Przedsprzedaż bosmana

bosman_plama dnia 17 lutego, 2014 o 8:26    122 

pokojswiatow_bosmanplama

Ciut autoreklamy.
Rozpoczęła się już sprzedaż przedpremierowa mojego „Pokoju Światów”. To nie jest space opera od Kosików, ale niespodziankowy drobiazg (mniej więcej 1/3 objętości tamtej space opery, czyli zaledwie nieco ponad 600 tys. znaków, pięć zdań, wiecie).

Emil „Rheged” Strzeszewski napisał o tej powieści następująco:

Pokojem światów Paweł Majka udowadnia, że znakomicie rozumie popkulturę. Wie, co ludzie chcieliby czytać. Co ważniejsze – wie, jak o tym pisać. Jego książka to rozrywka dla tych, którzy potrafią docenić zgrabną historię, doskonały język, a także poczucie humoru. Jednej rzeczy brak Pokojowi światów – na szczęście. Brak jest bowiem banalności.

ekteniadotPrzysługa za przysługę – okładka powieści Emila Strzeszewskiego, tego gościa od sympatycznego blurba. Mroczny steampunk w klimatach zaboru pruskiego.

Przedpremierowo, a zatem taniej, można „Pokój światów” kupić tutaj. Na razie tylko tradycyjnie wydane książki. E-booki mają się pojawić 28 lutego, czyli w dniu oficjalnej premiery. Gdy w moje ręce trafią egzemplarze promocyjne, na Gikzie zostanie machnięty odpowiedni konkurs. Do wzięcia będą trzy egzemplarze (w tym jeden z niespodzianką).

Jeszcze bardziej oficjalna premiera nastąpi na Pyrkonie – największym obecnie w Polsce konwencie miłośników fantastyki, tam będzie też można znaleźć wersję twardookłądkową książki.

sterowiec

Najsłynniejszy sterowiec wyglądał tak. Swoją droga, to dość ciekawe, że sława pojazdów przychodzi wraz z ich katastrofą. Najsłynniejszy okręt pasażerski? „Titanic”. Druga najsłynniejsza wyprawa na Księżyc? Ta nieudana (Apollo13). Najsłynniejszy sterowiec? Ten na zdjęciu.

O czym to jest?
To powieść przede wszystkim przygodowa. Zilustrować może ją taki obrazek:
Wielkolud, sztucznie stworzony bóg i jego adoptowana córka, a oprócz nich także: cygańska czarownica i opętany najemnik oraz ich zleceniodawca z innej bajki wędrują sterowcem z Krakowa nad Ukrainę. I prawie każdy – czy jest siepaczem konkurencyjnej korporacji, czy demonem na usługach państwa-boga, czy zwyczajnym czarnoksiężnikiem z przerostem ambicji – stara się ich powstrzymać. Dużo pościgów, dużo strzelanin, dużo pięknych kobiet i nieco zawikłana intryga w świecie w którym historia ludzkości zmieniła się nieodwołalnie w 1916 roku.

1916dot

Jeśli wpiszecie „1916″ w gugla, wyskoczy Wam, między innymi taki, wikipediowy obrazek.

Dodaj komentarz



122 myśli nt. „Przedsprzedaż bosmana

  1. ixtern

    Sorry, ale mało mnie nie zemdliło po opisie fabuły. Jeszcze nigdy nie trafiłem na udane połączenie fantasy i science-fiction (a czytam toto od dziesięcioleci). Chyba, że ma to być parodia aka jajcarstwo, ewentualnie mogło wyjść przypadkiem. A może to sierota, czyli bezgatunkowiec, zatem najgorsze z możliwych, bo bez wiarygodności.

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @ixtern

      Hm. Trudno odpowiedzieć na indywidualne preferencje. Albo komuś fabuła czy świat posmakują, albo nie. Świat się zmienia i czystość gatunkowa nie jest już jedynym sposobem na snucie opowieści. Niemniej zdaję sobie sprawę z ryzyka.

      EDYTA (po chwilowym zastanowieniu).
      W sumie – poruszyłeś ciekawy problem. Tak bardzo przywykliśmy (ja też, co widać, po pierwszej, odruchowej, odpowiedzi) do faktu, że fantasy powinno poruszać się w dekoracjach quasi starożytności, czy quasi średniowiecza, że odruchowo tak właśnie je kojarzymy. Rzadziej trafia się np. fantasy osadzone w odpowiedniku wieku XIX albo XVII. Dlatego użycie technologii w średniowieczu/ starożytności nam nie przeszkadza. A bohaterowie przecież ich używają (np. machin oblężniczych, chemii, medycyny naturalnej i medycyny zwyczajnej, zapewne kompasu itd. itp.). „Głupie” wykucie miecza też wymaga umiejętności posługiwania się pewną technologią i znajomości metalurgii. Jeśli więc akcja fantasy miałaby się toczyć w wieku XIX czy XX wydaje mi się naturalne, że bohaterowie tak osadzonej powieści też używaliby zdobyczy nauki i techniki odpowiednich dla tych czasów (tak jest np. u Mieville’a, a z gier w Arcanum). A zatem użycie sterowca nie implikuje „połączenia fantasy i science fiction”. „Pokój Światów” to fantasy, tylko fantasy osadzone w XX wieku, z całym dobrodziejstwem dwudziestowiecznego inwentarza.

      1. ixtern

        @bosman_plama

        Przybliżona zasada jest taka: im więcej nauki, tym mniej magii. Można je mieszać ze sobą, ale przestrzegając pewnych reguł, zwłaszcza wobec czytelnika i umieć odróżnić fantasy od zwykłej bajki. Prosta recepta na dobrą powieść (fantastyczną/inną): wiarygodność świata i wiarygodność bohatera. Chodzi o to, by czytelnik uwierzył, że świat wykreowany przez autora mógłby w określonych (podanych przez autora) warunkach zaistnieć i o to, by odbiorca mógł przeżywać fabułę razem z główną postacią. Jeżeli czytelnik nie identyfikuje się z jakimś bohaterem, książka z reguły nudzi. Jeśli jego motywacje i działania nie są wiarygodne, książka irytuje. Typowy błąd początkujących autorów to opieranie się prawie wyłącznie na akcji i dialogach. Etc., etc.

        1. bosman_plama Autor tekstu

          @ixtern

          Zatem, jak mi się wydaje, zależy Ci na zachowaniu tego, co bywa nazywane „wewnętrzną logiką świata”. Mam nadzieję, że to mi się udało. W każdym razie, przykładałem się do tego. Niemniej, całość ma liczyć dwa tomy i ostateczne wyjaśnienie wszystkiego zachowałem do tomu drugiego (choć wszystkie tropy są już w pierwszym). Niemniej to fantasy, oparte na dwu bardzo podstawowych dla fantasy założeniach. Ale fantasy w XX wieku.

          Zazwyczaj rozwój technologii bywa przeciwstawiany rozwojowi/zachowaniu magii. Nie wydaje mi się, by była to jedyna droga. Jeśli przyjmiemy, że w świecie fantasy występują te same pierwiastki, co w naszym, to droga do chemii stoi otworem, tym bardziej, że chemia może być tańsza od magii (w zależności od przyjętych założeń do świata), zapewne też łatwiej jej się nauczyć (na pewnym poziomie) niż zaklęć, no i nie trzeba do niej żadnych specjalnych uzdolnień. Co nie znaczy, że równolegle dysponujący takimi uzdolnieniami ludzie nie mogą praktykować magii.

          Przykład z mieczem wydaje mi się prosty – żeby wykuć miecz musisz posiadać odpowiednie palenisko/piec + warsztat i pewną znajomość zasad metalurgii (choćby wyuczoną bez jej zrozumienia). I takimi mieczami walczy większość bohaterów fantasy. One nie są produkowane w magiczny sposób, choć wokół latają magiczne kule ogniste. Technologia i magia istnieją obok siebie. Być może mniej to nam przeszkadza, bo fantasy unika opisów technologicznych. Nie znaczy to jednak, że nie ma w nim technologii.

          1. Revant

            @bosman_plama

            Bardzo fajnie poradził sobie z takim połączeniem „magia+technologia” Brandon Sanderson w swoim cyklu Z mgły zrodzony. Główne założenie to trylogia trylogii. Pierwsza trylogia wypadła na dość typowe średniowieczne fantasy z magią opartą jednak w dużej mierze na chemii (do dokonywania nadludzkich czynności wymagane są odpowiednie stopy metali). Druga ma być steampunkiem, a trzecia już typowe science-fiction. Wyszła w tamtym roku dodatkowa książka, będąca wprowadzeniem do drugiej trylogii i byłem bardzo zaskoczony jak spójnie można łączyć właśnie magie i rozwój technologiczny.

            1. bosman_plama Autor tekstu

              @Revant

              Sanderson to jeden z przykładów fantasy, która szuka dla siebie trochę innego kostiumu. W tej „pierwszej trylogii” prawie ociera się o kwestie liczby atomowej. Chemią (choć nie tak mocno) zajmuje się także Rothfuss w swoim cyklu. Więc jak najbardziej dzieją się teraz w fantasy rzeczy ciekawe i wychodzące poza stereotyp.

            2. ixtern

              @Revant

              Sanderson jest bardzo dobry w konstruowaniu systemów magicznych, natomiast słabo mu wychodzi konstrukcja świata lub bohaterów. W „Elantris” zrobił całkiem fajne postaci, słaby świat. W „Z mgły zrodzony” lepszy jest świat, nudne postaci. Nie przebrnąłem trzeciego tomu.
              BTW. Kiedyś Sanderson przysłał mi maila, że chętnie by odwiedził Polskę. Niestety, nie odezwał się więcej.

      2. Errabundi

        @bosman_plama

        Mi w głowie świtają co najmniej trzy powieści fantasy osadzone w innej epoce od średniowiecza: „Narnia”, „Harry Potter” i „Jonathan Strange i Pan Norrel”. Na pograniczu jest „Amber”, który przecież wszedł do kanony klasyki fantastycznej. Kluczem jest dobry język i umiejętnie opowiedziana historia.

          1. ixtern

            @bosman_plama

            Bo tylko brak wiedzy umożliwia magię. Magia zrozumiana przestaje nią być. Dlatego średniowiecze pasuje. Trochę, jak z alchemią/chemią – jak się kombinuje tylko ze składnikami i warunkami ich łączenia, to jest miejsce na magię. Jak się myśli o wiązaniach cząsteczkowych i chmurach elektronowych, to już ciężko. Chociaż…każda z obecnie znanych fizyce sił jest w jakiś sposób magiczna – nie rozumiemy, skąd się bierze i jak naprawdę działa. Tylko je opisujemy.

            1. bosman_plama Autor tekstu

              @ixtern

              A obecność czynników nadnaturalnych (nie „niezrozumiałych” tylko nadnaturalnych – jak bogowie, rozumieni tak, jak byli ukazywani w mitologiach) nie sprawia, że powieść staje się fantasy? Bogowie Simmonsa (postludzie z Illionu) są wytłumaczalni, bogowie Wolfe’a z „Żołnierza Arete” już tak wytłumaczalni nie są, a bogowie Zelaznego z „Stworów Światła i ciemności” nie pasują ani tu, ani tu, ewentualnie i tu i tu.

              1. ixtern

                @bosman_plama

                Tak i nie. Fantastyka nie dzieli się tylko na science-fiction i fantasy, jest też dużo twórczości fantastycznej, której nie zaliczam ani do sci-fi, ani do fantasy. Tę pozostałość roboczo i w skrócie nazywam „fantastyką”. Może powinienem pisać „fantastyka ogólna” lub „fantastyka pozostała” albo po prostu „fantazje autorów” :)

              2. bosman_plama Autor tekstu

                @ixtern

                Aha, w ten sposób. OK. Choć dla mnie właśnie obecność czegoś niewyjaśnialnego stanowi jeden z podstawowych elementów fantasy. jeśli mówiąc o magii dojdziemy do elementu wyjaśnialnego racjonalnie, fantasy znika. Gdy na końcu pytań i odpowiedzi dochodzimy do „nie mam pojęcia, to czynnik irracjonalny” – możemy mieć do czynienia z fantasy (sprawdzić, czy nie horror).

              3. Revant

                @bosman_plama

                Jak już przy bogach jesteśmy to co panowie myślicie o Siewcy Wiatru Kossakowskiej (i całej reszcie opowiadań)? W sumie jest to takie fantasy, ale wkraczające na granice jego wszystkich norm (od antycznych i średniowiecznych aspektów, poprzez magiczne, na karabinach maszynowych i naszej teraźniejszości kończąc). No i „inne” postapo – zakon krańca świata.

              4. bosman_plama Autor tekstu

                @Revant

                Autorka wzięła na tapetę konkretną mitologię i przerobiła ją po swojemu. Jeśli nie zbudujemy dla literatury fantastycznej opartej na religiach osobnego podgatunku, to jak dla mnie pasuje to do fantasy. Acz popkulturze anielskiej bliżej do horroru (tak jest zaliczana Armia Boga, Supernatural chyba też, w ogóle anioły i diabły grasują raczej w horrorze i pograniczach. Ale stylistycznie – IMO – Kossakowskiej bliżej do fantasy.

                A tak naprawdę będziemy mieć z tym coraz więcej problemów, bo fantasy coraz mocniej wyzwala się z prostego zaszeregowania. Żyjemy w popkulturze lubiącej mieszać gatunki.

              5. ixtern

                @Revant

                Czytałem i mnie zemdliło. Szkoda, bo całkiem sprawnie operuje piórem. Niestety cierpi na typową przypadłość polskiej fantastyki masowej – brak logiki, konsekwencji i wyobraźni kreacyjnej. Jej świat aniołów jest kompletnie niewiarygodny, nielogiczny, trąci niezamierzoną parodią. Jak już ktoś chce tworzyć własne rzeczywistości, powinien się najpierw wyedukować. Na początek polecam „Bogactwo i nędza narodów” – David S. Landes (aby zrozumieć przynajmniej ekonomiczne podstawy konstruowania świata). Większość autorów pomija ten niewygodny temat i potem pojawiają się kłopotliwe pytania, jak np. skąd w „Kole czasu” Jordana/Sandersona żywność i surowce dla utworzenia milionowej armii trolloków.

            1. ixtern

              @bosman_plama

              Bo „jest magia” nie znaczy automatycznie „jest „fantasy”. Granica międzygatunkowa nie jest co prawda wyraźna, ale po latach mielenia treści wyczuwa się ją nawet bez analizy. Fantasy jest dla mnie gatunkiem bardziej usystematyzowanym, z pewnymi regułami i ograniczeniami, pozwalającymi nam przyjąć wykreowany świat za możliwy do zaistnienia. Świat „Narnii” jest bliższy baśni, czy też snom. W „Harrym Potterze” z kolei brakuje pewnych elementów konstrukcyjnych – źródeł magii, kosztów użycia i sensownego systemu współistnienia obu rzeczywistości. Może czegoś jeszcze, ale nie przebrnąłem poza dwa pierwsze tomy, a i filmy nie wszystkie widziałem (pierwsze pociągały świeżością, następne już nudziły).

              1. bosman_plama Autor tekstu

                @ixtern

                No nie wiem. Jak dla mnie, jedyne, co ogranicza fantasy, to logika założonego świata. Oczywiście, HP nie jest cyklem, w którym worldbuilding wykracza w jakikolwiek sposób po za czysto literackie/popkulturowe założenia i w tym sensie bliżej mu do bajki – świat jest, jaki jest, bo jest a magia jest jasna, albo ciemna, koniec, kropka.

                Ale Narnia to już solidnie wykreowany wieloświat z mocnymi, wewnętrznymi zasadami. To, że pojawiają się w nim postaci z naszej mitologii nie musi świadczyć na jego niekorzyść (może pojawiają się w naszej mitologii, bo były w Narnii i to stamtąd je znamy?).

        1. Revant

          @Errabundi

          Może się i nie dzieją w średniowieczu, ale dużo średniowiecznych aspektów mają. „Narni” nie czytałem, ale jeżeli filmy oddały choć trochę klimatu książek to proszę: szybki research na googlach. „Harry Potter” głównie dzieje się w zamku, gdzie raczej nowinek technicznych nie ujrzymy. Reszty nie znam, ale te dwa przykłady uważam za nietrafione, jeżeli chodzi o „fantasy w nie średniowieczu” ;)

            1. aihS Webmajster

              @Errabundi

              Warto pamiętać, że sam Lucas przy kręceniu nowej trylogii próbował ewidentnie wyeliminować czynnik magiczny tłumacząc moc oddziaływaniem jakiś tam żyjątek obecnych we krwi, które nazwał midichlorianami. Reszta czyli Złe Imperium, smoki czy księżniczki nie są zarezerwowane tylko dla fantasy przecież.

            2. bosman_plama Autor tekstu

              @Errabundi

              Udał się, bo nikt nie wpadł na początku na pomysł badania zawartości Mocy w krwi:P.

              Tak naprawdę to jest fantasy, tylko w kosmosie. Prawa fizyki łamane są ot, tak, Moc jest mistyczną supersiłą, panuje feudalizm wzbogacony o mafię. Niby coś tam wspominają o republice, ale można się zastanawiać o co z nią chodzi, skoro wysoko we władzach są księżniczki. To chyba raczej jakaś monarchia konstytucyjna? Wiem, że potem się okazuje, co się okazuje, ale trzymam się pierwszych SW.

          1. Errabundi

            @Revant

            O ile się nie mylę, „Narnia” zaczyna się od II wojny światowej, a Harry Potter od odjazdu z dworca pociągiem do szkoły. OK, aspekty średniowieczne (ale w „Narnii” też mitologiczne!) są widoczne na każdym kroku. Nie czyni to jednak z nich typowych przedstawicieli gatunku fantasy.

            Najbardziej nietypowy był wymieniony przeze mnie „Jonathan Strange” osadzony w realiach wojen napoleońskich.

    2. MusialemToPowiedziec

      @ixtern

      Najpierw zdefiniuj „połączenie sci-fi i fantasy”.

      A potem odpowiedz, czy Mass Effect (latamy w kosmosie i rzucamy/obrywamy fireballami), Arcanum (gdzie magowie dalej mają laski :) , ale krasnoludy zamiast toporów wolą strzelić z shotguna, a gra zaczyna się od obrazka najsłynniejszego sterowca spowodowanego przez atak pary ogrzych Czerwonych Baronów ;) ) albo Star Warsy (znowu, karabiny laserowe kontra miecze + duszenie na odległość), Wampirza Maskarada czy Wilkołaki (tu wypisane głównie poprzez dwie gry o tych pierwszych)
      a) spełniają definicję
      b) są udane.

      1. ixtern

        @MusialemToPowiedziec

        Mogę zdefiniować (subiektywnie) w jednym zdaniu: w sci-fi autor kreuje świat na bazie wiedzy naukowej, w fantasy używa się „magii” – czyli sił niezdefiniowanych naukowo. W odróżnieniu od bajek, magia w fantasy powinna być sformalizowana, rządzić się ściśle zdefiniowanymi regułami, tworzącymi spójny, logiczny system (znany przynajmniej autorowi, dobrze, jeśli czytelnikowi, niekoniecznie bohaterom). Nie ma tu znaczenia, jakie gatunki rozumne występują i jak je nazwiemy. Połączenie magii i broni palnej nie jest dobre i trąci nieco logiczną sprzecznością. Chodzi o to, że istnienie broni palnej wiąże się z określonym rozwojem nauki, czyli poznania reguł świata, w którym dzieje się akcja. Im wyżej rozwinięta nauka, tym mniej miejsca na magię, bo siły brane za magię stopniowo stają się siłami znanymi i oswojonymi. Dlatego też mieszając gatunki łatwo jest przedobrzyć, niszcząc wiarygodność konstrukcji.
        Gry komputerowe to marny przykład – służą głównie do rozrywki, rzadko kiedy osiągają poziom literacki i nie musimy się identyfikować. Książki wymagają większej pracy wyobraźnią.

          1. bosman_plama Autor tekstu

            @maladict

            To „sielankowe średniowiecze” starał się wytłumaczyć Jeskow w „Ostatnim władcy pierścienia”. jego interpretacji Mordor to byli „ci dobrzy”, którzy stawiali na postęp, a sztuczna stagnacja była dziełem elfów, które dzięki temu mogły zdominować Śródziemie.

            „Cień Tolkiena” to w ogóle problem. Np. w fantasy rzadko istnieje epoka brązu. My odkopujemy pozostałości niżej rozwiniętych cywilizacji, bohaterowie Fantasy najczęściej trafiają na ruiny po wyżej rozwiniętych. Jakby w fantasy zamiast rozwoju był regres technologiczny.

            1. Errabundi

              @bosman_plama

              Nieprawda. Właśnie pracuję nad powieścią osadzoną w czymś na kształt epoki brązu. Wciąż jeszcze dużo pracy przede mną i cały czas zastanawiam się nad przejściem do konwencji czysto historycznej, ale od dawna w głowie dojrzewa konkretna opowieść, nie wspominając o herosach rodem z mitologii ;)

              1. Errabundi

                @bosman_plama

                Praca, kierat, gry skutecznie odciągają od dodatkowego zajęcia :) A że i tak żyję z pisania, powieść niejako schodzi na drugi albo nawet trzeci plan i traktuję to bardziej hobbystycznie. Problem polega na tym, że pewne sprawy muszą wreszcie ujrzeć światło dzienne, stąd więcej samodyscypliny.

                Ogłoszę, jak będę na tym samym etapie, co Ty :)

              2. ixtern

                @Errabundi

                Niezły cykl fantasy na pograniczu epoki brązu i żelaza to „Korona Gwiazd” Kate Elliot. Tzn. narzędzia z żelaza już tam istnieją, ale są cenną rzadkością. Szkoda, że wydano u nas tylko trzy czy cztery tomy z siedmiu. I jest to jeden z niewielu cykli fantasy, gdzie jest sensowny system ekonomiczny – nie to, co w grach komputerowych, gdzie złoto leje się strumieniami monet.

          1. ixtern

            @furry

            Prawie :) Nauka wymaga jeszcze teorii, która będzie zgodna z powtarzalnym eksperymentem. Ale z grubsza na tym polega różnica dobrej fantasy od byle jakiej, że jest bliższa nauce. Są książki, w których coś postrzegane jako magia okazuje się być technologią, tylko nieznaną bohaterom

              1. ixtern

                @mr_geo

                Zgadza się, rozpędziłem się już poza literaturę. A trzecie prawo Clarka spotyka się dosyć często w fantastyce i to już jest prawie banał. Ciekawsze są eksperymenty skrajne, jak dwa równoległe wszechświaty, jeden z magią, drugi z technologią i w punkcie wspólnym toczą wojnę (Weber i spółka).

        1. MusialemToPowiedziec

          @ixtern

          Akurat dla mnie kiedy magia zostaje sformalizowana to zbliżamy się do science-fiction.

          Posiłkując się Pratchettem – science fiction jest wtedy, gdy smoki zieją ogniem, bo mają azbestowe płuca, fantasy zaś wtedy, gdy smoki zieją ogniem, bo to właśnie robią smoki.

              1. bosman_plama Autor tekstu

                @ixtern

                Nie jestem pewien, czy w „bajkach” (swoją drogą nie zdefiniowaliśmy tego pojęcia i „baką” są zarówno opowiastki Grimmów czy Andersena, jak i HP) nie istnieją reguły świata przedstawionego. Tyle, że autor nie poświęca wiele uwagi na ich opisanie.

                Inna sprawa, że np. Wegner (Robert) też nie szaleje z opisami reguł swojego świata. Czy w takim razie cykl jego opowiadań i powieści to bajka a nie fantasy? Więcej mógłbym powiedzieć o zasadach funkcjonowania świata HP (swoją drogą dość fascynujących, bo magia podlega tam tak silnemu zbiurokratyzowaniu, jak chyba w mało której pisanej na poważnie powieści) niż świata Roberta Wegnera. Czy w takiej sytuacji HP byłby bardziej fantasy niż Wegner?

              2. ixtern

                @bosman_plama

                Trudno mi pisać o Wegnerze, bo go po prostu jeszcze nie czytałem. Aby przeczytać książkę, muszę ją kupić (nie uznaję pożyczania/piratowania). To stawia ostre kryteria jakościowe. A polska fantastyka nieodmiennie mnie zawodzi (z pewnymi wyjątkami). Obcojęzyczna zresztą też.
                HP mimo biurokracji nie posiada cech pozwalających mi uznać ten cykl za fantasy. HP nie może być bardziej lub mniej, jeśli nie jest wcale. Szkoły czarodziejów i pojmowanie magii – jakże różne w HP i u Le Guin, na przykład. Kryteria i granice nie są jednak ostre, stąd trudno o jednoznaczną klasyfikację. Są książki, które można by uznać za bardziej lub mniej fantasy, ale nie jest to HP.
                Cały czas próbuję zdefiniować główną cechę fantasy i trudno mi ją uchwycić, ale wydaje mi się, że jest to realność :) To tylko pozorna sprzeczność. Chodzi o to, by tak opisać rzeczywistość magiczną, by jednocześnie wydawała się realna, możliwa do zaistnienia, z logiką i regułami podobnymi do naszego świata – na poziomie dorosłego czytelnika.

              3. bosman_plama Autor tekstu

                @ixtern

                OK, tu się zgadzamy o tyle, że mnie się wydaje, że takie właśnie fantasy bywa szczególnie interesujące. Ale – jak dla mnie – nie oznacza to, że powieści nie spełniające tych wymagań nie są fantasy, albo są gorszym fantasy.

                Ba, nie w pełni wyjaśniająca reguły swojego świata LeGuin napisała lepsze, w moim przekonaniu, powieści fantasy niż np. Erikson. Z kolei Cook prawie do ostatniego tomu cyklu zwlekał z wyjaśnieniem czym jest Khatovar, a wyjaśnienie to znacznie zmieniało obraz świata.

                Powieści fantasy bywają powieściami „o czymś”, albo igraszkami literackimi. Historia o czystej rąbance może mieć konsekwentniej – na pierwszy rzut oka – opisany świat, ale być słabszą powieścią niż np. powieść Mieville’a wykorzystującego metaforyczny opis świata fantasy dla przedstawienia swoich ideologicznych cech.

              4. Twoja_Stara

                @ixtern

                Nie rozumiem jednego – dlaczego na sile starasz sie do rzeczy przypiac latke?
                Czy tak wazne jest zeby powiedziec: to jest 100% fantasy a to jest nie fantasy, czy sci fi, czy powiesc romantyczna?
                Granice gatunkow sie zacieraja, szczegolnie tak niematerialnych jak sci fi i fantasy wlasnie, wiec po co sie upierac?

              5. ixtern

                @Twoja_Stara

                Granice może i się zacierają, ale reguły dobrego pisania pozostają wciąż te same. Dla mnie klasyfikacja do fantasy to nie łatka, ale raczej stempel aprobujący pracę twórcy – że wykonał ją przyzwoicie. Co do mieszania gatunków – rzadko kiedy efekt końcowy jest zadowalający. Nie trzymanie się reguł definiujących dany gatunek jest z reguły wynikiem niechlujstwa lub braku kompetencji autorów, rzadziej – świadomym zabiegiem. Zresztą jestem w stanie zaakceptować każde złamanie zasad, o ile w zamian dostanę nowy ich zestaw, spójny, logiczny i w miarę kompletny. Głównym problemem jest wiarygodność kreacji, co przy mieszaniu gatunków często po prostu leży i kwiczy.

              6. bosman_plama Autor tekstu

                @ixtern

                Może czytałeś kiepskie powieści? Jasper Fforde opisał świat, w którym tajne służby potrafią i cofać się w czasie (SF) i przenikać do treści powieści, a nawet poezji (eee…. fantasy?). I jest to naprawdę znakomity cykl, choć warto znać jako tako klasykę literatury angielskiej, żeby naprawdę dobrze się przy nim bawić. Pratchetta nie trawisz, ale on niezwykle inteligentnie i interesująco opisuje przemianę świata z magicznego w biurokratyczno-industrialny. Może sobie tego nie założył na starcie i dopiero w trakcie tworzenia kolejnych tomów uświadomił sobie co robi? Nie wiem. nawet, jeśli tak, to to uświadomienie spłynęło nań dość szybko, bo już w tomach o Cohenie barbarzyńcy wyraźnie powiedziano, że stary świat odchodzi.

                Mieszanie gatunków stwarza niesamowite pole do popisu i daje szansę fantasy, na wyjście poza poetykę różdżki i szpady. Owszem, bywa trudne, bo wielu autorów wychodzi z założenia „a przyprawię trochę tym, trochę tym i wyjdzie fajnie, bo mag będzie strzelał z rusznicy”. Ale bywa też fascynujące.

              7. ixtern

                @bosman_plama

                Owszem, czytałem kiedyś dużo kiepskich powieści. Pratchetta nie trawiłem ze względu na powtarzalność, a co za tym idzie, nudę. Barwny język jest ok, ale pisanie w tym samym fajerwerkowym stylu przez wiele tomów jest po prostu męczące. Przeczytanie jednego Pratchetta raz na rok bywa zajmujące, całego cyklu ciągiem – już nie.
                Mieszanie gatunków – zgadzam się, stwarza pole i daje szansę. Tylko co z tego, kiedy autorzy grzebią te szanse. Bo mieszanie jest o wiele trudniejsze, niż gatunkowe getto. Komplikacja zależności twórczych o rząd wielkości.

              8. projan

                @ixtern

                Zdaje się, że zarzucasz pisarzom fantastyki że mają wyobraźnię i wyłamują się poza schemat, reguły ustanowione w danym gatunku. Dla mnie brzmi to jak paradoks.
                W muzyce (bo akurat recenzowałem) rozwijanie pomysłów danego gatunku uznaję za plus. A przecież literatura fantastyczna jak żadna powinna łamać schematy.
                Ja rozumiem, że recenzenci wolą szufladki i „stare, dobre…” ale jakie tak naprawdę ma znaczenie co autor pisze? Żadne. Ważne jest jak. Wiem, napisałeś „jestem w stanie zaakceptować” ale u Ciebie to brzmi jak akceptacja aberracji.

              9. ixtern

                @projan

                Nie da się porównać twórczości muzycznej i literackiej. Choć…może trochę. Tu i tam bywają eksperymenty. Problem w tym, że zazwyczaj nieudane. Ktoś splunie stekiem dźwięków i od razu mamy to uznać za muzykę? Odpady procesu twórczego uznawać za pełnoprawne dzieła? Nie, dziękuję.
                Ja zarzucam, że mają wyobraźnię? Ależ jest dokładnie przeciwnie, to co kładzie większość fantastyki, to brak wyobraźni twórców. Wyobrażają sobie coś nowego, ok, ale potem po prostu nie są w stanie wyobrazić sobie konsekwencji swoich założeń, w związku z czym ich dzieła stoją na glinianych nogach niespójności. Wystarczy, że czytelnik kopnie pomyślunkiem…

              10. projan

                @ixtern

                Zazwyczaj nieudane? Ja nie mówię tworzeniu byle jakich dźwięków tylko o eklektyźmie gatunkowym. O prawdziwym tworzeniu, bo nieograniczonym ramami zewnętrznymi. Ty mówisz na to odpady? Mogę ci wymienić tysiące dobrych zespołów muzycznych mieszających gatunki zaczynając od Faith No More (jeśli chodzi o rockowo – metalowe granie) przechodząc przez Thrice, Toola czy Korna (który zdefiniował nowy gatunek) do powiedzmy Devil Swing Orchestra, czy Ninjaspy. Czy serię „Uczta wyobraźni” tez zaliczysz do odpadów? Beznadziejne utwory można popełnić także w obrębie gatunku i takich też jest mnóstwo. Może ty po prostu tak masz, nie lubisz jak mieszają i tyle, ale nie mów że większość to crapy.

              11. ixtern

                @projan

                Tak to jest, jak się wyraża ogólnikami. Miałem na myśli eksperymenty na gruncie muzyki poważnej. Tzw. „gatunki” muzyki rozrywkowej w gruncie rzeczy nie różnią się na tyle, by je było warto kategoryzować na podstawie niuansów. Toteż dla mnie ich mieszanie nie jest jakimś zdecydowanym eksperymentem. Być może dlatego, że znam tylko dwa rodzaje muzyki: dobra (ta, które mi się podoba) i zła (reszta) i nie ma tu znaczenia, czy chodzi o muzykę poważną, czy heavy metal. W literaturą w zasadzie jest podobnie, ale tu lubię szufladki.

        1. bosman_plama Autor tekstu

          @aihS

          Podpisane papierowe na pewno będą do wygrania w gikzowym konkursie. A poza tym, to się zobaczy. Na Pyrkonie będę, więc jak mnie ktoś dorwie w którejś z poznańskich knajpek, albo przy okazji prelekcji na temat „krwawej zemsty u Słowian”, to też mu podpiszę:).

          1. Madmortigan

            @bosman_plama

            Oprócz prelekcji „Krwawa zemsta u Słowian”, w programie pojawi się osobna prezentacja książki w której autor opowie o niej i o świecie przedstawionym.

            Na imprezie autor będzie podpisywać egzemplarze w twardej okładce.

            Co do próbnego wydruku (z gołą zmorą), tak jak w świecie powołanym przez Pawła, brak Waszej wiary spowodował katastrofę.

              1. bosman_plama Autor tekstu

                @aihS

                Bo taka krytyka pojawiała się nie tylko tu. Ale psst. – wykładnia „siły gikza” jest obowiązująca.

                Przy czym mnie się ta nowa okładka podoba bardziej – wydaje mi się dynamiczniejsza, plusem jest także to, że postać kobieca zyskała mocną mimikę.

              2. urt_sth

                @aihS

                Zdecydowanie brak, bo przecież pół naga dziewica rozpięta na narzędziu tortur, lub z narzędziem do zadawania bólu (orężem znaczy ) w swej smukłej dłoni toż to klasyk klasyków w gatunku. Nikt by się przecież nie oburzał, gdyby nie była tak ohydnie wykastrowana.

                Nie wiem czy tu ktoś oburzał by się na szczucie cycem, gdyby taki cyc był pełnokrwisty i z właściwą sobie fizyką ;)

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @mokraTrawa

      Wersja przedpremierowa zawiera niższą cenę.
      Pierwotnie istniał chytry plan, by pierwszy rzut, liczący zaledwie kilkadziesiąt egzemplarzy, wydrukować z pierwotną okładką. Jednak ktoś z Gikza rzucił chyba jakiś urok, bo ów wydruk wyszedł, jak słyszałem, fatalnie.

      Edycji kolekcjonerskiej nie będzie (może za dziesięć lat?;) ). Będzie za to wydanie w twardej oprawie. Ale to dopiero od Pyrkonu (końcówka marca).

  2. teekay

    Gratuluję wydania (chyba) pierwszej powieści. :) Wraz ze wzmożeniem ostatnimi czasy igrzyskowych ekscytacji z powodu naszych złotych medali, rośnie odsetek bezdennie głupich pytań zadawanych przez dziennikarzy do utytułowanych zawodników. Przez wzgląd na tę podniosłą chwilę, jaką bezsprzecznie jest oficjalne ogłoszenie Twojego książkowego debiutu, postanowiłem, że nie mogę być gorszy.
    Oto więc moje pytania. Nie, nie liczę na (mądre) odpowiedzi. W ogóle na nic nie liczę.
    1. Czy są momenty?
    2. Czy główna postać Twojej powieści wolałaby walczyć przeciwko kaczce wielkości konia, czy setce koni wielkości kaczki?
    3. Skoro jesteśmy przy zwierzętach, to czy różnica między koniem a koniakiem, jest taka sama jak między goblinem a gobelinem?
    5. Jeżeli Boga nie ma, to jak wyjaśnić wschód słońca?
    6. Co zmusiło Cię do zostania kryptofaszystą i kiedy przestaniesz bić żonę?
    7. Czy Twój kot kupowałby whiskas?
    8. Skąd wiem, że nie odpowiesz na pytanie z nr 4?

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @teekay

      1. Jest wiele momentów, przy czym są to momenty różnej treści. Jest więc moment grozy i zaskoczenia, a także moment samego zaskoczenia i chyba pół momentu tkliwości.
      2. Obstawiam kaczkę wielkości konia, ponieważ w takiej walce można zużyć mniej amunicji (pod warunkiem, że się trafia) a amunicja kosztuje. Choć prawidłowej odpowiedzi powinny udzielić prawdziwe autorytety – czyli brodaci łowcy kaczek z amerykańskiego serialu, którego powodzenie pozostaje dla mnie tajemnicą wielką jak zagadka kariery tego drania Strusia Pędziwiatra.
      3. Oczywiście, że nie. Ale nie napisze wyjaśnienia, które przyszło do głowy, bo w połowie zdania coś zrozumiałem.
      5. Dawno nie widziałem żadnego wschodu słońca, więc nie wiem, czy to nie jakaś ściema.
      6. Jej niezrozumiały opór i jak tylko zrozumie, że ja mam rację.
      7. W żadnym wypadku.
      8. To złożona kwestia, jej wyjaśnienie wymagałoby więcej niż pięciu zdań.

  3. serafin

    Po pierwsze gratuluję i życzę żeby się rozeszło w tysiącach egzemplarzy, po drugie jednak wybacz, ale w tym nie pomogę, bo raz, że po trzech książkach Wegnera mam dość polskiej fantastyki na przynajmniej rok a dwa, że zupełnie nie kupuję tej menażerii na sterowcu – każda z postaci wydaje się być tak wyjątkowa, że mogłaby być bohaterem osobnej książki. Za dużo grzybków w barszcz po mojemu.

    Baj de łej tej całej rozmowy o fantasy i science-fiction, ostatnio połknąłem cykl Destroyermen (u nas Niszczyciel, chyba 4 pierwsze tomu wydali w PL) o marynarzach z niszczyciela z II wojny światowej, który trafia do alternatywnego świata, w którym dinozaury nigdy nie wyginęły. Quasi space opera z nieco innym tłem, głupiutka, z papierowymi bohaterami i przewidywalną fabułą, ale tak napisana, że nie można się oderwać. Polecam, jak ktoś cierpi na bezsenność lub chciałby nie spać w nocy :)

    EDIT: I jeszcze z dziwnych połączeń, bo fantasy i science fiction są zbyt mainstreamowe – Ex-Heroes, Ex-Patriots i Ex-Communication, małe książeczki z wartką akcją o superbohaterach walczących z apokalipsą zombie. Brzmi durnie, ale wchodzi jak zimne piwo w upalny letni wieczór.

      1. serafin

        @bosman_plama

        Pierwszy tom opowiadań naprawdę niezły, choć nieco zbyt nadęty. Drugi rozwlekły i mocno nudny miejscami. Powieść była taka sobie, bohaterów dużo ale żadnego pogłębienia, akcja rozwijała się dość powoli, opisy bitew plastyczne, ale mało emocjonujące, zwrot akcji i wielka niespodzianka fajne, ale znów bez emocji. Ogólnie cały czas trzymało mnie to na dystans, niezłe czytadło, ale żebym się nie mógł doczekać następnego tomu czy coś, to nie bardzo. Ale nie przejmuj się moją opinią, ostatnio próbowałem na przykład czytać Czarną Kompanię, dla wielu kultową, a mnie znudziła po jakichś 3 tomach… to znaczy, znudziła dużo wcześniej, ale parłem do przodu, bo skoro tylu się zachwyca, to musi w tym coś być. Ale nie było :D

        Nie podobał się Niszczyciel? Damn, może ja jestem skrzywiony, bo mnie kręci wszystko w czym jest technika wojskowa z II WŚ :D Nawet ten śmieszny cykl Turtledove’a mnie wciągnął :)

        1. bosman_plama Autor tekstu

          @serafin

          Nie „nie podobał się” („Niszczyciel”), ale nie podobał się na tyle, żebym wywalał kasę na następne tomy. To bardzo przyjemne czytadło, ale jak człowiekowi brakuje miejsca na półkach a złocisze musi dzielić pomiędzy różne zainteresowania, to zmuszony jest do dokonywania selekcji. I „Niszczyciel” wyleciał, bo w sumie nic oryginalnego w tej serii nie ma, to jeszcze jeden John Carter na Marsie czy też wariacja na temat „Wojny skrzydlatych” Andersona, tylko trochę inaczej.

          Wegner ma rzeczywiście lepsze i gorsze momenty w swoim cyklu. Ja jestem fanem Północy. Południe ma mocne momenty, ale już Wschód podobał mi się mniej a Zachód nie ruszył mnie zupełnie. W powieści Północ spotkała Wschód, ale powieść – inaczej niż opowiadania – nie ma początku, ani końca, to typowa „część środkowa” ze wszystkimi tego minusami. Ponieważ jednak lubię pióro Wegnera i lubię jego bohaterów, to czytałem z przyjemnością.

          1. serafin

            @bosman_plama

            Nie powiem, dobrze się go czyta jak na rodzimą produkcję, dużo lepiej niż Pana Lodowego Ogrodu, którego definitywnie porzuciłem po trzecim tomie, z brakiem nadziei na lepsze jutro, ale to „dobrze” to i tak zaledwie połowa tego „dobrze”, które znajduję gdzie indziej. Jakiś rok temu na przykład czytałem trylogię Pierwsze Prawo Abercrombiego i to jest bez porównania lepsze fantasy, z ciekawszą, bardziej nieprzewidywalną fabułą, lepszymi, przechodzącymi jakieś przemiany bohaterami i bardziej interesującym, choć wcale nie odchodzącym od stereotypów światem. Teraz przymierzam się do Rothfussa, o którym słyszałem dużo dobrego, tylko najpierw muszę dokończyć cykl o Jacku Ryanie Clancy’ego – jestem już w Długu Honorowym, czyli jeszcze jakieś trzy czy cztery pozycje zostały :)

            EDIT: Fakt, niewiele w Niszczycielu oryginalności, ale cenię tę serię za technikalia – widać, że pisał ją gość, który zna się na militariach i wszelakiej broni palnej, który potrafi tę wiedzę w nienachalny, ciekawy sposób przemycić w ramach przygodowej opowiastki (tak jak Clancy zresztą, tyle że Clancy jest w tym o wiele lepszy)

            1. bosman_plama Autor tekstu

              @serafin

              Hehe, ale wiesz, że Clancy dopisał początki podserii do Ryana? I jest tego od cholery, bo Clark zakłada zdaje się Rainbow Six itd.:D.

              Rothfuss to dla mnie pewien zgryz. Zaczyna się jak Rambo (prawie co do przecinka) – wielki, legendarny, wymiatacz chowa się na prowincji, bo ma dość zabijania, ale odnajduje go jakiś facet i rzuca suchara w stylu: „potrzebujemy twojej starej magii, Deckard”. A potem dla odmiany następuje wariacja na temat „Czarnoksiężnika z Archipelagu”. Ale czyta się to na tyle dobrze, że po zakończeniu lektury pierwszego tomu kupiłem drugi.

              Lubię Abercrombiego (przede wszystkim za Krwawego Dziewięć), ale o oryginalność bym go nie oskarżył. Drugiego najmocniejszego bohatera przepisał żywcem z Martina, a świat to taka mieszanka Martina i westernu a’la Sergio Leone (czego kulminacja następuje w „Czerwonej Krainie”, która jest już czystym westernem, tylko z kuszami i mieczami zamiast rewolwerów). Jest to trochę odświeżające, jeśli ostatnim fantasy, jakie czytaliśmy był Tolkien;). Ale to raczej kompilacja popkulturowych wątków. Swoją drogą najlepszy western fantasy, jaki czytałem napisał, moim zdaniem… Cook. Ale on Ci akurat nie podchodzi.

              A czytałeś Scotta Lyncha? Ten z kolei machnął powieść łotrzykowsko-gangsterską w klimatach fantasy i wyszło mu to fajnie.

            2. aihS Webmajster

              @serafin

              Trzeci tom PLO to kpina z czytelnika. Widać, że cięty i skracany na potęgę. W czwartym tomie Grzędowicz zrehabilitował się całkowicie w moich oczach choć gdybym czytał ten cykl na bieżąco a nie zakupił cały pakiet to szlag by mnie trafił i w życiu bym czwartego tomu nie nabył.

          1. bosman_plama Autor tekstu

            @ixtern

            Przymusowe czytanie gniotów to chyba powód, dla którego wielu recenzentów z czasem odpada. Z drugiej strony można dzięki temu zdobyć nieco wiedzy na temat tego, co się na rynku dzieje. Istnieją superpopularne cykle i powieści, po które z własnej woli nigdy bym nie sięgnął:P.

Powrót do artykułu