Pięć upadków w przepaść na piątek

bosman_plama dnia 8 września, 2017 o 8:30    28 

tytchloe

Spośród wszystkich rodzajów opowieści najbradziej lubię te awanturnicze. O kowbojach, piratach, szlachetnych rozbójnikach, małych dragonach krzyżujących szable z Kmicicami. I tak dalej. Przygoda, poszukiwanie skarbów, egzotyczne otchłanie – to wszystko porywało mnie od dziecka. Co ciekawe, niewiele gier było w stanie zapewnić mi takie atrakcje w stopniu równie satysfakcjonującym co powieści bądź filmy. Aż nadszedł czas gry, dla której kupiłem PS3.

Aż trudno mi w to uwierzyć, ale pierwsze Uncharted ukazało się w 2007 roku. Dziesięć wypikanych lat temu! Dekada minęła odkąd Nathan Drake przybył do naszego świata! A niektórzy wciąż jeszcze nie zagrali w jego przygody! Tam, do diabła, szczególnie mocny wybuch na Słońcu może właśnie w tej chwii smażyć Wasze komórki, kolejny z Kimów za tydzień może urządzić nam wstęp do raju preppersów. Albo po prostu rząd uzna, że gry video to satanizm. I co? I wy wszyscy, którzy dotąd nie zagraliście w Uncharted, stracicie na to okazję. Czy naprawdę warto żałować kasy, albo opierać się? Czemu? Bo jesteście fanami, tfu, tfu gestapo, skradanek? W porządku, dostajecie tu skradankę. Strzelanek? Nastrzelanie się jak szaleni. Platformowych zręćznościówek? Proszę bardzo. Gier logicznych? A naści, smacznego. Nie graliście? Zmarnowaliście dziesięć lat. Nie róbcie tego więcej.

chloe6

Dwie małe, choć uzbrojone po zęby, dziewczynki w wielkim, wielkim świecie pełnym wielkich, wielkich ruin

No dobra, w 2007 świat ujrzał Uncharted: Fortuna Drake’a i prawie oniemiał. Tomb Raider miotał się wtedy w poszukiwaniu jakiejś sensownej tożsamości (i zajęło mu to parę lat, aż ktoś powiedział: „zróbmy to jak Uncharted, tylko trochę prościej” i Lara wkroczyła w nową erę sukcesów), nowy Indiana Jones dopiero był kręcony. I choć wielu twórców próbowało skorzystać z prostego pomysłu: „niech bohater szuka po całym świecie skarbów i trochę przy tym strzela”, mało komu to wychodziło naprawdę.

Diabli wiedzą, czemu udało się twórcom Uncharted. Tzn. wiadomo – zrobili niemal perfekcyjną serię gier, w których wszystko grało jak trzeba. Skorzystali ze składników idealnych. Wzięli bohatera, który mógł być wnukiem Indy’ego i synem Lary, ale tworząc go skorzystali z genów Malcolma Reynoldsa z Firefly (dlatego Drake ma na imię: Nathan, taką a nie inną grzywkę i szelki – przynajmniej na początku). Z aptekarską dokładnością wymieszali składniki gameplayowe: strzelanie, zręcznościówkę i łamigłówki, tak, że jedne płynnie przechodzą w  drugie i żadne nie nudzą. Gra nie jest ani za  prosta ani za trudna. Ma charyzmatycznego bohatera, zawsze obłędną jak na swoje czasy grafikę, a do tego… fabułę. No i – w pierwszej części – u-boota w dżungli. Niemniej inni twórcy – powieści, filmów, gier – też dysponowali mniej więcej tymi samymi składnikami, albo przynajmniej możliwościami skorzystania z nich. A nie wychodziło im.

chloe7

Ale – fabuła! Wprawdzie Uncharted powstawało w czasach, gdy twórcy gier przestawali powoli uważać, że historia do opowiedzenia jest ostatnią z rzeczy, jakich gry potrzebują, ale ciągle jeszcze mało kto angażował się w jej tworzenie tak, jak Naughty Dog. Przecież wystarczyłoby jakieś intro, ze dwie scenki w trakcie gry i fajny finał. I wystarczyłoby, nie? Może innym. Naughty Dog zaszalało i z fabułą i postaciami i dialogami. I stworzyło czteroczęściową sagę pełną i charakternych pozytywnych postaci („rodziny”, niczym w Szybkich i wściekłych) i wrogów, jakich warto poznać i zapamiętać. Przy czym historie narastały, z każdą częścią zyskiwały na komplikacji a równocześnie wzbogacały biografię głównego bohatera.

chloe1

Tak sobie skrycie wisiałem, licząc, że zaraz gościa strącę w przepaść. Byłoby mi się udało, gdyby jego kumpel nie wypatrzył mnie z dołu. Co skończyło się strzelaniną. W której, prawdę mówiąc, zastrzelili mnie, dranie. Do dziś mam o to pretensje do Nadine. Po co siedziała na dole w krzakach, jak nie po to, żeby usuwać takich palantów zadzierających łby w górę podczas warty?

Apogeum tego spadło na nas w czwartej, ostatniej części. Takiej fabuły w Uncharted jeszcze nie było, a to oznacza, że mało która gra mogła się podobną poszczycić. Nathan jest ożeniony z dziewczyną, którą poznaliśmy w poprzednich częściach (#teamChloe – bo fani byli podzieleni jeśli chodzi o towarzyszące bohaterowi panie – poczuł, że wyrwano mu serce gdy okazało się, że Drake wybrał Elenę, ale szybko pocieszyliśmy się myślą, że oznacza  to, iż Chloe jest wolna; dopiero później okazało się jakie są tego konsekwecje). Nagle odnajduje się jego brat, a my poznajemy wspomnienia z dzieciństwa Nathana. I to wszystko nie w jakichś filmikach albo odnajdywanych taśmach, ale w grze – to wszystko się dzieje: dzieciństwo i ucieczka z domu dziecka, ucieczka z więzienia, „śmierć” brata, potem jego ucieczka. Nathan urywa się żonie wciskając jej kit, rusza na kolejną wyprawę, w związku z czym dostajemy parę komicznych scen, ale i kryzys małżeński. Potem włamiania w stylu klasycznych kryminałów (bo eleganckie), bójki na pięści, skradanie, strzelaniny, ucieczki wąskimi ulicami przed szarżującym na nas opancerzonym transporterem walącym z cięzkich karabinów, zdrady, niepewności… A w tym wszystkim druga historia – skarbu piratów i ich zdrad, bitew, zamachów, morderstw… Skarby w Uncharted zawsze miały swoje historie, ale to, co opowiedziano nam w Kresie Złodzieja, było jedną z najbardziej odjechanych historii pirackich, jakie słyszałem. Pełną rozmachu, szaloną i… ponurą. Tę akurat opowieść w opowieści poznajemy z listów, znajdziek itp. odkrywanych w trakcie gry.

drake2

Widoki zza szyby samochodu na Madagaskarze (gdzie spod kół umykały nam lemury, pingwinów, niestety, nie wypatrzyłem)…

Nie wiem, czy grałem w równie dobrą, angażującą i wspaniale opowiedzianą grę, jak Uncharted 4. I nie wiem, czy kiedyś jeszcze w taką zagram. Cholera, tam było nawet  to, czego brakowało mi w poprzedich częściach (choć nie zdawałem sobie z tego sprawy) – pojedynek szermierczy! I to całkiem nieźle wykombinowany gameplayowo. Epilog, nostalgiczny i trochę wyciskający łzy wzruszenia był wisieńką na torcie.

Czemu o tym wszystkim piszę? Bo coś ze dwa tygodnie temu ukazał się dodatek do U4. Ma wszystko to, co podstawka – szalone ucieczki po dachach pod ostrzałem, trochę mordobicia, trochę strzelania, zapierające dech w piersiach widoki, cięte dialogi, wyraziste postacie, fajne wspinaczki, niezłe zagadki, satysfakcjonujące strzelaniny i jazdę najbardziej wytrzymałym autem świata po wertepach. Po wielkich, rozległych wertepach.

chloe15

… i w Indiach. Tu zamiast lemurów są różowe flamingi. Wspaniale się je płoszy.

Czego nie  ma Uncharted: Zaginione Dziedzictwo? Nathana Drake’a. To trochę szalony pomysł – zrobić grę z serii bez niego. Tak by się mogło wydawać, póki na jaw nie wyszło, że tym razem główną bohaterką będzie Chloe. Tak jest, pyskata, zdradziecka ale wierna, przechera. Śliczna i mówiąca głosem Claudii Black.

To oczywiste, że musiałem w to zagrać.

chloe13

Czy jest dobrze? Jest. Nie aż tak dobrze, jak w Kres Złodzieja, ale to gra, którą bardzo trudno byłoby przeskoczyć. No i nie zapominajmy, że Zaginione Dziedzictwo to dodatek. Jasne, dodatek na jakieś dziesięć godzin grania, co w dzisiejszych czasach może oznaczać mniej więcej tyle, co niektóre pełne gry.

Co dostałem? Chloe  oczywiście. Pewien minus związany z osadzeniem jej w głównej roli wiąże się z tym, że nie zastanawiam się, czy wystawi głównego bohaterado wiatru. Jak to w Uncharted bywa, Chloe nie musi wędrować sama. Towarzyszy jej Nadine, ta sama, która pojawiła się po raz pierwszy w Kresie Złodzieja, by wycierać Nathanem podłogi, ściany, sufity, a czasem wyrzucać go za okno. Tam była antagonistką, tu jest kumpelą. Obie panie czasem wspomną coś o Drake’u w rozmowach (a ta gra ma ich sporo), ale nie jest on ich oczkiem w głowie. Zresztą, Nadine przez niego jest bez kasy i pracy, a Chloe może mu mieć za złe niewłaściwy wybór partnerki na resztę życia.

chloe19

Na lince gnam – szubiduba

Jak gra się Chloe? Podobnie jak Nathanem, acz inaczej. Chloe, przy wszystkich swoich twardzielskich i zawadiackich cechach, to kobieta. Przyjmie na szczękę mniej pieszczot pięści niż Nathan. Gra zachęca w związku z tym, by ciszej eliminować przeciwników. Sporo więc w Zaginionym Dziedzictwie okazji do skradania. Można z nich korzystać, albo iść na rympał. Obie staretgie mogą prowadzić do sukcesu, co najwyżej Nadine trochę nas skrytykuje za działanie na ostro. Przy czym skradanie i cicha eliminacja potrafią sprawiać tu satysfakcję i prawdę mówiąc najchętniej korzystałem z tej właśnie strategiii. Tym bardziej, że dzięki znanemu z Kresu Złodzieja systemowi bujania się na lince z hakiem można tu zaszaleć a’la Batman i spadać na frajerów z giwerami ze skał albo drzew. A wiecie, ja nienawidzę skradanek. Aczkolwiek lubię się skradać. W tych grach, w których w przypadku klęski subtelności mogę zacząć ostrzeliwywać się jak szalony.

Dranie, z którymi walczymy, reagują na nasze komandoskie działania. Na przykład znalezienie trupa kumpla stawia ich w stan gotowości. Mogą też zwrócić uwagę, że zaparkowaliśmy nasz niezniszczalny wóz w zasięgu ich wzroku. Krzyczą wtedy: „Widziałem twój samochód” i szukają nas zajadlej. Oczywiście, po jakimś czasie im przechodzi, jak to w grach. Za to przy strzelaninach zdarza im się wpaść na pomysł oskrzydlania nas, albo wspięcia się na wieżę, pod którą się czaimy, żeby ostrzelać nas z góry. Nadine czasem nas przed tym ostrzeże, a czasem się zagapia.

chloe5

Fabuła nie jest aż tak fajna i rozbudowana jak w Uncharted4. Trudno, żeby była. Tamta wymiata i miażdży. Tu po prostu dziewczyny ruszają na poszukiwanie skarbu. Czemu, jak doszło do tego, że działają razem, dowiemy się w trakcie gry. Chloe potrafi być kąśliwa po swojemu, ale miewa też chwile, jakich wczesniej jej nie ofiarowano. Nadine to w ogóle ciepłe kluchy. Zabójcze, potrafiące natrzaskać po pysku nawet Chuckowi Norrisowi ciepłe kluchy.  W ogóle w relacji  między dziewczynami pojawia się sporo ciepła i zrozumienia. Coś tam podobnego przeżyły, coś podobnego je boli. Co nie znaczy, że nie potrafią sobie wzajemnie dogryzać. Nieźle wyszedł też antagonista. Po raz pierwszy można, choć przez chwilę, zastanawiać się, czy nasza postać jest po właściwej stronie. Bo koleś wydaje się chcieć dobra swojego kraju (akurat męczy go lokalna wojna domowa) i przynajmniej na początku nie przypomina żądnych władzy albo kasy bądź sławy przeciwników z poprzednich trzech części.

chloe2

Nie ma dobrej filmowej gry bez dobrej mimiki

Grę reklamowano największą w hisorii serii, gigantyczną lokacją. I faktycznie. Dostajemy kawał terenu, po którym możemy zasuwać wedle własnych chęci, niczym w jakimś Skyrim. Tyle, że samochodem. No dobra, możemy pieszo, ale to kompletnie bez sensu, tym bardziej, ża autkiem jeździ się niemal równie fajnie jak w Kresie Złodzieja po Madagaskarze. A czasem nawet fajniej, bo tu wolno nam więcej. A czasem mniej fajnie, bo wyciągarka nie przydaje się aż tak fajnie i różnorodnie jak w Uncharted4. Jest i jest przydatna. Ale jak wspomnę, co się działo na Madagaskarze…

chloe20

Teatr mój widzę ogromny. I coś czuję, że wszędzie tam będę musiał wleźć, wszędzie tam wspiąć i poprzesuwać jakieś starożytne wajchy unikając nie mniej starożytnych pułapek

Równocześnie ta wielka, piękna, pełna atrakcji (czytaj: zagadek i okazji do mordowania bliźnich) mapa jest największą słabością gry. I zdaje się, że nie jest to tylko moje zdanie, bo już u kilku recenzentów widziałem podobną opinię. Widzicie, Uncharted zawsze było grą świetnie obliczonego i zrealizowanego tempa. Szło to mniej więcej tak: rozpaczliwa ucieczka pod ostrzałem po dachach walących się budynków – strzelanina – zręcznościówka – chwila oddechu – wspinaczka – strzelanina – zagadka logiczna – rozpaczliwa ucieczka albo próba przeżycia, gdy wszystko się wali… I tak w kółko. Nawet zasuwanie po Madagaskarze w Kresie Złodzieja nie rwało tempa. A zasuwanie po indyjskiej dolinie w Zaginionym Dziedzictwie jednak to tempo rwie. Dopóki nie wjedziemy w dolinę, wszystko jest jak w serii. Miasto płonie, wszyscy do nas strzelają a my pryskamy po walących się dachach przed strzelającymi do nas draniami. Potem to my strzelamy do drani. Skradamy się. Wdrapujemy na rozmaite wieże. I tak dalej… Ale gdy wjeżdżamy na tę gigantyczną mapę, na której sami decydujemy dokąd i którędy dojedziemy, tempo siada. Zwłaszcza, gdy już wytłuczemy wszystkie posterunki wroga. I choć cudnie się jeździ po przepięknych krajobrazach, to w pewnym momencie zaczyna brakować tego filmowego tajmingu z wszystkich poprzednich części Uncharted.

chloe14

Na szczęście, potem wracamy na stare, dobre tory.

Oj, rozpisałem się. Cóż, stara miłość nie rdzewieje. Uncharted to jedna z najlepszych, jeśli nie najlepsza, serii gier w jakie grałem. Chloe to ósmy cud świata, a i Nadine ma swoje zalety. Żałuję, że to nie pełna gra z bardziej rozbudowaną fabułą, ale Zagubione Dziedzictwo to świetny dodatek do serii, która skradła mi serce. Brakowało mi trochę charyzmy Nathana, no i jednak po tych dziesięciu latach przywiązałem się do kolesia w głównej roli. Po Uncharted 4, które cudnie mnie przetrzepało, musiałby się zdarzyć cud, bym równie mocno zareagował na dodatek do tej gry. Ale jest bardzo bardzo nieźle. Wiecie, co? Już tęsknię. Po prostu diablo lubię takie awanturnicze historie. A tu jeszcze sam mogłem odkrywać tego cholernego u-boota, uciekać przed hordami yeti, brać udział w przekręcie prosto z gangsterskiego kryminału, odkrywać ponure tajemnice piratów i wreszcie przekradać się przez bajecznie kolorowe indyjskie krajobrazy. Scully był moim kumplem, a Chloe i Elena dziewczynami, za które skakałem w przepaści. Dziesięć lat życia, wicie rozumicie.

drake1

A tych upadków nie było pięć, tylko pewnie z pięćset. I tak ślicznie, z rozpaczą za mną wołali, gdy ginąłem: „Draaake! Nieeee!”. A w Zaginionym Dziedzictwie: „Fraaaser! Nieeeee!”.

Dodaj komentarz



28 myśli nt. „Pięć upadków w przepaść na piątek

  1. /mamrotha

    Kupiłem remasterowany czteropak na PS4. Jedynkę rozpocząłem z entuzjazmem, ale końcówkę już przemęczyłem, dwójkę zacząłem i ponieważ niczym się nie różniła od jedynki, więc się zawiesiłem – za zręcznościowe to było, a za mało RPG / bądź spektakularnej rozwałki.

    …a potem skasowalem bundle, bo mi miejsca na Personę zabrakło (zajebista gra!). Ot, moja przygoda z Drakiem i jego dziewuchami. Trochę smuteczek, bo liczyłem że mnie wciągnie

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @/mamrotha

      Jedynka dziś robi mniejsze wrażenie, niż przed dekadą. Bo wiesz, to gra sprzed dziesięciu lat. Szkoda, że nie „przemęczyłeś” tego początku dwójki, bo ona jednak oznaczała prawdziwy skok jakościowy – wszystkiego tam było więcej i intensywniej. No i tam są właśnie obie dziewczyny.
      To właśnie dwójka była uważana za najlepszą odsłonę serii póki nie pojawiała się czwórka.

        1. bosman_plama Autor tekstu

          @/mamrotha

          Hm. Zależy o jaką LC pytasz? Starszą? Tak. Nowszą (dwie ostatnie)? No cóż one były akurat bardzo na Uncharted wzorowane. Więc podobieństwa są.
          Ale strzelania jest więcej:). No i są już pościgi.
          Ewentualnie możesz od razu przejść do U4 i zobaczyć, jak to ostatecznie dopieścili. U4 to takie U2 na sterydach z lepszą fabułą. Tylko trochę mniej będzie Ci wtedy grać nostalgia, którą w tej grze wykorzystują.

  2. Fantus

    Nigdy nie miałem okazji zagrać, bo konsola, ale wiele dobrego słyszałem. Naughty Dog to takie „dobre ziomki”. Żal, że nie spojrzą spojrzą łaskawszym okiem na PC.

    A Nathan wydaje się rzeczywiście mieć tak dużo przygód, że przebić go mógłby chyba tylko cykl gier o Tomku Wilmowskim made by CDPR ;-)

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @Fantus

      Kurde, cykl o Tomu Wilmowskim, ale w postaci serialu telewizyjnego to coś, o czym marzę od dziecka.Jako gra też dawałby radę, choć nie wiem czy nie bojkotowałyby go jakieś organizacje, bo bohater jednak zajmuje się polowaniem na zwierzęta. Wprawdzie bezkrwawym (przeważnie), ale…

  3. mr_geo

    Bosssze, znowu wychodzi że jestem jakiś dziwny… Skończyłem ci ja niedawno U4 i mam dojmujące wrażenie że ni cholery nie rozumiem o co ten cały hajp i zachwyt. Bo to jest gra tak bardzo średnia że mogła by być umieszczona w Sevres pod Paryżem jako wzorzec średniactwa. Żeby nie było nieporozumień – to jest porządny, rzemieślniczo solidny kawał roboty, poskładany jak trzeba, dopracowany i uczciwie wykończony. Tylko że ta rzemieślnicza staranność powoduje że gra niczym nie błyszczy, niczego nie robi na „łał”, niczym nie zadziwia. Wszystkie elementy są złożone poprawnie, tylko że dla każdego z nich był ktoś/coś kto zrobił to wcześniej i lepiej. Mści się chyba chęć autorów aby być Jack of all trades, ale niejako tradycyjnie kończy się to na master of none.
    Serio (i NAPRAWDĘ nie przemawia tu przeze mnie duma i poczucie wyższości z bycia PCMR), mam wrażenie że jakieś 75% zachwytów nad Kresem Złodzieja wynika po prostu z faktu zasmucającego ubóstwa biblioteki innych niż multiplaty gier na PS4 – „w kraju ślepców jednooki jest królem”.

  4. Mnisio

    Najbardziej pamiętam spadanie w przepaść pierwszej Lary.
    Do tego pod koniec gry była bardzo głęboka przepaść przy jakimś trudniejszym pojedynku i ten długi krzyk spadającej Lary potrafił zabrzmieć ze 3-4 razy (naprawdę długo się spadało).
    Uncharted brzmi jak Indiana Jones skrzyżowany z przygodami Dirka Pita – opis super więc kiedyś będę musiał spróbować.
    No ale dla jednej gry to konsoli nie kupię.

        1. bosman_plama Autor tekstu

          @Fantus

          CoJ ze wszystkimi numerkami. Dopiero ostatni, ten co to na płycie nie wyszedł, doszedł do podobnego jak RDR poziomu i fabuły i postaci i humoru. Bo wcześniejsze fabuły miały nawet zacne, ale właśnie humoru i lekkości im brakowało.
          A RDR potrafi być i okrutne i smutne i wesołe równocześnie.

  5. larkson

    Uncharted, mój bożu, jak ja kocham tą serię. Już jedynka byłą super, ale czuć było, że to się dopiero rozpędza, dwójka mocno poprawiła formułę i zwiększyła rozmach, trójka to była lekka stagnacja, ale za to scena z samolotem urywała kapcie razem ze skarpetami, a czwórka to już w ogóle mistrzostwo świata. Fabuła, gameplay, grafika (twarze!) po prostu malina. Po prostu ciężko znaleźć drugą tak dobrze wyreżyserowaną grę. Jedyny mankament jaki mogę znaleźć dla U4 to tempo, czasem było za dużo skradania i cutscenek i chciałem, żeby coś zaczęło wybuchać i walić mi się na łeb. W Zaginione Dziewictwo zagram na pewno, może też się skuszę kiedyś na remaster trylogii i se ją przejdę od nowa.

    W ogóle zakup PS4 to jedna z lepszych rzeczy jaka mi się przytrafiła. Uncharted 4, Yakuza Zero (skończyłem w zeszłym tygodniu, najlepsza odsłona serii, nie żałuję żadnej z ponad 90 godzin spędzonych z tą grą), Persona 5 (po wypłacie se ją biorę, miałem czekać na jakieś promo, ale nie mam już siły zwlekać), Nioh, Bloodborne, Ratchet & Clank i parę innych (z naciskiem na te japońskie) to wszystko są świetne gry. Sony umie w ekskluziwy, w przeciwieństwie do zielonej konkurencji. Sorry, ale jak patrzę na gry na Xkloca to mi się smutno robi, nic nie ma co mogłoby mnie zainteresować.

  6. Nitek De Kuń

    Lost Legacy podobał mi się połowicznie.
    uważam, że mimo wszystko taka open worldowa struktura świata nie pasuje do Uncharteda i przez to, że upchnięto ją tutaj na początku, zamiast jak w U4 gdzieś w środku, jako dodatek, umierałem z nudów. Pewnie, widoczki piękne, linie dialogowe fajne, bo i postacie z charakterem, ale sama zabawa niezmiernie nużąca. Do tego raził mnie fakt prostoty zagadek, których jakoś nikt przez tysiące lat nie rozwiązał, a to jakieś przesuwanie dźwigni czy inne bzdury, które można rozpykać z palcem w nosie.
    O wiele bardziej podobała mi się napakowana akcją druga połowa tematu i tam rzeczywiście bawiłem się przednio. Wartka akcja, bombowe skrypty i co rusz jakieś wydarzenia wyrywające z kapci. Lubię to.
    Mam nadzieję, że NOTY DOG cokolwiek nie zrobi z serią to jednak nie pójdą w open worlda. Ten w ichniejszym wydaniu jednak jest taki se. Przynajmniej w tym co pokazali. Ładny, ale w obyciu taki se.

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @Nitek

      Myślę, że zrezygnują z tego pomysłu. Niemal w kaźdej recencji pojawia się krytyka właśnie tej mini piaskownicy. I większość zgadza się, że niby fajnie, ale tempo siada i robi się nudnawo. Żeby choć samochód nie był tak totalnie niezniszczalny, to trzeba by uważać na to, jak się jeździ:)

  7. EveryEnd

    Ostrze sobie zęby na tą serię. Mam plan a tym roku na gwiazdkę sobie i dziecku zrobić prezent w postaci PS4 i właśnie zaopatrzyć się w przygody Draka i The Last of Us. Bardzo lubię tego typu rozrywkę i stąd w końcu się złamię i zafunduję sobie konsolę ;) (z braku laku na PC tego typu gier – TPP z fabułą, przełamałem się i skończyłem ostatnio The Evil Within, nawet się dobrze bawiłem, a teraz obgrywam ostatniego Tomb Raidera).

Powrót do artykułu