Pięć zdań na piątek – dzień dobry, nic nie ma, nic nie było.

bosman_plama dnia 22 listopada, 2019 o 11:20    18 

arnold

Będzie o Gwiezdnych Wojnach znowu i to nawet nie o grze, która ponoć jest (w końcu!) udana. Spróbuję w nią zagrać przez Świę… A nie, muszę kończyć książkę. No to może w styczniu. A nie, wtedy też. No to w lutym. W lutym dam sobie czas. Zatem, nie o grze, ale

tak trochę ogólniej. Otóż, może słyszeliście, pani Kathleen Kennedy w wywiadzie dla Rolling Stone próbowała ratować sytuację serii tłumacząc, że nie powinniśmy równać z ziemią twórców ostatnich filmów z serii SW bo oni, biedactwa, nie mają źródeł żadnych do tworzenia swoich historii. Nie mają się na czym oprzeć i dlatego wychodzi im jak wychodzi.

Możecie sobie wyobrazić jak zareagowali fani Expanded Universe.

Ale ja nie o tym.

Tłumaczenie pani Kennedy jest oczywiście kuriozalne w skali kosmicznej i niczym nie tłumaczy padaki, jaką był wiadomy film kalający pamięć Kyle Katarna. Niestety, może ono odzwierciedlać poglądy panujące w „fabryce snów” i nie tylko. Twórcy z Holiłudó rzeczywiście od lat zachowują się, jakby kompletnie nie mieli skąd czerpać posłów, nigdy nie korzystali z podręczników, czy choćby jakiejkolwiek formy edukacji i dlatego cała ich wiedza bierze się z filmów i seriali, które oglądali w czasach dorastania. Dlatego dostajemy kolejne odsłony Terminatorów, Obcych, Aniołków Charliego, Predatorów itp. itd. Do tego ostatnio dochodzi przekonanie, że kobiety, które teraz dominują wśród odbiorców popkultury, nie marzą o niczym innym, tylko o oglądaniu starych przebojów, w których facetów zamieniono przedstawicielkami ich płci. Jak na razie wyniki finansowe tego typu koszmarków wskazują na coś innego, a te nawalanki, które zarobiły sensowne sumy to filmy z oryginalnymi postaciami kobiecymi. Powiedzmy, że Kapitan Marvel (tu z tą oryginalnością jest tak sobie, ale podmianka nastąpiła wcześniej, w komiksie) gnała na fali wznoszącej Marvela. Ale Wonder Woman podnosiła uniwersum GC z gruzów i dała radę.

Czytając wyjaśnienia Kennedy pomyślałem, że przecież Lucas też startował od zera. Co on ma powiedzieć? Na jakich to przebogatych źródłach opisujących życie w Dalekiej Galaktyce bazował?

Niestety, szybko uświadomiłem sobie, że to złośliwość na kiepskim poziomie. Bo rzecz w tym, że Lucas rzeczywiście korzystał z literatury. Nowa Nadzieja to niemal ekranizacja. I wszyscy wiemy jakiej książki, bo trąbi się o tym od lat. Chodzi o Bohatera o tysiącu twarzach Cambella. A za tym idzie Jung i pewnie Eliade i sam nie wiem ilu jeszcze religioznawców, etnografów i filozofów. I o to właśnie w całym tym ambarasie chodzi. Lucas sięgnął poza popkulturę, po książki naukowe i popularnonaukowe. Nie opisywał kultury na podstawie Casablanki ale na podstawie dzieł ludzi, którzy o kulturze i cywilizacji mają i szersze i głębsze pojęcie. I choć możemy oczywiście mówić, że prawie całe kino i znaczna część literatury opiera się na archetypach Junga, to nie należy takim wykrętem bagatelizować metody Lucasa. Bo ten facet zrobił coś bardzo ważnego, coś, co nie śniło się najwyraźniej ani Kathleen Kennedy ani autorom scenariuszy do nowych Star Wars (a pewnie i masy innych przebojów filmowych ze szczególnym uwzględnieniem remaków i sequeli) – wyszedł poza swoją bańkę, poszukał inspiracji na zewnątrz. Oczywiście, było mu „łatwiej” – gdy przystępował do prac nad SW, chyba nie było jeszcze „jego bańki”, on zaczynał ją tworzyć. Zmienił kino fantastyczne i przygodowe na zawsze, na dobre i na złe.

Twórcy nowych Gwiezdnych Wojen sięgają w poszukiwaniu inspiracji wyłącznie do starych Gwiezdnych Wojen. Dlatego wychodzą im puste, wtórne filmy. To już lepiej, gdy jak w Mandalorianinie, korzystają z dorobku Sergio Leone. To wprawdzie też popkultura, ale przynajmniej z trochę innego wszechświata. Niestety, ludzie od SW nie są jedyni. Wygląda na to, że 99% Holiłódu działa dokładnie w ten sam sposób. Nie wiem, czy to wina systemu edukacji, który sprawił, że nigdy nic nie przeczytali, czy lenistwa, czy Quentina Tarantino, który uwielbia się bawić popkulturą. Tyle, że Tarantino jest twórczy i pewnie nawet czasem coś przeczytał. Ci, których Quentin zaraził rozwalaniem planszy z popkulturowymi puzzlami najczęściej twórczy już nie są. Mechanicznie powtarzają ruchy mistrza w przekonaniu, że musi coś z tego wyjść. Kurczaki, nie wychodzi.

Niestety, często podobnie bywa dziś w literaturze. Kolejne powieści fantasy piszą ludzie, którzy nie czytali nic poza innymi powieściami fantasy (a w każdym razie tak wyglądają ich dokonania). Zwykle gdy rozmawiam z młodymi autorami, powtarzam: jeśli chcecie pisać fantastykę, czytajcie co się da spoza fantastyki. Tam znajdziecie język, którego warto się uczyć i inspiracje, których w fantastyce nie znajdziecie. Kiwają zazwyczaj głowami, więc może słuchają. A może tylko chcą, żebym przestał pierniczyć jak staruch namawiający ich do czytania Granicy Nałkowskiej. Nie, Granicy czytać nie musicie. Jest straszna i łamie życie. Za jej przeczytanie powinno się rozgrzeszać z grzechów śmiertelnych.

Gdybym miał więc komuś poradzić jak nakręcić kolejną część Terminatora, gdybym wykładał górę szmalu na ten film, nie powiedziałbym: „Weźcie scenariusz jedynki i dwójki i zamieńcie wszystkie postaci męskie na żeńskie, a poza tym nic nie zmieniajcie, bo co zagrało raz, zagra i drugi. Ludzie to kupią, zwłaszcza kobiety.” Zamiast tego odesłałbym scenarzystów do lektury np Alfreda Bestera (Fahnreheit Radośnie – opowiadanie o facecie i jego robocie i o tym jak szaleństwo jednego udziela się drugiemu i pod koniec nie wiemy już który z nich morduje), albo niechby i do tego nieszczęsnego Cambella. Albo do Eliadego, który opowiedziałby im o podstawach kultury i mógł np. podrzucić im tropy z symboliki labiryntów. Albo do… Tu sobie dorzućcie kogokolwiek. Na pewno znacie wartościowe, interesując książki, które mogą natchnąć twórców. Niechby to nawet były i filmy, ale jakieś inne niż zwykle. Lucas inspirował się przecież Kurosawą. Co złego w poszukaniu inspiracji np. u Kieślowskiego (Tom Tylwer tak zrobił i wybuchła mu kariera dzięki Biegnij Lola, biegnij)? Kurczaki, przeróbcie na nowe Gwiezdne Wojny Pana Tadeusza! Są w nich młodzi dżedaje, sithowie i romanse a nawet mocne kobiety są.

Oczywiście, może się okazać, że nie mam racji. Że Holyłóód produkuje te filmy tak a nie inaczej, bo to nam podobają się tylko te piosenki, które już słyszeliśmy. I my też jesteśmy wychowani na Tarantino, tylko brak nam wiedzy i umiejętności, żeby bawić się w zbyt wymagające igranie z kulturą i popkulturą. I jesteśmy leniwi. Niestety, kiedy wszyscy dostosowujemy się do siebie nawzajem w tym zaklętym kręgu, wszyscy robimy się coraz głupsi. I za dziesięć, dwadzieścia lat jakaś przyszłościowa Kathleen Kennedy stanie tylko przed nami i będzie na nas patrzeć bez słów niezdolna wyrazić myśli. A my wybełkoczemy jakąś odpowiedź.

Dodaj komentarz



18 myśli nt. „Pięć zdań na piątek – dzień dobry, nic nie ma, nic nie było.

  1. furry

    Nawet w wikipedii ktoś już określił Gwiezdne Wojny słowem „franczyza”. Nie chodzi o tworzenie, czerpanie ze źródeł, oryginalność, bo to może być niewypał, a po co narażać się na utratę premii.

    Ale czy ja nie marudziłem o tym przy okazji premiery „Przebudzenia Mocy”?

    Liczę na tę małą, otoczoną ze wszystkich stron wioskę Galów w biurowcu Disneya, tę która robi filmy z serii „Historie”. Ale ze świadomością, że Disney robi produkt pode mnie, że po prostu jestem w tej konkretnej, szczęśliwej niszy, która akurat dostanie swój film. Bo co mi zostaje, uciec do szałasu i czytać książki przy świetle księżyca?

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @Daimonion

      Czytając ją miałem wrażenie, że ktoś każe mi nago czołgać się po szkle i przez całą drogę chłoszcze mnie „kotem o dziewięciu ogonach”. I nie, nie była to fantazja erotyczna:). Pierwszy i ostatni raz w życiu tak się mordowałem z literaturą.
      Pocieszało mnie tylko, że jestem mesjaszem narodów, bo nikt w klasie tego nie zmęczył i czytałem, by zreferować reszcie.

  2. Yosh

    Bardzo zgrabny artykuł – dzięki.

    Czasami śledzę temat do materiałów źródłowych (przeważnie banalnie – na podstawie jakiej książki powstał scenariusz, kto był pierwowzorem, czego to jest remake, jakieś tło historyczne…).

    I wychodzi mi, że naprawdę dobra popkultura jest niedoceniana. Jeżeli ktoś wykonał ogromną pracę aby wyekstrahować ten gęsty syrop który tak uwielbiam ZA MNIE, to ja nie muszę czytać tego wszystkiego, nie muszę znać historii aby doznać tych emocji…

    No ale jak kolejni twórcy biorą ten syropek i rozcieńczają to mam wrażenie że w Hollywood jest dużo homeopatów….

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @Yosh

      Jeden mój znajomy twierdzi, że Lucas do spółki ze Spielbergiem zabili kino przygodowe, bo Indiana Jones odniósł taki sukces, że prawie wszyscy zaczęli kręcić wedle podobnej receptury (uroczy drań, zwariowane przygody i wszystko podane na wpół serio). W efekcie takie filmy przygodowe jak „Cena honoru” (The Four feathers) powstają stosunkowo rzadko (albo przepadają), a szkoda, bo wniosły odrobinę rozmaitości do świata kina przygodowego.

  3. Mnisio

    Wiadomo, że ciężko wyjść poza gatunek, ale wystarczyło poczytać trochę Dicka – tam pomysłów nie zabraknie, a i dywagacji czy robot też człowiek. Wystarczy nawet wziąść książkę o historii i wczytać się dokładnie w historię jakiegoś konfliktu / kraju – materiał sam się znajduje.
    Dla fabryki koszmarów jednak to za duże ryzyko. Poza tym, czy ktoś widział dobry i kasowy film na podstawie Dicka? (oprócz Raportu mniejszości – tak pokrzywionego, że ręki mistrza w nim nawet nie czuć)

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @Mnisio

      Było jeszcze „Przez ciemne zwierciadło”. A także moje ulubione kuriozum filmowe, czyli „Southern Tales” (z The Rockiem i Buffy… to jest z Sarah Michelle Gellar), nakręcone przez tego samego faceta, który wcześniej zrobił mocno Dickowskie „Donnie Darco”.
      „Southern…” jest przedziwnym filmem, ponieważ nie stanowi ekranizacji żadnej konkretnej powieści Dicka, ale… wszystkich powieści na raz. Nie tylko znjaduje się tam masa cytatów i nawiązań, ale fabuła jest oparta o najpopularniejsze wątki i psychozy z powieści Dicka. Są więc groźne kobiety, zachłanni aż do przesady kapitaliści i komunistyczni terroryści, podróże w czasie i narkotyk otwierający percepcję na realny świat oraz przypadkowy naćpany mesjasz:). I dużo, dużo więcej.

      1. Mnisio

        @bosman_plama

        O Donnie Darco specjalnie nie wspomniałem, o nie jest to stricte ekranizacja. Jeśli Southern tales jest w podobnym stylu to czas je obejrzeć.
        Przez ciemne zwierciadło – o tym było głośno ze względu na sposób animacji i w sumie tylko z tego powodu o nim słyszałem.
        Może dzięki takiej technice udało się oddać klimat książki, ale czy był z tego hit?
        @lemon
        Co do „na podstawie” – wzięcie pojedynczego pomysłu a wywalenie historii – no właśnie nie wiem czy to się łapie.
        Swego czasu przypadkiem trafiłem na Tajemnicę Syriusza – poniewczasie zorientowałem się, że to na podstawie Dicka. Niestety cały klimat opowiadania uleciał w cholerę, ale akcyjniak był z tego nienajgorszy.

      2. furry

        @bosman_plama

        Ojezu, Southern Tales… Podobno są jakieś prequelowe komiksy, w których trochę się wyjaśnia, ale nie miałem nigdy samozaparcia, żeby poszukać.

        Z dickowskich klimatów jest jeszcze Electric Dreams, chyba nawet pisałem sto lat temu, że mają to kręcić (tak, tutaj), ale przyznam się że jeszcze nie oglądałem, wziąłem Prime na próbę i dzielę czas między The Expanse a Parks&Recreation.

  4. Revant

    „Tłumaczenie pani Kennedy jest oczywiście kuriozalne w skali kosmicznej i niczym nie tłumaczy padaki, jaką był wiadomy film kalający pamięć Kyle Katarna.”

    W pełni się zgadzam ^_^ tyle fajnych historii, to nie, lepiej wyrzucić z kanonu, udobruchać fanów etykietą ‚legendy” i narzekać na brak materiału źródłowego. Zwłaszcza, jeżeli się pokracznie wykorzystuje pomysły – syn Hana i Leii, akademia Luke’a, itd.

Powrót do artykułu