Pięć piekielnych zdań na piątek

bosman_plama dnia 19 kwietnia, 2019 o 9:37    6 

Hellboy1

Uznałem, że to mój obowiązek wobec Gikza. Wszyscy mówili, pisali: „człowieku, to strata czasu”, „umęczysz się”. Nie znalazłem ani pół pozytywnej recenzji nowego Hellboya. Między innymi dlatego poszedłem. I wiecie co? Nie wiem, co napisać.

Czekałem na ten film, bo diabelnie lubię Hellboya. Niespecjalnie podeszła mi przy tym wizja Guillermo del Toro, choć uważam, że Ron „War never changes” Perlman urodził się z dwóch powodów: aby wygłosić wiadomą kwestię oraz by zagrać Hellboya. Czekałem jednak pełen obaw, ponieważ nowa gęba bohatera wydawała mi się zbyt diabelska.

A potem zaczęły ukazywać się recenzje, ludzie wrzucali w sieć swoje opinie. I właściwie nie było wśród nich pozytywnych. Ba, trafiłem nawet na taką, która porównywała ten film do niesławnych dokonać Uwe Bolla! Czy mogło pójść aż tak źle?

Wydawać by się mogło, że komiksy przełamały ową ekranizacyjną klątwę, która nadal ciąży nad ekranizacjami gier (wierzę, że specjalne miejsce w piekle czeka na tych geniuszy, którzy uznali iż najlepszym pomysłem na zekranizowanie Uncharted będzie… zignorowanie gier i nakręcenie prequela o nastoletnim Drake’u). Filmowcy nareszcie zrozumieli, że komiksy mają pewne pomysły na postacie i fabułę i można z nich korzystać zamiast wymyślać wszystko od podstaw i że zwykle wychodzi to adaptacjom na dobre. Wiecie, to ten „detal”, który nadal nie dociera do filmowców biorących się za gry. Kolejne ekranizacje komiksów powstają co najmniej niezłe i nawet DC zdaje się wygrzebywać spod gruzów „wizji Snydera”. A jednak z Hellboyem się nie udało. Znowu. Co mogło pójść nie tak?

dziki gon

Co ciekawe nowy Hellboy, w przeciwieństwie do dwóch poprzednich filmów, jest zaskakująco wierny komiksowi. To właściwie ekranizacja a nie adaptacja tomów: Dziki Gon oraz Burza i Pasja z użyciem meksykańskiej opowieści z Piekielnej narzeczonej. Oczywiście, są zmiany. Muszą być, skoro ktoś wpadł na interesujący pomysł, by rozpocząć nową serię filmów o Hellboyu od przeniesienia na ekran akurat tych komiksów, w których jego historia dobiega końca. Proroctwa się spełniają, bohatera dogania przeznaczenie, armie demonów i świętych wojowników stają naprzeciw siebie, a bohater… Cóż, nieprzypadkiem seria kończy się na Burzy i Pasji, a Czerwony wraca dopiero w nowej historii zatytułowanej: Hellboy w Piekle. Tak więc zmiany musiały być, bo trudno zaczynać od zabicia bohatera. Ale nie ma ich wiele. Oczywiście, bladolicą rudowłosą Irlandkę zmieniono na dziewczę o ciemniejszej karnacji, ale to już tak powszechne w dzisiejszych czasach, że właściwie tego nie zauważyłem.

hero_ekipa

David Harbour okazał się całkiem fajnym Hellboyem, potrafił zagrać tę postać ciepło i zarazem z humorem pomimo przedemonizowanej, w moim odczuciu, gęby. Prawda, że dialogi wkładano mu w diabelskie usta raczej drętwe, ale aktor uniósł to. Złego słowa nie da się powiedzieć o Ianie McShane, ale to nic nadzwyczajnego. Gdyby temu facetowi kazano zagrać półmisek, pewnie i tak ukradł by film. Milla Jovovich jest po prostu Millą Jovovich i ani nie dodaje filmowi niczego specjalnego, ani w nim nie przeszkadza. Choć podejrzewam, że bardziej uzdolniona aktorka mogłaby dodać tej postaci bardziej tragicznego rysu. To istotne, bo we wszechświecie Mignoli wiele demonów to nie postaci z gruntu złe, ale przedstawiciele wymierającej rasy walczącej o przetrwanie. Z ich punktu widzenia Hellboy jest zdrajcą własnej rasy i są równie zdumione jego postępowaniem jak Obi Wan Anakinem. To właściwie ta sama opowieść, bo tak jak Anakin miał zostać mesjaszem Jedi, tak Hellboy urodził się jako mesjasz demonów. A obaj zabijają tych, których mieli zbawić. Przy czym demony Mignoli nadzwyczaj często dokładają starań, by Hellboya jednak nie zabijać. Do końca, daremnie, wierzą, że spełni swoje przeznaczenie (i giną). Taki był los Hekate, podobnymi ścieżkami kroczyła później Nimue (Jovovich). Niestety w kreacji Milli tego wszystkiego nie widać. Wygłasza właściwe przemówienia (kiepsko napisane), ale ukazuje w nich raczej sprytny plan złola niż zdumienie i rozpacz.

milla

Jak inni aktorzy i postacie? Daniel Dae Kim jest właściwie pretekstowym twardzielem, opryskliwym bo o tragicznej przeszłości i zranionej duszy, więc tak naprawdę nie ma co grać. Sasha Lane radzi sobie nieźle, choć odnoszę wrażenie, że i jej kazano grać na jednej nucie. Thomas Hadden Church wpada do filmu na chwilę by być sobą w dobry sposób. Aktorsko nie jest więc źle, kłopot w tym, że wszyscy ci utalentowani artyści dostali słabo bo pobieżnie zazwyczaj napisane postacie, które męczą się z kiepskimi dialogami.

Nie pomaga scenariusz, w który starano się upchnąć absolutnie wszystko, co możliwe. Dostajemy więc niespecjalnie potrzebny i niespecjalnie pasujący do reszty prolog, potem opowieść meksykańską, poniekąd fajną ale też zbędną. W to wszystko twórcy wrzucaną skrótowy origin Hellboya, czyli Rasputina z Niemcami, którzy znikają by nie powrócić (no dobra, Rasputin, a właściwie jego głos, pojawia się w drugiej scenie po napisach, ale jeśli ktoś nie zna komiksów to nie ma skąd dowiedzieć się, że to Rasputin). A do tego wszystkiego dołożono jeszcze Babę Jagę. I owszem, jeśli recenzenci coś chwalą w tym filmie, jest tym domek Baby Jagi. Udał się nad podziw, jeśli wziąć pod uwagę resztę scenografii i efektów specjalnych. Domek daje czadu (Baba Jaga już nie). Tyle, że ten wątek znowu jest kompletnie zbędny. Jasne, wiem, że Baba Jaga to piekielnie ważna postać w uniwersum Hellboya, tyle, że w tym filmie nie wnosi nic poza fajnym domkiem, za to stanowi kolejny element rozsadzający scenariusz od środka. Scenariusz, w którym dodatkowo dostajemy origin Gruagacha (i jest to akurat całkiem fajnie zrobiona postać, choć oczywiście nie tak fajna i nie tak tragiczna jak w komiksie) i Alice i Bena Daimio i Hellboya… W którym trzeba zbudować więź między ojcem a synem, przedstawić świat demonów i przeznaczenie Hellboya, opowiedzieć legendę Króla Artura, wytłumaczyć historię relacji Hellboya z Babą Jagą, wprowadzić Rasputina, chociaż lekko przybliżyć zagadnienie BBPO i jeszcze znaleźć trochę czasu na fabułę. Trochę to przypomina rozpaczliwe starania twórców filmu Liga Sprawiedliwości, by w jednym filmie opowiedzieć historię wszystkich herosów. W obu przypadkach wyszło to średnio. Choć fani komiksu będą na pewno cieszyć się wieloma detalami scenografii i postaci. Nawet takich, które na ekranie pojawiają się raz i tylko na chwileczkę – jednak kamera potrafi zatrzymać się na nich na pół sekundy dłużej, a my, którzy znamy komiksy wiemy, że to dlatego, że ta właśnie postać jest dla historii Hellboya ważna. Takie detaliki cieszą. Mnie. Szkoda, że to tylko elemenciątka bez wpływu na jakość całości.

baba-yaga-hellboy-1

Efekty specjalne nie powalają, ale mnie przeszkadzało to najmniej. Sceny walki też kręci się dziś fajniej niż w Hellboyu, w ogóle to film wyglądający jakby kręcono go przed dekadą. Jednak to wszystko dałoby się wybaczyć, gdyby opowieść była spójniejsza, a dialogi lepsze, gdyby zamiast dorzucać jak najwięcej postaci, włożono więcej serca w te, które są dla tej konkretnej historii najważniejsze. Gdyby twórcy potrafili swój film przycinać.

To nie jest tak, że Hellboy jest nieekranizowalny (przyszła mi do głowy taka myśl po seansie). Kłopot w tym, że ci, którzy się za te ekranizacje biorą wychodzą ze złych punktów zaczepienia. Del Toro uznał, że wystarczy gdy zachowa ducha oryginału, nie musi już trzymać się jego fabuły. Do tego dorzucił trochę komedii tam, gdzie jej nie było potrzeba (Hellboy ma własny humor i broni się nim) oraz wątek romansowy, który i nie był potrzebny i został wprowadzony zbyt szybko i nabrał chyba zbyt dużej wagi dla całości. Z kolei reżyser nowego filmu, Neil Marshall oraz autor scenariusza Andrew Crosby postanowili dochować wierności fabule, ale za to zgubili gdzieś ducha. A że do tego prawie wszystko inne w tym filmie zawiodło, to efekt wyszedł mizerny i chyba przyjdzie nam długo czekać na kolejną ekranizację.

Hellboy1

To nie jest aż tak fatalny film, jak piszą prawie wszyscy. Można go oglądnąć bez bólu (prawie). Niestety, nie jest też dobry. To taki niespecjalnie udany średniak. Miewa fajne sceny (niestety, wiele o nim mówi, że najlepsza jest chyba ta z epilogu: „Kocham cię, Homarze Johnson”! – swoją drogą: tak, Homara też tam upchnęli; rozumiem miłość do komiksu i jego bohaterów, ale tego zrobiło się zwyczajnie zbyt wiele), aktorzy dają radę prawie za każdym razem gdy mają coś do zagrania (rzadko). Ale owych dobrych momentów jest za mało.

hellboyperlmanA ponieważ gdzie Piekło, tam i Niebo – Wesołych Świąt wszystkim! Niech Wam się koszyczki do święcenia uginają od jadła, jajka smakują, zajączki kicają, baranki się puszą i pisanki toczą wesoło i nie rozbijają. Odpoczywajcie przy książkach i grach! Ja na pewno zamierzam, dzięki odrobinie wolnego czasu, odkurzyć Fallouta 1, bo nie grałem w tę grę już chyba z… O rany, chyba nie grałem w nią nawet w 2018!

Dodaj komentarz



6 myśli nt. „Pięć piekielnych zdań na piątek

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @aryman222

      Sądząc po nazwiskach w napisach przez oszczędność oddano film w ręce Bułgarom. To z pewnością fajni ludzie, ale jakoś trudno mi sobie przypomnieć wielkie przeboje bułgarskiego kina superbohaterskiego. Pewnych rzeczy trzeba się nauczyć. Marvel też nie od razu zbudowano. Ta stawiana za wzór seria miała sporo wpadek po drodze.

Powrót do artykułu