‚Urwę ci łeb i nasikam w szyję’. Krótko mówiąc było sycąco.

M&M

Wiadomo jednak, że ewoluować trzeba. Wymagania klienta są coraz większe (nawet jeżeli ów klient nie zdaje sobie z tego sprawy). moc komputerów jest coraz większa i grzechem byłoby jej nie wykorzystać. Wreszcie można wprowadzić czyde, tak by nerdy zamiast wysilać się mogły z bliska obejrzeć panią wojowniczkę w zbroi chroniącej intymne części ciała i niewiele więcej. Wreszcie można pokazać z bliska krew, pot i inne płyny ustrojowe. To było jeszcze bardziej sycące i nic dziwnego, że gracze rzucili się na to jak chytra baba na Trzy Cytryny. ‚-Ale, ale’ – powiedzieli w pewnym momencie developerzy nie mający wsparcia potężnego budżetu marketingowego.  ‚-Nie w szrederach i antyaliasingu leży rzecz. Gracze dorośleją i coraz częściej z rozrzewnieniem wspominają ‚Golden Age of Video Games’. Gracze chcą oldskulu i ten oldskul dostaną’. Ale co to jest olskul? Po pierwsze ma być izometrycznie bo tak kiedyś było i działało dobrze. Po drugie ma być bez tych dziwnych wynalazków jak grind, loot, craft i build bo nie o to w ratowaniu świata przed Niewypowiedzianym Złem™ chodzi. I wreszcie po trzecie ma być turowo, bo lata lecą, koordynacja ręka-oko już nie ta i przeca nie można zniechęcać gracza faktem, że nie jest w stanie wykonać równocześnie piruetu z turlaniem się po ziemi. Tylko to turowo też nie może być zbyt skomplikowane na wypadek gdyby Przeciętny Nastoletni Gracz™, mający problemy z liczeniem Punktów Akcji też zechciał kiedyś sięgnąć po naszą grę. Na szczęśie X-Com wskazał nam świetlaną drogę.

I tak oto, po tym długawym wstępie dochodzimy do trzech gier, które miały przedefiniować rynek. Shadowrun Returns, Expeditions: Consquistador i Blackguards. Oto, bracia i siostry, idzie nowe, możecie zacząć rzucać pieniędzmi w monitory.

Co się stało dalej? Po pierwsze okazało się, że mozna nakręcić niezły hajp nawet bez macherów od marketingu. Po drugie okazało się, że gracze nie do końca sprostali chciejstwu devów.

Zacznijmy od Shadowruna, bo o nim już pisałem, a jako że jeszcze nie nabyłem Berlina nie mam nic nowego do powiedzenia. Jest izometria, nie ma lootu, grindu i craftu. Jest turowo z trzema Punktami Akcji. Twist fabularny jest, choć budzi kontrowersje o których jednak nikt nie chce rozmawiać. Jest zakończenie, które ryje psychę, choć i tu pojawiły się ‚mehy’. Doprawdy nie rozumiem skąd.

Shadowrun - sprawl

Następnie weźmy na tapetę Expeditions. O tym pisał mokraTrawa i trudno dorzucić coś więcej. Zwłaszcza, że w pewnym momencie, gdy zaczynałem się właśnie rozkręcać wywaliło mi mapę. Okazało się, że autorzy mają na wywalanie się mapy wywalone. gra trafiła zatem do poczekalni. A szkoda, bo było całkiem fajnie. Poza jednym politpoprawnym zgrzytem dotyczącym równości płci, co w XVI wieku było nieco inne niż teraz lub w alternatywnej rzeczywistości dowolnego fantasy. Gra miała swój klimat, miała eksplorację i znajdźki w postaci strategiczne porozrzucanych po dżungli skrzyń z dobrocią. Miała drużynę z którą zachodziła interakcja, moralne wybory i jak mówiłem była całkiem spoko. Aż dziw, że przemknęła praktycznie niezauważona.

expeditions

Na koniec ostatni projekt z cyklu czyli Blackguards. Nitek poświęcił swe cenne 11 godzin by zrównać grę z ziemią. I w sumie z większością zarzutów się zgadzam. Ale tak nie do końca. Ale o tym będę pisał osobno. W skrócie jednak, za dużo hajpu za dużo hejtu. Miało być pięknie, wyszło jak zwykle.

2014-01-25_00001

Co zatem jest nie tak? Wkrótce jak wszystko się złoży do kupy, odpalamy z projanem Wielkie Derby o tytuł najlepszego cRPGa. Stawiam orzechy przeciw fistaszkom, że wygra Planescape: Torment. Czyżby zatem cRPGi miały lata świetności za sobą? Czy te lata już nigdy nie wrócą? A może jako gracze wiekowi (jak na graczy, rzecz jasna) patrzymy na nie prze różowe okulary nostalgii?

Dodaj komentarz



27 myśli nt. „Na szybko – Za garść expeków czyli gdzie idziesz rolpleju?

    1. pisu

      @Probabilistyk

      Jako, ze moja karta graficzna odmowila ostatnio wspolpracy :( , zmuszony bylem do przesiadki na karte zintegrowana (sic!). Z tej racji jedna z niewielu gier, w jakie moglem grac byl Fallout jedynka. Juz po kilku minutach przypomnialem sobie za co kochalem (i kocham) ta gre – setting i super klimat, tworzony glownie przez muzyke i dzwieki. Interfejs meh, mechanika mniejsze meh, fabula przyzwoita. Ale klimat… Oh man. No i wiosna przyszla a ja sie wciagnalem…

      1. Tasioros

        @pisu

        Ano tak. Na początku roku też ogrywałem jedynkę. Tutaj nostalgia jak najbardziej działa poprawnie. Mnogość sposobów, na jakie można przejść tę grę również zaskakuje. Tutaj kreacja bohatera ma duże znaczenie (maksymalne obniżenie inteligencji – polecam). Ja już wiem, że jak ukończę całkiem niezły Fallout: NV, powrócę do dwójki.

  1. Flamethower

    Nostalgia, nostalgią, myślę że czas odciska piętno na tym jak odbieramy gry. Kiedyś jak wychodził Gothic i wszyscy w szkole zagrywali się popołudniami, ten który miał więcej czasu przychodził na drugi dzień do szkoły i rzucał spoilerami na prawo i lewo o jakimś Ulumulu, nie było hejtu tylko z wypiekami na twarzy wysłuchiwałem co on tam tym swoim magiem nie wyrabia, nie mówiąc o zarywanych nockach. Nie zwracało się uwagi na grafikę, martwiło się tym czy płytka się dobrze wypaliła.

    Teraz ? Wracam z pracy, uruchamiam Dragon’s Dogma, a w jakimś ciekawym momencie gdy wczytuje się w dialogi, przychodzi babsztyl i pyta się czy obejrzymy dzisiaj jakiś film, dzwoni kumpel czy wyjdziemy na piwo, matka zadzwoni że jej kuchenka gazowa nie działa, psu się chce.

    Ciężko znaleźć czas na skupienie się w pełni na rozgrywce i fabule, nie zapamiętuje się tego co ja wczoraj robiłem za quest i co tam się działo, przeszkadza w tym otoczenie, i jakieś dziwne sprawy typu rachunki, czy głód.

    Mam tylko szczerą nadzieje że uda mi się przekazać mojemu potomkowi, ochotę na odświeżenie starych tytułów, że jak mu pokażę gry które były dla mnie czymś niezwykłym, to będzie chciał też poznać te historie na których ja się wychowałem, chociaż pewnie otoczenie mu na to nie pozwoli, bo grają w kolofdjuti.

  2. MusialemToPowiedziec

    Podejrzewam, że byśmy nie dodawali różu do starych RPGów, gdyby nowe nie skręcały za bardzo w stronę gier akcji z elementami RPG.

    W Falloutach czy Planescapach nie jest wymagane wiele umiejętności manualnych od graczy – ot, żeby umiał kursorem wskazać odpowiednie pole.
    A w Skyrimach, Mass Effectach czy nawet Wiedźminach gra dużo bardziej niż na umiejętnościach Player-Character skupia się na tym, czy Ty potrafisz odpowiednio szybko/wolno wciskać klawisze myszki/pada.

  3. Waldek-Mat

    Ciągle powstają dobre a nawet bardzo dobre gry CRPG. Wiedźmin – zarówno pierwszy jak i drugi. Dragon Age – Origins, mimo wszystko dodałbym Mass Effect bo było nieźle ( ale tylko jedynka i dwójka). Conquistador jest akurat dziwną mieszaniną CRPG i strategi ale bardzo dobrą i fajnie podaną. Wciąż są również izometryczne CRPG i myślę tu o Pillars of Eternity tylko o tych wydawanych przez małe studia albo nawet jednoosobowe studia – przykładem Spiderweb Software.

  4. Wiatrak

    Są dwa cRPGi z „dawnych” czasów o których mogę z czystym sercem powiedzieć, że są lepsze od współczesnych, bo grałem w nie góra rok temu: Tes III: Morrowind i Vampire the masquerade: bloodlines. Co mają one, a czego nie ma np. Skyrim (co nie zmienia faktu, że też jest świetny, tylko na trochę inny sposób)? Ten pierwszy ma rozbudowanie, na które w dzisiejszych grach nie pozwala silnik oraz unikalny styl świata(pies, że prawie połowa to popiół). Ale to, co w Morku można wyczyniać w porównaniu z dniem dzisiejszym jest zabójcze. Latanie?Proszę uprzejmie. Dowolne szalone enchanty?Podano. GIldie?Proszę bardzo, mamy 7 dużych questlinów, a gdyby chciał pan zostać wampirem, to są 3 klany do wyboru. I tego dzisiaj brakuje, tyle kasy idzie w marketing i silnik, że nie starcza na danie graczowi zabawek. Gdyby Morrowind był grą od BioWaru, to byłby trylogią, a każda gildia osobnym dlc. Dalej idzie wampir z faktem, że każdy quest poboczny jest fajny. Poważnie, nie ma pierdół i zapychaczy, każdy jeden ma swoje smaczki i postacie napotkane podczas ich wykonywania można potem wykorzystać nawet w innych zadaniach. Aha, no i zabijanie przeciwników nie daje nic, absolutnie. Poza może tymi dwoma elementami reprezentowanymi przez te dwa tytuły cRPG IMO ma się dobrze. Można wręcz powiedzieć, że razem z fantasy wychodzi z szafy i to nie jest wstyd się przyznać, że się grało, czy czytało to i tamto(ale to inny temat w ogóle jest). Jest kilku developerów mainstreamu, masa indyków i to wszystko przekłada się na dobre produkty dla każdego odbiorcy (zwłaszcza nostalgicznego). Także ja chyba nie łapię się na trend narzekania, może za młody jestem :) .

  5. furry

    Zaskakująco ogrywany właśnie przeze mnie Kijek Prawdy wpisuje się w temat :-) W pierwszej walce, będącej w zasadzie szkoleniem, Cartman oprd’la Clyde’a musisz zaczekać na swoją turę, tak jak w starych czasach

    Choć walka bardziej przypomina chyba jRPG, (nie wiem, nie grałem w jRPG, ale tak to sobie wyobrażam), stoimy naprzeciw siebie, nie poruszamy się i każda z postaci ma jeden atak (czasem dwa), przedtem możemy coś spożyć lub wykonać akcję specjalną. Brzmi może słabo, ale działa.

    Trochę gorzej wygląda sprawa dialogów w grze. Otóż dialogów nie ma, gra się trochę jak w przygodówkę. Nasz bohater w trakcie gry nie wypowiada ani słowa, Gordon Freeman normalnie, speech = 0. Na szczęście autorzy zadbali o zadania do wykonania i odpowiednią fabułę. Jest oczywiście tak konieczny twist, właśnie go wczoraj zaliczyłem. Czyli podejście niby nowe, ale przecież twórcy zjedli zęby na cRPG, Obsidian, kochany Obsidian.

    A tak w ogóle jestem po nocnej bitwie z gnomami gaciowymi w sypialni rodziców. Och.

  6. aryman222

    Expeditions: Consquistador – ciekawa gra, ale po zakończeniu miałem jednak poczucie straconego czasu. gra jest zbyt jednostajna, za często się powtarza, brakuje elementu „WOW”. mimo wszystko EC zostanie w mojej pamięci dzięki królowej Amazonek – wspaniała kobieta!

  7. Kerdej99

    Moim zdaniem różnica pomiędzy klasycznymi RPG z końca lat 90′ i początkiem tego wieku, a dzisiejszymi, nie leży w kwestii tego co dany tytuł sobą prezentuje względem fabuły, grafiki, systemu umiejętności czy wielkości świata- nie chodzi też bynajmniej o poziom złożoności. Podług mojego gustu koń jest pogrzebany w pewnym szczególe, który ma gargantuiczny wpływ na satysfakcję i immersję świata przedstawionego, a także na jego wewnętrzną spójność i logikę. Mianowicie różnicę, pomiędzy pomyślnym rozegraniem niektórych wydarzeń czy przygód, a po prostu złą czy nieudolną grą. Przypominałem sobie ostatnio Baldur’s Gate, beż żadnych ulepszeń i modów, ot goła wersja z dodatkami którą kiedyś (w paczce z innymi tytułami od Blac Isle i spółki) kupiłem- ponadto jest to wersja angielska- zero nostalgii związanej z panem Piotrem Fronczewskim.

    Otóż to co uderzyło mnie, kiedy już przyzwyczaiłem się do interfejsu i rozdziałki 600x pikseli, to to jak zapomniawszy o niektórych niuansach czy zasadach tej gry, łatwo sobie skopać drużynę i grę jako taką. Ot jeden bohater zaczyna ze mną walczyć, bo zapomniałem iść uratować jego wiedźmę w ciągu kilku dni, tracę świetnego wojownika. Spotykam wampiryczne wilki, odporne na niemagiczną broń, którą oczywiście nie wszyscy posiadają- kończy się to masakrą.Źle poprowadziłem dialog, trochę dla żartu- tracę możliwość uzyskania nagrody w zamian za marne 35pd za zabicie zleceniodawcy. Rozegranie tych elementów jeszcze raz pokazuje jak wiele można wyciągnąć z danych sytuacji, ale jednocześnie pozwala odczuć jak głęboko ignorancja i brak zainteresowania szczegółami odbija się na przygodzie, uniknięcie tego wszystkiego daje wielką satysfakcję- dobrze rzucony czar, zastosowany świadomie w celu wykorzystania jakiejś słabej strony przeciwników, jest początkiem ich szybkiego końca. Z drugiej strony do tego wszystkiego dochodzi się samemu, nie ma NIEBIESKIEJ albo CZERWONEJ odpowiedzi, umieszczonej obowiązkowo po przeciwnych stronach kółka, ba, odpowiedzi bohaterów pokrywają się dokładnie z ich tekstem podczas wyboru. Gra nie robi pauzy, żeby wytłumaczyć nam, że wilki występują w stadach, a jeden wilk jest słabszy od piętnastu. Gra nie krzyczy MAG! i nie pokazuje go w efektywnym zbliżeniu, to że można przerywać zaklęcia przede wszystkim waląc go czymkolwiek z bliska, gracz dowiaduje się po własnych błędach. Może to właśnie brak tej oczywistości świata fantastycznego, która teraz króluje w cyfrowej popkulturze, sprawiała tyle frajdy.

Powrót do artykułu