Zagubiona przyszłość

Ziuta dnia 11 września, 2013 o 21:30    31 

boruń-trepka

W światku literatury fantastycznej modne zrobiło się ostatnimi czasy określenie „fantastyka międzynarodowa”. Oznacza ni mniej ni więcej tylko książki pisane przez nie-Anglosasów.

Dlatego niezmiernie miło było mi słuchać pewnego wieczoru nowego odcinka Code Street Podcast poświęconego właśnie fantastyce międzynarodowej. W pewnym momencie prowadzący powiedział mniej więcej coś takiego (tłumaczenie własne, tekst z pamięci):

„Czytałem antologie klasycznych opowiadań SF i fantasy napisanych w Europie. Niestety wszystkie świeciły światłem odbitym. Właściwie są na świecie tylko dwa kraje, które wytworzyły własną fantastykę, całkowicie niezależną od anglojęzycznej – Polska i Rosja .”

Coś w tym jest i nie tylko to, że przydarzył się nam Lem. Był przedtem i Żuławski który, gdyby jego trylogia ukazała się na Zachodzie, byłby wymieniany jednym tchem z Wellsem, był i polski Lovecraft, czyli Stefan Grabiński (na szczęście trafił do świadomości świata zbiorem „The Motion Demon”). Tych trzech raczej wszyscy znają.

Ale było jeszcze dwóch pisarzy, którzy pokazali, jak robić science fiction nie patrząc na Amerykę. Ba, pewnie nawet nie mieli jak, bo to była połowa lat 50.

Fabuła „Zagubionej przyszłości” zaczyna się od dziwnej oferty, jaką głównemu rządowemu konstruktorowi, Bernardowi Krukowi, składa prezydent Edgar Summersona. W zamian za niesamowicie wysoką zapłatę (dwa procent udziałów w największym z przedsiębiorstw oraz ręka córki prezydenta) ma przebudować miotacze chroniące Celestię przed uderzeniami meteoroidów. Zadanie jest tak dziwne, kosztowne w realizacji i z pozoru nikomu niepotrzebne, że konstruktor postanawia dyskretnie wybadać, jakie naprawdę intencje ma prezydent. Wraz z przyjacielem, astronomem Deanem Rochem, oraz jego dziewczyną, dociekliwą dziennikarką, odkrywają fakty, które decydują zarówno o przeszłości, jak i przyszłości Celestii…

Ale właśnie, co to jest Celestia? – na pewno zapytacie. To międzygwiezdna arka, wirujący dysk o średnicy kilometra, lecący w kierunku planet Alfy Centaura. Zbudowało ją 60 sprawiedliwych na rozkaz Pana Kosmosu, kiedy, w ramach kary wymierzonej na reszcie ludzkości za jej grzechy, oddał Ziemię we władanie Czerwonym Diabłom. Celestia ma ponieść wybranych oraz ich potomków ku nowej ojczyźnie – planecie Juvencie. Jednak wbrew temu, co mówi Biblia, Celestia wcale nie wydaje się najlepszym ze światów. Mieszkańcom doskwiera nędza, choroby i bezrobocie, cenny jod gromadzą w swoich skarbcach potentaci, a o tym, kto sprawuje władzę, decyduje poparcie największych koncernów. Jedyną (acz nikłą) nadzieją zdają się być plotki o dwóch opozycyjnych grupach: Partii Powrotu i Stowarzyszeniu Nieugiętych.

Ćwierć wieku po pierwszym wydaniu „Zagubionej przyszłości” popularność w Polsce zdobyła tzw. fantastyka socjologiczna. W przeddzień stanu wojennego tacy autorzy, jak Zajdel, Parowski, Wnuk-Lipiński czy Oramus, pisali o ułomnych światach, w których szerzy się inwigilacja, ludzie wpadają w matnię pokrętnych wyborów moralnych, a zakłamane jest wszystko, łącznie z prawami fizyki. To samo zrobili Boruń z Trepką, ale wcześniej i z pozycji baaardzo lewicowych.

I jak to jest napisane! Po pierwsze, poznajemy cały przekrój społeczeństwa zamieszkującego kosmiczną wysepkę. Murzynów-niewolników i  członków Wysokich Rodów, bezrobotnych i robotników, dysydentów i oportunistów, brutalnych policjantów i dzieci ulicy. Władza zataja, media szukają sensacji, złota młodzież się bawi, robotnicy strajkują, spiskowcy gromadzą broń, a wyrostki rzucają kamieniami w zamiatającego korytarz Murzyna.

Drugą zaletą „Zagubionej przyszłości” jest wciągająca, awanturnicza fabuła. Nie jest to jedna z tych powieści SF, w których akcja zatrzymuje się, bo autor musi wyłożyć jakąś uczoną informację. Składnik science jest harmonijnie wyważony ze składnikiem fiction, a takie fakty, jak sztuczne ciążenie wywoływane przez ruch obrotowy (wspominałem, że to powieść sprzed równo 60 lat?) czy rozpad łańcuchowy wcale nie spowalniają tempa. Chyba wręcz na odwrót: dzięki fabule czytelnikowi zostaje przekazane sporo informacji z dziedziny fizyki i astronomii.

I wreszcie już wspominana lewicowość. „Zagubiona przyszłość” nie jest na szczęście propagandową, chociaż opisuje kosmiczną rewolucję socjalistyczną. W dobie, kiedy polska fantastyka cierpi na mocny przechył w drugą stronę, archaiczne trochę komunizowanie Borunia i Trepki ma swój urok. Do tego jest w ramach świata powieści całkiem logicznie uzasadnione. Kiedy niedawno za podobny temat wziął się Brytyjczyk China Mieville ( „Żelazna Rada”), to poległ z kretesem.  Nasi górą.

petecki_messier_13v5

Zatem jeśli ktoś gustuje w klasycznej kosmicznej fantastyce, albo chciałby w takowej zagustować, niech się nie zastanawia, tylko sięga po „Zagubioną przyszłość”. Jest to o tyle łatwe, że została niedawno wznowiona, i to dwukrotnie. Jako audiobook (rewelacyjnie czytany przez Jacka Kissa) oraz w ramach serii Archiwum polskiej fantastyki wydawnictwa Solaris (dostępne, niestety, tylko w firmowej księgarni – ale całkiem tanio). To naprawdę jedna z najlepszych fantastycznych rzeczy napisanych po polsku, nie tylko w latach 50, ale w ogóle.

O dalszych losach bohaterów opowiadają powieści „Proxima” oraz „Kosmiczni bracia”. Ale o nich może następnym razem.

Dodaj komentarz



31 myśli nt. „Zagubiona przyszłość

  1. Makbeton

    wiecie jak człowiek czasami robi zabawne rzeczy po pijaku ( na przyklad na imprezie z kumplami w pewnym momencie stwierdza ze chce miec na glowie irokeza) , wczoraj znalazlem flaszke zubrówki i sok jablkowy … w sklepie i tak sobie radosnie popijajac jechalem tirem (w grze ) . No i tak jade i jade i zapierniczam 140 z ladunkiem i mijam te samochody ,calkiem sprawnie przyznac musze. I nagle slysze bo akuratnie stalem w korku (w grze ) z lazienki odglos hmmm szybo rozdzieranego rzepa wiec wpadam tam i patrze zona depiluje sobie nogi woskiem. To dre sie „ja tez chce” naturalnie zeby sprawdzic czy boli nie zeby chodzic na koncerty bibera. Okazalo sie ze kurde boli jak skurwysyn i nie chodzi o golen bo tam ponoc boli mniej tylko na udzie bo tam boli bardziej.

  2. dywyn

    Przesłuchałem cała trylogię. Wspominam ją bardzo dobrze i polecam każdemu, kto lubi i trawi stare SF. Szczególnie trzeci tom i romantyczna podróż po Antarktydzie wspominam szczególnie miło i sam nie wiem dlaczego.
    W sumie fajna gra mogłaby z tego wyjść.

Powrót do artykułu