Pięć zdań o chaosie na piątek

bosman_plama dnia 12 lutego, 2016 o 8:25    33 

ork

Tytuł brzmi, jakbym miał opowiadać o swoim życiu, systemie układania dokumentów w szufladach albo polityce. Ale nie. To będzie poniekąd trzecia część historii o złych draniach (ale niezupełnie). To będzie historia pełna pytań o kondycję moralną.

Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze chodziłem do liceum, nasza historyczka zadała nam przygotowanie opowieści o trzech wybranych postaciach historycznych, które zrobiły na nas na tyle duże wrażenie, że chcielibyśmy się nim podzielić zresztą świata. Prawdę mówiąc nie pamiętam całej trójki. Na pewno opowiadałem o Cortezie i Drake’u. Trzecia postać przypominała zapewne tych dwu podejściem do życia, ponieważ gdy skończyłem, nauczycielka (była jedną z tych poważnie podchodzących do swojego zawodu) wyraziła przypuszczenie, że nie skończę najlepiej mając takich idoli.

Nie rozumiałem jej. Przecież opisałem po prostu ludzi przedsiębiorczych i odważnych. Rzucających skromne siły przeciw imperiom. To miały być złe przykłady?

cortesElegancki, przedsiębiorczy, kreatywny, realizujący siebie. W czym problem?

Niemniej pomyślałem, jakiś czas później, że coś mogło być na rzeczy. W końcu ilekroć odpalałem kolejne części Warcrafta, najpierw sprawdzałem dostępność scenariuszy dla orków. W Warhammer 40 000 Dawn of War byłem bardzo rozczarowany brakiem kampanii dla zielonych stworków.

Pociesza mnie, że nie jestem samotny. Orki i gobliny z jakichś przyczyn pociągają czytelników, graczy i widzów. Jest coś kuszącego w tej dzikiej bandzie ignorującej próby cywilizowania ich, podporządkowanej prawu furii i podboju, wolnej od rozterek moralnych (no, prawie) i kompletnie szalonej.

Warhammer_Armies_Orcs_&_Goblins_cover2Oczywiście, Rousseau wyjaśnił to już dawno. Gramy orkami z tego samego powodu, dla którego Wyspiański z kumplami jeździli na wieś. Postać dzikusa pociąga nas – krawaciarzy czekających, by światła na ulicy raczyły zmienić się na zielone i przeliczających kasę ilekroć przed naszymi oczami przemknie ferrari. Myślicie, że ork sięgałby po portfel na widok luksusowego samochodu, albo zaczął przeliczać swoją zdolność kredytową? Po prostu wyrzuciłby kierowcę (bez trudu, wszystkie ferrari, jakie widziałem w Krakowie jeździły, ze względu na korki i stan krakowskich dróg, wolniej od stuletnich rowerzystów), a potem rozbił wóz na pierwszym zakręcie. To się nazywa życie!

world_of_warcraft_orcs_and_humans_1Harry Harrison, amerykański pisarz SF, który napisał wiele poważnych powieści, machnął też kiedyś Filmowy wehikuł czasu, powieść o wytwórni filmowej na tyle pogrążonej w tarapatach finansowych, by chwytać się rozpaczliwych sposobów. Jeden z producentów odnajduje szalonego profesora i wymusza na szefie wytwórni, by ten sponsorował ukończenie jego wynalazku – wehikułu czasu. Pomysł, że wehikuł czasu może być tańszy niż nakręcenie filmu może brzmieć szalenie, ale gdy pomyślimy o budżetach blockbusterów… Vremation (tak się nazywa machina) zostaje ukończony, a filmowcy przenoszą się do wczesnośredniowiecznej Skandynawii, by tanio nakręcić tam film o wikingach (nie płacą nic za dekoracje, a wynajęcie statystów jest śmiesznie tanie ze względu na kurs srebrnych grzywien do dolara, nie są też potrzebne efekty specjalne, bo gdy tamtejsi statyści walą, to walą). Przezabawna ta powieść warta jest polecenia, ale rozwinąłem o niej cały akapit  ze względu na jedną scenę. Otóż filmowcy zaprzyjaźniają się z wikingami, a spędziwszy między nimi nieco czasu nabierają ich zwyczajów. Gdy więc wracają do XX-wiecznej Ameryki i zderzają się z obojętnością stróża odmawiającego wpuszczenia ich na teren wytwórni bez jakiegoś świstka papieru, natychmiast jeden z nich znajduje rozwiązanie: „Dajcie mi topór, a otworzę bramę!” – woła.

filmowy-wehikul-czasuTak właśnie jest. Topory i ich niecywilizowane wykorzystanie są atrakcyjne. Każdy z nas od czasu do czasu chciałby pobyć orkiem (albo wikingiem, wielkich różnic między nimi nie ma). Trochę mniej kusi nas zasuwanie na małych konikach w armii Mongołów, ale imię Dżyngis Chana budzi szacunek do dziś. Możliwe zresztą, że ci, którzy oglądają nowy serial o Marco Polo zmieniają zdanie co do zasuwania na małych konikach i popijania ociekającego tłuszczem mięsa kobylim mlekiem, bo według tego filmu każda Mongołka to super laska (i każda zna kung fu – to ostatnie zresztą nie jest żadnym problemem, bo wszyscy w tym serialu znają kung fu i gdybyśmy się przenieśli do jego rzeczywistości, też byśmy je znali).

mongolsWe wszystkich szalonych hordach, czy będą to Mongołowie, Wikingowie czy orki jest coś pociągającego. Gdy się ich ogląda w telewizji czy kinie, albo gdy się gra nimi, bądź przeciw nim, człowiek czuje pokusę, by chwycić topór i zdemolować jakąś wioskę, albo miasto. Nie wiem, swoją drogą, czy istnieje gra o pustoszeniu zdobytego grodu, ale sądzę, że sporą popularnością mógłby się cieszyć tytuł, w którym, w trybie FPP, nie tylko szturmujemy mury, ale jeśli nam się uda, biegamy po ulicach podpalając domy, zabijając ostatnich obrońców i staramy się zdobyć jak najlepsze łupy, zanim zrobią to nasi kumple.

marcopolo

Orkówny z czasem stają się coraz atrakcyjniesze

Oczywiście poniekąd dzieje się tak w każdym cRPGie. Z punktu widzenia umarłych zamieszkujących niekończące się grobowce w Morrowind albo Skyrim, ale także w Baldur’s Gate itp., jesteśmy taką właśnie hordą. Wdzieramy się do ich miasta, mordujemy wszystko, co się rusza i rabujemy łupy. Kłopot w tym, że w tych grach jesteśmy przedstawiani jako ci dobrzy. Nie ma w nas dzikusa, który przybywszy do miasta, wzorem Conana myśli o tym, jakby je obrabować ze wszystkiego co cenne. Nie ma w nas ducha hordy.

warlords_of_draenor_art_580Czy to znaczy, że jesteśmy, jak obawiała się moja historyczka, z gruntu źli? Bynajmniej. Choć z radością zmieniam się w orka w każdej grze, jaka daje mi ku temu szansę, w cRPG zawsze gram dobrymi postaciami (choć, stosując się do opisu jednego z systemów, raczej rzadko praworządnymi). W Cywilizacjach wybieram raczej pokojowe tryby podboju. Jestem cichym, spokojnym, cywilizowanym kolesiem, który tylko w jednym miejscu przechodzi przez ulicę na czerwonym świetle (ale tam zaprogramował światła jakiś tępy psychopata), płaci podatki i krzywdy nie robi nikomu. I nie potrzebuję tego odreagowywać. Ale jeśli mam do wyboru zagrać ludźmi albo orkami…

Dodaj komentarz



33 myśli nt. „Pięć zdań o chaosie na piątek

  1. Kawira

    Dzicz cisnąca imperium, to w sumie tak trochę nasze dziedzictwo narodowe począwszy od Słowian bijących zachód, po Jagiełłę, który na złość całemu światu chrześcijańskiemu rozgromił jeden ze świętych zakonów. A odnośnie Orków – RED WUNZA GO FASTAH

  2. brum75 Czytelnik pierwszej klasy

    Ech.. no ja też w grach to taki bardziej lawful good jestem… A czasem by się tak chciało, nawet nie w grach, tylko normalnie w życiu… Np. wczoraj, Idę spokojnie do domu. A tu nagle na środku chodnika hummer stoi. Wielkie bydle cały chodnik zajmuje. Obok na parkingu miejsc brak to se gościu stanął na środku chodnika. Żeby obejśc dziada w błoto trzeba schodzić.
    A w plecaku całkiem spory scyzoryk. Ależ miałem ochotę wbić mu ostrze w oponkę. Ale pomyślałem ze przez to tylko dłużej będzie ten chodnik blokował i poszedłem. A kurczaki, trzeba było być szeryfem i chociaż idąc wzdłuż walnąć mu rysę na całej wymuskanej karoserii… Taki ork by się nie przejmował. Co ta cholerna kultura robi z naszą dziką naturą!!!

    1. lupus_yonderboy

      @brum75

      W Łodzi działa telefon do SM, to jedyne co umieją robić, więc nie później niż kwadrans po telefonie są na miejscu i wypisują. Po drodze do pracy mam takie miejsce, gdzie lubili parkować różni nowobogaccy i inne buce. Od roku nie parkują (przynajmniej kiedy chodzę do pracy…). Ponieważ mieszkam w kamienicy, to czasem trapi mnie problem samochodu zaparkowanego przed bramą, ale na to też jest sposób – soczek przecierowy na przednią i tylną szybę i albo zamarza, albo wysycha to mokre i zostaje pulpa…

  3. The_Mister_A

    Fajny tekst. Mimo „amatorskości” gikza ( w sensie non-profit, for fun etc) pojawia się tu dużo fajnych, felietonowych tekstów. A tego mam wrażenie w polskiej branży brakuje. Oczywiście akurat pisanie o amatorskich pisaniu u bosmana jest sporym nadużyciem, bo raczej warsztat bogatszy od standardowego pismaka. No ale wiecie :) .

    Wracając do tekstu. Nie oglądałem MArco Polo od Netfliksa (warte tototo?), ale tych Mongołów bym się tak nie czepiał, bo za Kublaj CHana to raczej bardziej Chiny były. Typowa sytuacja, gdzie dzika, nieliczna ale świetnie zorganizowana Horda najeżdza wysoko rozwinięty kraj (pewnie lider ówczesnego świata) i po krótkim czasie, przejmuje większość dorobku cywilizacyjnego. Później będą się przed tym bronić Mandżurowie zamykając się w enklawach, ale to poskutkowało totalną degrengoladą tej grupy.

    W tym co piszesz jest dużo prawdy. I jest to dość męskie i w pewnym sensie atawistyczne. Jeszcze 500 lat temu szło się na wojenkę, żeby palić i gwałcić, rabować albo mordować (kolejność dowolna). Ubrany w garnitur biznesman jest nadal genetycznie gościem co biegał 3 dni za stadem antylop. Zamknięci w ramy cywilizacyjne szukamy ujścia naturze. Jeżeli spełniamy to w grach, sporcie albo klnięciu w grupie znajomych przy piwie i np meczu lub FIFie, to jest ok. I nie ma się czym martwić :) .

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @The_Mister_A

      Tak, za Kubiłaja to już był mocny rozwój. Zresztą i za Temudżyna już było dobrze, jurty wodzów to były tak naprawdę małe pałace. Po podbiciu Chin zaczęli przejmować chińskie obyczaje i kulturę. Jak się to dla nich skończyło, można zobaczyć nawet w naszej telewizji w zaskakująco nienajgorszym serialu Cesarzowa Ki, który jest takim awanturniczym-fantasy-dworskospiskowym serialem nawet nie najgorzej trzymającym się historii (choć nie sądzę, żeby pierwsza konkubina cesarza naprawdę nawalała się na miecze z synem regenta:D).
      Pisząc krótko – zdegenerowali się i upadli.

      Marco Polo to fantasy pełną gębą. Koleś uczy się kung fu od ślepego chińskiego mistrza, uczy Mongołów budować trebusze i rwie co lepsze laski (które znają kung fu). Spisek goni spisek (ale w porównaniu z Cesarzową Ki, to tu wcale nie ma spisków:)), laski się biją a Kubiłaj jest fajny. Jak człowiek łyknie konwencje, może się nawet nieźle bawić.

        1. bosman_plama Autor tekstu

          @/mamrotha

          Hmmmmm. No nie wiem. Tzn. starają się, żeby nie wiało wizją: „jak sobie John i Jenny wyobrażają Chiny i Mongolię”. Ale jest to wizja pop – to kung fu, laski itp. itd. Z mojego punktu widzenia nie jest źle, jeśli tylko nie szukasz w tym prawdziwych realiów. Pozatrudniali chińskich a nie tylko amerykańskich – chińskich aktorów (choć Kubiłaja gra Anglik). Kombinują.
          Pod tym względem to właśnie Cesarzowa Ki jest bliższa realiom, bo kręcili ją Koreańczycy. Więc tam, gdy laski rzucają sobie kose spojrzenia, to widać lód i obietnicę bolesnej śmierci za uśmiechami.

  4. Zebulah

    Siedzę w pracy nad dokumentami i nagle w jednym pojawia się facet nazwiskiem Sulik (Polak, żeby nie było).
    Ponieważ, tak jak Tasioros, też niedawno zacząłem ogrywać ponownie Fallouta 2, to od razu w głowie usłyszałem „You have more questions for Sulik?” :-)

      1. Epipodiusz

        @Nitek

        No to byłem.
        Jak wrażenia ? to powiem w ten sposób. Jeżeli Strażnicy Galaktyki wnieśli sporo luzu, humoru i świetne dopasowanie muzyki do tego co się dzieje na ekranie to Deadpool zrobił to lepiej, mocniej, ciaśniej, szybciej, ach, uch , …………. i jednorożec strzelający z rogu tęczą. Jest krwawo bez owijania w bawełnę ( nie zabierajcie swoich 12-to letnich pociech do kina bo będzie trauma) jest mokro i wilgotno, jest fizyka ( if You knew what I mean), jest rubasznie śmiesznie ( chwilami jak w wiecznym studencie), jest chamsko śmiesznie. Dawno żaden film nie zrobił mi tak dobrze.
        Jeśli będziecie w kinie to nie wychodźcie do końca napisów.
        Reynolds dał radę.

Powrót do artykułu