Znów pięć zdań piątek

bosman_plama dnia 2 września, 2016 o 9:21    55 

koby

Pierwotnie tytuł miał brzmieć: „o przebrzmiałej sprawie”, ale był za długi i od razu mówił, czego wpis może dotyczyć, więc uznałem, że lepiej zagaić do Was bardziej niedookreślenie i tajemniczo.

A w ogóle to: cześć. Tak jest, żyję, nie uciekłem z Gikza, a jedynie z pisania jednej książki na deadline przeszedłem w pisanie drugiej, poszlajałem się trochę i takie tam. Przez miesiąc postaram się pisać jak dawniej, a potem znowu się szlajam, więc zobaczymy jak będzie. Ale teraz, przejdźmy do sprawy przebrzmiałej, bo z okolic początku tego tygodnia. Tak jest, w internetach to prawie w średniowieczu.

Tak jest, będzie trochę o Sapkowskim. Nie chciałem Was o tym uprzedzać w leadzie, bo wiem, że trochę o tym już pogadaliście, więc po co od razu zniechęcać?

Co powiedział AS, wszyscy chyba wiedzą. Rzucił taki sobie dowcip o tym, że nie bardzo zna ludzi, którzy grają, ponieważ obraca się w kręgach ludzi inteligentnych, oraz puścił parę grubszych słów na temat tego, jak to gry ponoć mu bruździły i kto wie, może nawet popsuły trochę sprzedaż książek, a nawet jeśli pomogły to niewiele. Internety od tego zawrzały, czemu się trudno dziwić, bo bądźmy szczerzy, internetom nie trzeba wiele by zawrzeć. W skrócie można napisać, iż większość ludzi dała wyraz swemu przekonaniu, że AS to niewdzięczny pyszałkowaty cham. Niektórzy skwitowali sprawę wzruszeniem ramion starych ramoli lubiących podchodzić do rzeczy świata tego na chłodno i spoglądając z głębi swych zakurzonych doświadczeń rzucać: przecież on zawsze taki był, czym się tu ekscytować?”. Ostatecznie znaleźli się tacy, którzy pisarza bronili, bo przecież należy się odpierniczyć od gościa, który takie fajne rzeczy napisał a w ogóle to jest inteligentny i poszli wy wszyscy krytycy won.

pan wo

Tymczasem rzecz jest – tak sadzę – ciekawsza, niż może się na pozór wydawać.

Sapkowski ma dziś lat 68. Gdy się rodził, kawałek bomby bądź pocisku można było w Polsce wykopać z ziemi równie łatwo jak ziemniaka, po lasach wciąż ukrywali się ludzie z karabinami, filmy kręcono wyłącznie czarno białe, polskie radio nie puszczało jazzu (rocka jeszcze nie było o hip hopie nikt nie śnił w najczarniejszych snach a za disco polo robiły orkiestry w remizach). Diabli wiedzą kto wówczas ogłaszany był największym polskim pisarzem. Może Wanda Wasilewska, napisała wszak powieść dla młodzieży? Wiadomo, kto był nim dla dorastającego Andrzeja Sapkowskiego: Henryk Sienkiewicz. AS musiał ekscytować się planami zekranizowania Trylogii równie mocno, jak my wieściami o tym, że Bagiński kombinuje nad ekranizacją Wiedźmina. A właściwie bardziej. Pewnie poszedł na Pana Wołodyjowskiego do kina i zobaczył  go w kolorze. A serial telewizyjny już oglądał w czerni i bieli. Nie dlatego, że tak nadawał  program telewizor (jeśli miał telewizor), ale dlatego, że ten serial nakręcono właśnie tak.

rubin

To już jest supernowoczesność: Rubin. Na nim po raz pierwszy oglądałem telewizję w kolorze. To na samym dole to pokrętło zmiany kanałów, jak widać inżynierowie przewidywali, że w niedalekiej przyszłości może być ich aż dwanaście! Nieco wyżej regulator dźwięku, potem suwaki odpowiadające za kontrast, jasność i takie tam, a jeszcze wyżej suwaki pozwalające zmieniać nasycenie kolorów.

Swoją drogą – jeśli miał telewizor. Bo małoletni AS mógł go nie mieć (tzn. jego rodzice mogli go nie mieć).

Kiedy chodziłem do szkoły, nauczyciele języka polskiego w kółko opowiadali o starciach kolejnych pokoleń pisarzy oburzonych ideami, które opętywały poprzedników. Każda epoka literacka miała mieć swoich proroków zaciekle zwalczających proroków tej powszedniej. Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku i na początku tego wieku, wychowany być może przez podobnie opowiadających o literaturze nauczycieli Maciej Parowski, pisywał w miesięczniku Fantastyka o „generacjach fantastów”. Oto zdaniem Parowskiego polską fantastykę dawało się podzielić na generacje twórców. Jedni mniej lub bardziej nieśmiało uznawali dyktat Lema i nie wyobrażali sobie, że można pisać inaczej, niż poważnie i intelektualnie oraz wyłącznie naukowo – kosmicznie. Po nich przyszli ci, którzy wyrwali się z cienia mistrza i zaczęli pisać o otaczającej ich rzeczywistości, tworząc w ten sposób naszą lokalną odmianę fantastyki socjologicznej. Potem przyszli kolejni, a wśród każdej „generacji” dało się wyróżnić pewne wspólne prądy. Nie macie pojęcia, jak z kumplami ze szkoły buntowaliśmy się przeciw takiej klasyfikacji, wieszając na pomysłach Parowskiego psy – zawzięte i kąsające wściekłe kundle.

parowski

Parowski to facet, który też był rewolucjonistą. Możemy się teraz uśmiechać z niedowierzaniem, ale żeby kiedyś, dawno temu, pokonać drogę od pisarza pełną gębą do scenarzysty komiksu, trzeba było myśleć nieszablonowo. Bo przecież komiks to rzecz gorsza, prawie tak nikczemna jak gry. 

Czemu o tym wszystkim piszę? Ponieważ nasi mistrzowie fantastyki, autorzy i krytycy, na których dokonaniach się wychowywałem, którzy bywali dla mnie autorytetami, albo ważniakami, z którymi lubiłem się nie zgadzać, dobiegają obecnie siedemdziesiątki, bądź kręcą się w okolicach sześćdziesiątki i dorastali w czasach, w których często nie mieli nawet w domach telewizorów. Kiedy pojawiły się samochody rozwożące po polskich podwórkach telewizory z podczepioną do nich maszynką robiącą pong i mogli zagrać sobie w odbijanie kwadracika przy pomocy dwóch kresek, część z nich dobiegała czterdziestki bądź ją przekraczała. Oczywiście, ludzie po czterdziestce to jeszcze nie żywe trupy pozbawione ciekawości świata. Zapewne więc z ochotą pograli w Ponga. Ale większość z nich nie była w stanie doświadczyć rewolucji, jaka wybuchła dopiero kilkanaście lat później. Bo nawet jeśli kupili np. atari by cieszyć się monochromatycznymi przygodami, to posmakowali w ten sposób zaledwie zapowiedzi tego, co miało nadejść i zgruchotać ich świat. Wciskając klawisze, by przez zwały ziemi i kamieni dotrzeć do diamentów ludzikiem tupiącym ze zniecierpliwienia nóżką, ilekroć przerywali grę na zbyt długo, nie sądzili nawet zapewne, że oto gapią się w wyłupiaste (telewizory były wówczas kineskopowe) oko bestii, bezlitosnej i nienażartej.

Boulder_Dash

Dlatego większość z nich nie rozumie ani co się stało, ani jak mogło się to stać. Mogą być najinteligentniejszymi ludźmi pod słońcem, błyskotliwymi szermierzami ripost i tkaczami najpiękniejszych gobelinów słów. Mogą znać na pamięć literackie opracowania krytycznoliterackie od czasów Arystotelesa, o którego tezach są w stanie dyskutować z profesorami filozofii jak równy z równym. Mogą wreszcie wyłapywać konteksty i podteksty, których większość z nas nie zauważy. Mogliby nam opowiedzieć o narracji w grach i ich kulturowych korzeniach takie rzeczy, że byśmy ich nawet nie pojęli. Ale większość z nich nigdy nie czuła ekscytacji gdy chwytała za myszkę bądź pada. I mogą pojmować co się dzieje, tak jak ekspert od atomów pojmuje skład pysznego piwa, ale nie rozumie o co to całe zamieszanie z piciem chłodnego napoju w gorący dzień.

blade runner

A prawda jest taka, że fantastyka growa ukazuje się dziś w o wiele większych nakładach, niż największe nawet bestsellery książkowe. To ona rządzi duszami i umysłami fanów. To ona wreszcie, coraz częściej skłania do refleksji nad człowieczeństwem i przyszłością oraz kondycją ludzkości miliony odbiorców. Może cykl Martina stanowiłby wyjątek, chodź nie sądzę, by pobił rekordy sprzedaży np. CoDa (a jak mamy porównywać  to porównujmy bestsellery o podobnej sile rażenia dla każdego medium). Trudno też sprowadzić dziś grową fantastykę do zwykłego naparzania. Deus Ex może być, u źródeł grą osadzoną w niezbyt oryginalnym klasycznie cyberpunkowym settingu, ale jest też grą, która ewoluowała wraz z fantastyką i doszła dziś do epoki transhumanizmu i stawia pytania podobne do tych, jakie stawiają u nas np. Dukaj czy Cezary Zbierzchowski (Holocaust F). Jasne, ich wizje są potężniejsze od wizji DE, potrafią oszołomić rozmachem, o jaki gra się nie pokusiła. Ale może: jeszcze się nie pokusiła? U Zbierzchowskiego są i mechy i cyborgi, są podróże świadomości między nimi i potężne bitwy.

deue2

Są jednak także zabiegi i chwyty czysto literackie, które przełożyć na język gry byłoby trudno… Choć wyobrażam sobie np. mini gierki, które mogłyby spróbować to oddać, to kwestia „przetłumaczenia” tej powieści na język innego medium. Bioshock zaszalał z kwestiami ideologii a potem fizyki, mieszając jedno i drugie niczym najlepsi pisarze SF. Life is Strange w nostalgiczny ale i niepokojący sposób opowiada o przyjaźni i młodości. To wszystko fantastyka i to niezłej próby. Ale fantastyka, która opowiada językiem innego medium, fantastyka czasów rewolucji, polegającej na tym, że gry stały się czymś powszechnym. Pamiętacie ten zwiastun CoD, w którym strzelali do siebie wszyscy: od zwykłych obywateli po Kobe Bryanta? Później Sony zrobiło reklamę swojej przenośnej konsolki w tym samym stylu. Obie pokazywały to samo: gry video nie są dla wybranych i dla świrów, grają w nie wszyscy.

lis2

No, chyba, że dorastali w epoce, gdy telewizor w domu to już było coś i nie załapali się na rewolucję. I nie pojmują nowego medium.

Dlatego Sapkowski sądzi, że gry mu raczej szkodziły, niż pomagały. Jeśli chcesz zrozumieć język, którym mówią prawie wszyscy naokoło, musisz spróbować się go nauczyć. A to nie jest proste. Trochę inne obszary mózgu odpowiadają za doświadczanie opowieści w zależności od tego, czy czytamy powieść, oglądamy film, czytamy komiks albo gramy w grę. Trochę inny sposób odczytywania świata jest potrzebny do percepcji powieściowego Wiedźmina, a inny do growego. Żeby Sapkowski docenił grę, musiałby poddać swój mózg treningowi, który przygotowałby go do tego doświadczenia. Ale on nie chce tego robić i prawdę mówiąc trudno mu się dziwić. Bo kto z nas chciałby zacząć trenować by wejść w świat, który nas nie pociąga, którego nawet nie lubimy, a który wymaga od nas wysiłku, gdy my akurat dobiegamy do siedemdziesiątki? Co gorsza jest to świat, który pożera to, co kochamy najbardziej na świecie: słowo pisane.

cakeisalie

Żyjemy w nowej epoce opowiadania fabuł. Kiedyś polonistki będą opowiadać o tym, jak to ideolog starej epoki wygłosił kilka niewybrednych komentarzy na temat epoki nowej i jak wzburzył tych odbiorców opowieści, którzy mówili już językiem nowego medium. Ci, którzy widzą swój zmierzch buntują się przeciw zmianom najbardziej i najgwałtowniej. Chcę być dobrze zrozumiałym: nie piszę, że literatura umiera i zostanie wyparta przez gry (bądź to, co nadejdzie po nich, mówi się wszak już o post grach, prawda?). Ale żyjemy w konsumpcyjnej popkulturze, w której najważniejsze jest to, co najwyżej się sprzedaje i o czym najgłośniej wrzeszczą internety. A to gra Wiedźmin, kto wie, może symbol zmian, sprzedaje się w większych nakładach i o niej w sieci mówi się więcej.

bioshock2

Sapkowski użył języka dość brutalnego. Ale to był grymas człowieka, który widzi i rozumie zmiany, ale się z nimi nie zgadza. Dość rozpaczliwy krzyk miłośnika literatury, która towarzyszyła mu przez całe życie, nie pojmującego jak to coś do zabawy może wyprzedzać popularnością najwspanialsze odkrycie w historii ludzkości: literaturę. Jak miejscami przejmuje od niej pałeczkę medium, przy pomocy którego ludzie porozumiewają się by opowiadać sobie nawzajem coraz bardziej niebanalne historie stawiające coraz poważniejsze pytania. To coś, którego języka nie potrafi używać.

Kto wie, może jego słowa, jak dalekie pozostawałyby od parlamentarnego tonu, powinny zostać zapisane w annałach literaturoznawców?

Dodaj komentarz



55 myśli nt. „Znów pięć zdań piątek

  1. aihS Webmajster

    W tej całej sprawie męczy mnie jedno, skoro Sapkowskiemu przypisuje się iż ta wypowiedź to tylko taki ironiczny prztyczek to czemu odpowiedź internetów jest bezkrytycznie traktowana jako prawdziwe wyrazy oburzenia? Skąd wiadomo, że internet nie żartuje sobie z Sapkowskiego? Anonimowej grupie graczy przypina się łatkę przewrażliwionych półgłówków, którzy dają się sprowokować, ale czy słusznie?

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @aihS

      Tak naprawdę to jest seria wypowiedzi. Np. Chmielarz poczuł się wywołany do odpowiedzi napomknięciem przez ASa, że nie zobaczył kasy za pierwszą grę, która miała powstać na podstawie Wiedźmina.
      Osobiście uważam, że przeceniamy w tym momencie Sapkowskiego pisząc o ironii. To nie była ironia, tylko raczej prosty, zahaczający o grubiaństwo dowcip, który miał wywołać i wywołał rechot słuchaczy.
      Nie byłoby zapewne sprawy, gdyby nie zła sława Sapkowskiego. Ale nie byłoby jej także, gdyby jego ostatnia powieść nie zebrała takich cięgów od czytelników. Myślę, że publikował ją by „odzyskać” Wiedźmina, a dostał cięgi (jak na niego, bo kiedy czytelnicy nie reagują powszechnym entuzjazmem, to tak, jakby zbierał baty), czego się nie spodziewał. Możliwe, że jest więc trochę zły a trochę rozżalony.

  2. Toc85

    „Poprawność polityczna to choroba współczesnego społeczeństwa”
    - Internauci 2016

    „Sapkowski jest gburem”
    - Internauci 2016

    Jeśli ludzi zabolało przypięcie łatki mało inteligentnych to znaczy że pan Sapkowski utrafił w sedno. Nikt inteligentny taką szpilą by się nie przejął, lol ;)

  3. michgre82

    Robienie sobie publicznych dowcipów z inteligencji jakiejkolwiek grupy społecznej jest objawem braku wyczucia, żeby nie powiedzieć chamstwa. Zaś niezrozumienie roli gier komputerowych we współczesnej kulturze (i gospodarce, bo Sapkowskiemu chyba przeszły koło nosa grube miliony) jest obajwem ograniczenia intelektualnego. Człowiek światły rzeczy, których nie rozumie próbuje i nawet jeśli ich nie zrozumie, akceptuje ich rolę. Nawet, jeśli jest mu obca bądź wstrętna.

    Dla mnie Sapkowski jest autorem jednej sagi. (Narrenturm jest zabawny, momentami bardzo, ale fabularnie tak nędzny, że zdążyłem się w nim 7 razy pogubić przed kim główny bohater ucieka i dokąd. ) To nie czyni go wielkim pisarzem…

  4. MHT

    Też bym się wkurzył na jego miejscu. Zabijam swoją postać a ona irytująco nie chce umierać ba nawet radzi sobie całkiem dobrze! ;) Chyba problemem jest też to, że Wiedźmin był jego. No BYŁ. Bo już przestał być i nie ma na to wpływu, mało tego, radzi sobie lepiej niż za jego czasów ;)

  5. Fantus

    Zawsze wyobrażałem sobie Sapkowskiego i Parowskiego jako braci. Jeden kulturalny i umiejący się zachować, a drugi nieokrzesany, chociaż obaj wykształceni. Coś jak książe William i Harry (kurna, co ja gadam?!).

    A pokolenie z tamtych czasów ma prawo „nie rozumieć”. Nie sposób jednak nie docenić tych, którzy przynajmniej się starają i nawet czasem się okazuje, że im się podoba, vide… Kazimierz Kaczor popylający w strategie :-)

  6. mr_geo

    Artykuł zasadniczo o Wiedźminie, bez jednego choćby obrazka z Wiedźmina. Mój dysonans poznawczy ma dysonans poznawczy. :D

    Wiem że wykazuje tu naganny cynizm i w ogóle, ale mam silne przeświadczenie że w całej tej „awanturze” – będącej w rzeczywistości lekkim zmarszczeniem powierzchni w literatce wody (literatce he he, łapiecie ten dowcip?) – chodzi o rzecz tyleż prozaiczną co niezbędną do życia, a mianowicie kasę. Kasę do której maszynką robienia stało się „niepoważne” komputerowe wcielenie Geralta z Nvidii.. wróć! z Rivi. Ku niejakiemu zaskoczeniu obu stron, zdaje się.
    I tak PT Autor i twórca poczuł się niedoceniony za swoje ojcostwo, a z kolei późniejsi akuszerzy sukcesu spod znaku CDPR prawdopodobnie uznali że jednak konfitura należy się im, za ich pracę i wypromowanie produktu. I mamy zgrzyty, bo jedni się czują niedocenieni i wtykają szpile tym co profitują z produktu, zarzucając im miałkość i intelektualną płyciznę, a profitujący czują się dotknięci szpilami wskazując że gdyby nie oni to Autora szpili poza jakimiś „konwencikami miłosników” utopiec z kulawą nogą by nie rozpoznał.
    Rozwiązanie? Chyba nie ma, bo skłonność do marudzenia leży głęboko w ludzkiej naturze. W takich chwilach ciesze się że mogę mieć na to wyłożone i jako stojący z boku po prostu se grać i/lub czytać co i kiedy najdzie mnie ochota… :D

    1. furry

      @mr_geo

      Fakty są takie, że do momentu wydania gry „The Wither 2: Assassins of Kings” mało kto na Zachodzie znał twórczość Sapkowskiego, wydano tylko „Ostatnie życzenie” i „Krew Elfów” (opieram się na źródłach internetowych, głównie amazon i goodreads, nie wiem czy jacyś hipsterzy na konwentach nie wymieniali brulionów z nieoficjalnymi tłumaczeniami i pisali na usenecie). Dopiero po sukcesie gry wydano resztę sagi, a dopiero niedawno drugi tom opowiadań.

      Tak że Autor mówi prawdę, że książki po angielsku były przed grą, ale jakby to powiedzieć… to nie jest tak do końca cała prawda. Choć rozumiem żal, że tzw. niezorientowany czytelnik może traktować jego twórczość jako produkt game-related, co chyba zgadzamy się, nie jest dobre.

      Więc pewnie masz rację, że chodzi o kasę, ale mam wrażenie, że także o „fejm” (co też się przekłada na kasę).

      1. mr_geo

        @furry

        True. Od siebie i z własnego doświadczenia dodam że temu „niezorientowanemu czytelnikowi” z kraju innego niż Najjaśniejsza Rzeczpospolita nie pomaga fakt że trzeba naprawdę dobrego tłumacza żeby zachować bogactwo języka oraz wszelkie smaczki, aluzje i kulturowe odniesienia które występują w oryginale. Co gorsza słaby przekład prowadzi do jego dalszego zubożenia jeśli translacja jest dokonywana z wersji angielskiej na jakąs inną. Miałem okazje zapoznać się z amatorskim tłumaczeniem „Miecza przeznaczenia” na afrikaans, gdzie podstawą do tłumaczenia była wersja angielska. No i chociaż autorka naprawdę się starała, była naprawdę oddaną fanką wieśka, oblatana była w tzw. „kanonie” światowej fantasy i miała niejaką wprawę w tłumaczeniach to było to nędzny cień oryginału. A skoro widziałem to ja, gdzie mój poziom znajomości języka afrykanerów sprowadza się do prostych konwersacji, wspomaganych machaniem rękoma i angielskim (przekleństw i słów obraźliwych nie liczę:P) to tym bardziej oznacza to że taki ‚moedertaal spreker’ jak to przeczyta to powie „Vierdie kak is mors van my tyd en geld” i uzna za niewarte uwagi popłuczyny po grze. No wiem że RPA nie jest zbyt opiniotwórczym rynkiem, ale ośmielam się twierdzić że problem będzie taki sam w innych kręgach kulturowo-językowych.
        W rezultacie wspomniany przez Ciebie „fejm” spłynie na twórce gry która jest ładna, kolorowa i błyszcząca, a jakiś tam „shapkhoski” będzie prawie zupełnie zignorowany.

  7. bosman_plama Autor tekstu

    Tymczasem garść sprostowań od Parowskiego. Otóż okazuje się, że Sapkowski – ocena po wieku – nie czekał na „Pana Wołodyjowskiego”, bo wtedy „był już stary chłop” ale na „Krzyżaków”. Trochę mi to psuje wywód o niedoskonałościach technologicznych, bo z „Krzyżaków” nikt nie zrobił czarno białego serialu;).

    Aha, i komiks też na początku mu się nie podobał.

  8. Redook

    dla mnie najdziwniejsze jest w tym to ze kiedy AS zaczynał pisać wiedźmińskie opowiadania fantastyka była chyba jeszcze uznawana za literaturę ‚goszego sortu’. Czyli gosciu musiał mieć otwarty umysł żeby się tym zajmować a teraz sugeruje gorszy sort kolejnego etapu rozwoju fantastyki. Chyba na prawde musi nie trawić gier, że tak się od tego wszystkiego odciął, aż do tego stopnia że go nie obchodzi co tam CDPR wymyślili fabularnie (no przynnajmniej tak gada publicznie).

        1. Fantus

          @aihS

          A czy ja napisałem, że ta drabinka jest „jednokierunkowa”? :-)

          Każdy patrzy z wyższością na tych pod sobą i gardzi tymi ramolami wyżej :-)

          No i rzeczywiście zapomniałem zrobić rozgraniczenie na końcu, ale już mnie kilka osób poprawiło: pctowcy odreagowują swoje kompleksy na konsolowcach. Ciekawe kto będzie następny :)

  9. borianello

    Z tym Sapkowskim jako wiekim pisarzem, to mam nieco zgryz. Owszem na tle takiego np. Pilipiuka, który jest komplentym grafomanem, wypada świetnie, ale pamiętam, że kiedy się zaczytywałem w Sapku, wielokrotnie trafiałem na zgrzyty stylistyczne.
    Do dzisiaj zapamiętałem , że co 2-3 strony wiedźmin „uśmiechał się paskudnie” i tak przez wszystkie opowiadania.
    Trochę się boję sięgnąć po książki o Wieśku teraz, bo może czar by prysnął?
    Na szczęście czasu i tak brak :)

    1. mr_geo

      @MusialemToPowiedziec

      Nie ma się czego śmiać. Kiedyś w pewnym (nie)dalekim kraju znalazłem angielskojęzyczne wydanie „Solaris”, oczywiście z boskim Żorżem Klunejem z akwarium na łbie pokazanym na okładce. Koleś który te książki w tym bookstore sprzedawał widząc moje zainteresowanie próbował mnie zachęcić do kupna mówiąc że „to jest książka na podstawie dobrego filmu”. Z kamienną twarzą odłożyłem tom na miejsce i wyszedłem. Na zewnątrz był akurat taki poręczny dekoracyjny filarek, w sam raz żeby powalić w niego trochę głową… :/
      W czasie moich pobytów w rzeczonym kraju omijam tą placówkę handlową szerokim łukiem.

  10. jarqlo

    Wiedzmin maj ass że tak zacytuję klasyka :)
    Wraz z końcem wakacji moja półka wstydu pozbyła się jednego z największych i najdłużej zalegających ciężarów – ukończyłem KOTOR 2 po stronie lekko ciemnawej. Ostatnie rozegrane etapy wymęczyły mnie mocno, szczególnie M4-78 i fabryka HK za sprawą biegania w tą i z powrotem i statycznej mechaniki walki, aż rozważałem obejrzenie letsplajów ale wytrwałem i było warto. Mam świadomość że sporo fabuły jeszcze nie poznałem, nie ogarniam np. historii Atris, ale na tą chwilę starczy poznawania.

    Ad meritum tematu – z tego co pamiętam to przy okazji premiery filmu Sapkowski powiedział że nie uczestniczył w żaden sposób w jego powstawaniu, tylko sprzedał prawa do ekranizacji a reszta go nie obchodzi. Podparł to nieobchodzenie jakimś ch.. czy k…

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @jarqlo

      Tak, on przyjął strategię: biorę kasę i niech robią, co chcą. I ona działała, póki inne wiedźmińskie dzieło nie odnosiło sukcesu. Bo gdy gry odniosły, poczuł dziwne uczucie, być może podobne do tego, jakie czują ojcowie, gdy córki przedstawiają im jakiegoś palanta oznajmiając: „on cię teraz zastąpi”.

  11. maladict

    Tak sobie przemyślałem to na spokojnie, i po długim procesie tentegowania w głowie wyszło mi, że nie tak do końca. Znaczy z tymi grami, bo że Sapkowski jest bucowaty to fakt i zapewne czuje rozgoryczenie bo wyszedł na tym interesie jak Włosi na Osi [1]. Nie, chodzi mi o rozumienie medium jakim są gry.
    Przypomniałem sobie bowiem, jak w fandomie pojawili się gracze. Wtedy to jeszcze byli rolplejowcy, zwani pogardliwie turlaczami. I faktycznie tzw. ‚stary fandom’ za cholere nie mógł pojąć kim są ci dziwni ludzie, co przyjeżdżają na konwent a nie chodzą na spotkania autorskie by tamże spijać mądrości płynące z ust uznanych przez środowisko autorów i redaktorów a tylko siedzą w kupach rzucają dziwnymi kostkami i opowiadają wciórności. A Sapek jakoś ich ogarnął. Ba, młodszym gikom przypomnę, że to Andrzej Sapkowski jest autorem pierwszego polskiego systemu RPG. Pewnie, że to było ponad dwadzieścia lat temu gdy Sapek miał mniej lat i wątrobę w lepszym stanie, ale fakt jest faktem.
    [1] Choć OTOH, biorąc doświadczenie z filmem, serialem, systemem RPG i grą karcianą czy nawet komiksem, to trudno mu się dziwić.

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @maladict

      Tyle, że z czasem Sapkowski zaczął się negatywnie wypowiadać i o RPGowcach.
      Jedno (potencjalne) sprostowanie – wydaje mi się, że Kryształy Czasu ukazały się wcześniej niż Oko Yrrrhedesa (musiałem sprawdzić pisownię, bo zawsze myliła mi się ilość tych wszystkich rrrrrrr).

      1. projan

        @bosman_plama

        Sprawdziłem. Pierwsza data która ukazuje się przy Oku to rok wydania w Fenixie – 1990. Kryształy zaś wydane w Magii i Miecz w 1993 roku. Jednakże Szyndler wcześniej rozdawał kopie Kryształów Czasu na dyskietkach właśnie ok. roku 1990, a Oko to nie jest pełny system a głównie mechanika do zastosowania w wymyślonych światach.

        1. bosman_plama Autor tekstu

          @projan

          Kryształy chyba ukazywały się w odcinkach w Razem przed wydaniem książkowym. Ale nie pamiętam, w którym to było roku.
          EDYTA: Wiki nic o tym nie wspomina, więc mogłem się pomylić. Ale grałem w KC zanim ukazało się OY, a na konwenty wtedy nie jeździłem…

        2. maladict

          @projan

          Możecie się ze mnie śmiać, ale wolę wierzyć, że świat jest piękny, ludzie z natury dobrzy a Oko Yrrhedesa było wcześniej niż Kryształy Czasu.
          A na poważnie. Oko ukazało się po raz pierwszy (jako rzecze Projan) w Fenixie w 1990 (objaśnienie i mechanika). Kryształy Czasu ukazywały się w ‚Magii i Mieczu’ od roku 1993 (mechanika, opis świata, ekwipunek, czary, przygody itp
          W 1995 MAG wydał Oko Yrrhedesa w wersji książkowej. Ciekawym zbiegiem okoliczności okładka była dość podobna do opowiadań i powieści Sapkowskiego wydawanych przez SuperNOWĄ. Pełna, książkowa wersja KaCetów ukazała się w 1998, co było pewnym zakoczeniem dla ludzi którzy ok. 1995 zrobili preorder i zdążyli o tym zapomnieć.
          Odpowiadając bosmanowi – KC nigdy nie ukazywało się w Razem, które upadło w 1989. A szkoda.

Powrót do artykułu