Pięć zdań podróżnych na piątek

bosman_plama dnia 7 lipca, 2017 o 8:35    10 

tytpod

To znaczy, mam nadzieję, że to piątek. Jak zwykle podczas podróży pogubiłem dni tygodnia. Ostatnio najpierw zabijała mnie praca (a właściwie prace), potem zbierałem się do wyjazdu, potem nareszcie wyjechałem. W efekcie więc nie grałem w nic. Nie, żeby zmieniło się to podczas podróży. Ale ona podsunęła mi kilka pomysłów co do gier.

Pomysł pierwszy: gra w przejście graniczne. Nie, nie chodzi o symulator celnika rozgrywającego z kierowcami i tajnymi agentami wielką łapkówkarsko – przemytniczą aferę. Albo przygodówkę o samotnym uczciwcu, który na trop takiej afery wpada. Też mogłyby być ciekawe, ale nie o takie emocje mi chodzi. Nie, po doświadczeniu granicy węgiersko – serbskiej, czyli tej, za którą marchewka znów jest warzywem i nikt nie mierzy krzywizny banana, myślę, że gra w przekraczanie granicy to temat do odkrycia.

03

Z braku zdjęć krwawych, bulwersujących i dramatycznych wklejam takie se obrazki wakacyjne. Może rozdrażnią tych, co czytają niniejszy wpis w biurach…

W naszym przypadku doświadczyliśmy tam wojny, ale także niezwykłego poczucia bitewnej łączności z innymi. Ponieważ już to opisałem na waszejwinie, tu przekleję (wiecie, wakacje, lenistwo) bitewne fragmenty.

„To cwaniacy z prawego przyprawiali nas o nerwowość. O ile bowiem dwa nasze pasy poruszały się w ślimaczym tempie kolejki, to pasem prawym kierowcy gnali przed siebie, jakby żadnej granicy przed nimi nie było. Ignorowali nas i nasze zasady.

Bardzo szybko doszliśmy do wniosku, że ślimacze tempo, w jakim się posuwamy, to ich wina. Gdyby bezczelnie nie zapychali wąskiego gardła przejścia, kolejka przesuwałaby się szybciej i sprawniej. Kierowcy z prawego pasa stali się naszymi wrogami. Patrzyliśmy na nich z pogardą i wrogością. Oni jechali, my staliśmy. Nawet nie rozważaliśmy możliwości dołączenia do nich. Porzucenia naszego pasa i pojechania przed siebie, licząc, że uda nam się wepchnąć.

 (…)

Po dwóch godzinach, w trakcie których dotarliśmy do tego, co uważaliśmy za wąskie gardło przejścia wrogość zmieniła się w wojnę.

(…)

DSC_0513

 Cwaniacy z prawego pasa dotarli do miejsca, w którym nie mogli już gnać przed siebie. Teraz, aby poruszać się dalej, musieli wjechać na nasz pas.

 Zwyczajnie uprzejmość nakazuje wpuszczać nieszczęśników, którzy utknęli na niewłaściwym pasie. Ale po dwóch godzinach obserwowania jak tamci ignorują zasady i cwaniacko mijają nas, zmęczonych, powolnych, zamkniętych w korku i sfrustrowanych, nikt nie miał ochoty na uprzejmość. Ani my, ani chyba Albańczyk przed nami, ani grupa młodych kolesi przed chyba Albańczykiem. Ci dla oszczędności paliwa zgasili silnik swojego mini vana i co jakiś czas przepychali niewielki samochodzik o kilka metrów do przodu. Cwaniaki z prawego pasa szybko zrozumieli, że mogą wykorzystywać ich wahanie, by wbić przed nimi na nasz pas. Ale i młodziaki uczyły się szybko. Zaczęli czujniej wypatrywać wszelkich oznak, że kolejka może ruszyć, choćby o metr. Zwiadowcy nie odrywali wzroku od samochodów przed nimi. Jeśli zobaczyli, że sto, dwieście metrów wcześniej rozbłyskują czerwono światła, że zaczynają pomrukiwać silniki, a długi samochodowy wąż zaczyna drżeć, wołali pozostałych, by napierali na srebrną maskę swojego wozu. W tym czasie strażnicy starali się zablokować cwaniaków.

 Kibicowaliśmy chłopakom. Prawie zagrzewaliśmy ich do boju okrzykami. Ale przecież i sami nie próżnowaliśmy. Gdy tylko orientowaliśmy się, że szykują się do pchania samochodu Radek odpalał silnik. Niechby spróbował zagapić się, spóźnić! Krzyczeliśmy na niego z Tomkiem. „Jedź! Jedź! Jedź!”. Ci z prawej napierali. Starali się wyprzedzać nas w odczytywaniu oznak zmian w kolejce, szybciej odpalać samochody. Niedwuznacznie skręcali na nasz pas. Jakiś facet w samochodzie z polską rejestracją, który godzinę wcześniej minął nas nie zwalniając próbował teraz zagadać jakoś do Tomka. Ten zasunął szybę.

o2

 Nie wolno było zostawić choćby centymetra luzu, bo cwaniaki z prawej strony natychmiast to wykorzystywali. Jechaliśmy więc zderzak w zderzak. Nikt nie protestował w obawie o stłuczkę. Wiedzieliśmy, że musimy być solidarni, twardzi. Nie wolno nam odpuszczać tym z prawego pasa. Każda sekunda wahania, zbytnia ostrożność to klęska. Nagle staliśmy się towarzyszami broni, istną kompanią braci z Turkami, Serbami, Albańczykami z naszego pasa. Nie liczyły się narodowości tych z prawego. Naród środkowego pasa był czujny, zwarty, rozumiał swoją powinność.

(…)

Niemniej udało się. Zwyciężyliśmy. Nasza „ściana tarcz” powstrzymała barbarię. Słodki jest smak zwycięstwa, nawet gdy już wiesz, że nie dotrzesz do Belgradu na czas, gdy okazuje się, że zawalił się plan noclegowy i trzeba na wyścigi szukać zamiany, a tu znika internet, rwą się połączenia w telefonach a baterie w tych cudeńkach techniki rzężą na oparach energii. Bohaterowie są już zmęczeni,.Ty jesteś zły i sfrustrowany, wyczerpany bitwą. Odkrywasz, że zapadła już noc. Martwisz się nadchodzącym roamingiem. Ale wiesz, że wygrałeś. Ci z prawej nie przeszli.”

Całość tutaj, jakby co.

Pomysł drugi. Ten jest nienowy, już kiedyś rozmawialiśmy o czymś podobnym. Ponieważ jednak dziś rano obudziło mnie kolejne trzęsienie ziemi (chyba najsilniejsze z dotychczasowych) przypomniałem sobie o rozmaitych mniej lub bardziej naturalnych katastrofach, które mogłyby uatrakcyjniać grę. Na przykład strzelankę, w której co pewien czas pojawiają się drobne wstrząsy, jak te, których doświadczam właśnie w Ohridzie. Nic złego nie robią, choć można zostać pechowym snajperem, jeśli następują gdy akurat celujemy. Ale są i gracz z czasem się do nich przyzwyczaja. A w finale okazuje się, że stanowiły zapowiedź czegoś potężniejszego i musimy ścigać bossa strzelając się z jego siepaczami w paskudnych doprawdy okolicznościach przyrody. Domy walą nam się na głowy, ziemia rozstępuje pod stopami.

cerw

W grach wykorzystywano już np. burze piaskowe (w Uncharted3 można się w takiej zgubić, a w Spec Ops The Line piasek stopniowo pożera miasto). Fahrenheit straszył nas niepokojąco nasilającymi się zawiejami śnieżnymi. Life is Strange ładnie wykorzystywało tornado – nie tylko wpisywało je w fabułę, ale jeszcze kazało nam zasuwać przez ogarnięte nim miasto i decydować czy będziemy pomagać jego mieszkańcom. Jednak wciąż dałoby się tego typu zjawiska wykorzystywać mniej lub bardziej oryginalnie.

I tyle inspiracji na dziś. Możliwe, że za tydzień, w Albanii, znajdę jeszcze coś nowego. A jak Wasze urlopy i wypoczynki?

Dodaj komentarz



10 myśli nt. „Pięć zdań podróżnych na piątek

  1. Fantus

    Pierwszy pomysł, pierwsze zdanie i już z siłą 16 ton uderza oczywiste skojarzenie – Papers Please. Nie wiem czy szanowny kolega miał okazję spróbować? Ten tytuł zajmuje u mnie zaszczytne, pierwsze miejsce w kategorii: „Jak opowiedzieć ciekawą historię używając jak najskromniejszych środków”. Coś jak dziecięce buciki Hemingwaya. Genialna.

Powrót do artykułu