Pięć niedokończonych zdań na piątek

bosman_plama dnia 28 grudnia, 2018 o 9:32    36 

bryltyt

Dziwny ten ostatni piątek obecnego roku. Jakiś taki wtorkowy… Może bardziej pasowałoby tu więc Spode łba? Niech będzie, że to dwa w jednym, bo tym razem będę marudził. Choć głównie na siebie. Będzie o tym, że więcej gier zaczynam niż kończę. A wszystko przez Assasin’s Creed.

Oczywiście, to bardzo wygodne znaleźć winowajcę, kogoś odpowiedzialnego za własne niecne uczynki. W moim przypadku wypadałoby zacząć od tego świątecznego rozleniwienia, które sprawiło, ze zamiast wziąć się za redakcję jednej z tych dwu powieści, które na owa redakcję czekają, odpaliłem sobie Mumię, tę z 1999 roku. W moim przekonaniu to jedyny film, któremu udało się chwycić nić dziedzictwa Indiany Jonesa (którego akurat wtedy nikt nie kręcił) i unieść ciężar. Mamy w tym filmie mniej więcej to samo – Egipt, mumie (tylko tutaj ruchliwe), klimat awantury w stylu międzywojnia, charyzmatycznego awanturnika i żywiołową dziewczynę, która na początku trochę się focha. Do tego humor, zagadki archeologiczne (powinienem wstawić cudzysłów) i dużo mordobicia, strzelanin oraz udanych postaci drugoplanowych. To, co nie udawało się całej masie podróbek Indiany, tutaj w końcu zagrało. Jakoś tak z rozpędu po obejrzeniu pierwszej Mumii oglądnąłem i drugą (ciut słabszą, ale ciągle niezłą). Podarowałem sobie natomiast trzecią. Synowie (zwłaszcza dorośli) najwyraźniej przynoszą takim filmom pecha (choć, muszę przyznać, że nie należę do przeciwników czwartego Indy’ego). No i co to za Mumia bez Rachel Weisz?

mummy1Dziwnym trafem następnego dnia, a może nawet tego samego, czas dziwnie się zlewa podczas Świąt, trafiłem na Asteriks: Misja Kleopatra. Aktorskie wersje przygód dzielnych (a tam dzielnych, opitych napojem) Gallów niekoniecznie są tym, co chciałbym wspominać na starość, ale ten film akurat się udał. Może to zasługa Moniki Bellucci, ale odnoszę wrażenie, że sam temat chwycił. Zresztą ten tomik to także jeden z moich ulubionych komiksowych.

Z tego wszystkiego wzięła mnie ochota na Egipt. Mogłem oczywiście sięgnąć po powieść Faraon Prusa, albo Egipcjanina Sinuhe Miki Waltari, ale moja chętka była zupełnie innego rodzaju. Chciałem zagrać w coś w egipskich klimatach.

kleopatra

Wiele takich gier nie powstało. Mam na GoGowej półce Kleopatrę, więc ewentualnie mogłaby mi wystarczyć. Tak się jednak złożyło, że w jednym ze sklepów co to sprzedają wszystko co się da, ogłoszono wielkie wietrzenie magazynów i Assassin’s Creed Origins na PS4 zaoferowano tam w cenie 109 jednostek krwawicy. Przeliczyłem fundusze, uznałem, że pod koniec stycznia nie muszę jeść i doszedłem do wniosku, że mogę dać serii AC trzecią szansę.

brylska1Barbara Brylska w Faraonie wyglądała właśnie tak

Poprzednio niezbyt mi z tym cyklem wychodziło. Za pierwszym razem ciśnienie podniósł mi już sam proces rejestracji. Niezbyt się wtedy lubiłem ze Steam, a tu jeszcze gra domagała się – o ile mnie pamięć nie zwodzi – założenia konta Microsoftu, a gdy to zrobiłem oświadczyła, że nie ma mowy o odpaleniu, jeśli nie założę też konta Ubisoftu. To zaś przebiegało jakoś dwuetapowo. Kiedy wreszcie gra w łaskawości swojej ruszyła, byłem do niej nastawiony umiarkowanie życzliwie. A wtedy ona opowiedziała mi o swoim sterowaniu dostosowanym do pada na xbox. Był to koniec moich przygód z serią AC na parę lat. Ponieważ jednak wszyscy zachwycali się jej drugą odsłoną odczekałem aż jej cena spadnie mniej więcej do ceny wyskoczenia na piwo, kupiłem ową drugą część na PS3, odpaliłem bez żadnych cudowań z rejestracjami oraz sterowaniem i… zasnąłem na etapie prologu podczas których nudny współczesny koleś biegał za jakaś laską po najnudniejszych lokacjach jakie  życiu w grach widziałem. Kiedy obudziłem się na drugi dzień podjąłem heroiczną próbę pokonania prologu po raz drugi. Tym razem zasnąłem na miesiąc.

Faraon 1-F-271-26A to Ewa Krzyżewska w towarzystwie Jerzego Zelnika. Facet wygląda na zadowolonego. I trudno mu się dziwić.

W ekran ładowania AC:O wpatrywałem się więc podejrzliwie, oczekując, że zaraz znowu zobaczę nudnego kolesia w nudnych lokacjach i zasnę. Niespodziewanie gra zapunktowała wrzucając mnie w sam środek akcji. Zabiłem jakiegoś wielkiego kolesia, potem paru jego kumpli by z własnym kumplem wyjść z jaskini na szerokie przestrzenie krajobrazu. Tym, którzy poczuli się w tym momencie jak w Skyrim wcale się nie dziwię ale nic a nic mi to nie przeszkadzało, bo zabijane było udane a przestrzenie nadzwyczaj ładne. Powędrowaliśmy z kumplem do wioski na wielbłądach przychodzących gdy na nie zagwizdać (Wiedźmin! – zakrzykną niektórzy, mnie przypomniało się Red Dead Redemption). Po drodze próbowałem szukać Egipcjanek przypominających dwórki Kleopatry z komiksu bądź jego ekranizacji albo Barbarę Brylską bądź Ewę Krzyżewską z Faraona. Tak dobrze nie było, choć wszystkie mijane panie starały kołysać biodrami. Potem znowu kogoś zabiłem, upolowałem kilka koziołków i dwa razy tyle panter, pościgałem się ze złymi ludźmi na pustyni oraz wykonałem tajną misję cichociemnego mającą na celu uwolnienie jeńców (nie wiem po co, o ile się orientuję kolesie wrócili do domów w wiosce zarządzanej przez złych kolesi, przecież oni zaraz znowu ich aresztują, zwłaszcza, że w swoim stylu działając skrycie wyciąłem pół garnizonu). Misja była fajna, choć skradanie się w trawie, żeby założyć komuś nelsona wyglądało zupełnie jak w Uncharted 4, tylko tam do dyspozycji miałem spluwy, na wypadek gdyby coś poszło nie tak.

faraon_mikołajewska

Krystyna Mikołajewska w Faraonie. Zelnik plącze się pewnie gdzieś poza kadrem.

Z ochotą wykorzystałem punkty doświadczenia zdobywając dzięki nim lepszą wprawę w zabijaniu. I usatysfakcjonowany takim zwiedzaniem Egiptu wyłączyłem konsolę. Moje trzecie podejście do serii AC można wreszcie uznać za udane. Ta gra, w moim przekonaniu, nadaje się do grania i potrafi sprawić przyjemność. I wiecie, co? Prawdopodobnie nigdy jej nie ukończę.

To zapewne nie jej wina. Kombinowałem jakby tu obarczyć ją odpowiedzialnością i odkryłem, że gry z otwartymi światami w pewnym momencie przestają mnie cieszyć a zaczynają nużyć. Nigdy nie ukończyłem Skyrim. W momencie, w którym zabijałem smoki splunięciem przestałem widzieć sens grania dalej (powiedzmy sobie szczerze, nie mogła być nim fabuła). Reanimowałem grę przy pomocy modów typu LSD, dzięki czemu jeździłem po okolicy na pastelowych kucykach w towarzystwie japońskiej lolity szczebioczącej do mnie wyłącznie w jeżyku gejsz, ale to bawiło mnie przez jakąś godzinę. Potem wspiąłem się na kucyka wielkości góry, rozdeptałem nim kilku olbrzymów i straciłem zapał. Podejrzewam, że nie ukończę też nigdy Fallout4, w który gram mniej więcej od roku. Może nie zabijam wrogów splunięciem, ale ciekawie zrobiło się tylko ostatnio (w sobotę, gdy do gry wróciłem). Spotkałem przeciwników, którzy zabijali mnie żebym nie wiem jak kombinował, aż przypomniałem sobie, że w bazie mam pancerz wspomagany. A potem ich rozdeptałem.

asterixChoć jednak otwarte światy to niezła wymówka (witaj Dragon Age 3), prawda jest taka, że niestety nie wyczerpuje ona tematu. Nie ukończyłem też Divinity: Original Sin, nowego Tormenta i Wasteland 2. W przypadku wszystkich tych gier bawiłem się nieźle, ale w pewnym momencie wyłączałem je, mrucząc: „za chwilę do nich wrócę”. W przypadku niektórych „chwila” trwa już ze trzy lata. Nigdy nie skończyłem pierwszego Wiedźmina. PoE2 czeka już prawie rok, żebym przerwał „chwilkę” przerwy, chociaż ta gra naprawdę mnie wciągnęła i niezwykle mi się podobała. Ba, nawet Total War: Warhammer nie dokończyłem!

Smutna prawda jest taka, że gdybym miał wyliczać gry, w których w ostatnich latach dotarłem do końca, lista mogłaby się skończyć na siedemsetnym przejściu Fallout2 i czterysta pięćdziesiątym Fallout 1. No dobra, odrobinę przesadzam. Life is Strange też ukończyłem, a potem szybko zacząłem jeszcze raz, żeby zobaczyć czy tym razem uda mi się uratować jedną koleżankę przed samobójstwem. I tym razem już nie ukończyłem. Kończę też prawie za każdym razem Kingdom Rush i Kingdom Rush Frontiers i jeszcze parę innych gier. Oczywiście wszystkie Uncharted i wszystkie Uncharted jeszcze raz. Więc nie jest tak źle. Ale jednak gry nieukończone mają wielką przewagę liczebną.

mumianowaNowa Mumia, którą wszyscy zjechali, też miewa swoje momenty. Część z nich, to te, w których twórcy próbowali powtórzyć klimat filmu z 1999 roku (czasem wręcz do niego nawiązując). Podobno w montażu wyleciało sporo fragmentów z panią na zdjęciu, bo Tomek C. chciał być jeszcze bardziej głównym bohaterem, a ona zbyt odciągała od niego uwagę.

Może to dorosłość i starość? Wiecie, ten brak czasu… Ale skoro znajduję czas, by zaczynać piętnaście gier i poświęcać każdej po te pięć godzin, to zebrałoby się owych godzin na ukończenie jednej albo dwóch. Może więc szybko się nudzę? Filmy i książki, nawet jeśli w ich trakcie odkrywam, że nie wiem co robię w ich towarzystwie i po co, kończę. Oczywiście, zajmują one zwykle mniej czasu niż gry (sprawdzić, czy nie saga Martina). Filmy mogę też zwykle przewijać, czitując w ten sposób.Możliwe też jednak, że gry zmieniły się w jakiś sposób, który nie do końca do mnie przemawia. Albo też ja zmieniłem się w sposób, który nie do końca przemawia do gier. Albo potrzebuję ciągłych zwrotów akcji i zaskoczeń, fabuły a także czegoś nowego. Dlatego cieszył mnie Far Cry 3 (nie ukończyłem) bo był inny i nowy. AC:O przypominające mi ubogie cRPG, a trochę też właśnie Far Cry a trochę Uncharted już jakieś szczególnie nowe i oryginalne nie jest, ale pogram w nie jeszcze trochę w nadziei na spotkanie Barbary Brylskiej albo przynajmniej jej odpowiednika. To gra, którą mogę Wam  z czystym sercem polecić za 109 złotych. Nawet, jeśli nigdy jej nie ukończę.

Dodaj komentarz



36 myśli nt. „Pięć niedokończonych zdań na piątek

  1. Probabilistyk

    Słyszałem, że ludzie potrafią iść na łatwiznę i oglądają przejścia gier na YT, niby jest to rozwiązanie problemu zbyt wielu rozpoczętych gier… jednak po przemyśleniu chyba tak bym nie mógł. Wolę trzymać się zasady – jeśli nie masz czasu/wiesz że nie będziesz mieć na skończenie – to nie zaczynaj (i nie kupuj), przeczytaj recenzję i wrzuć na wish listę (wish listę by mieć czas na te gry :P ).

  2. KojoBojo

    Po urodzeniu córeczki i przy ograniczonym bardzo czasie na hobby, wzięło mnie ostro na granie i kończenie gier. Wstaję 5 rano do pracy – wracam, zależy od ruchu – 14,15 godzina. Potem, dzieciątko idzie spać koło 19 czy 20 i mam czas do 23 na granie. Czasem jakiś serial albo film siądzie gdy żona nie jest za bardzo wykończona :) . Stwierdziłem, że skoro mam bardzo ograniczony czas to chce go wykorzystać maksymalnie na wartościowe gry. Pierwszy raz w życiu skończyłem Baldura 1 z dodatkami i teraz kończę drugiego (oczywiście EE). Skończyłem też Icewind Dale EE. W 5 miesięcy :) w międzyczasie było jeszcze pykanie w Destiny 2 ale znudziło mi się w końcu i odpuściłem całkowicie. Krew mnie zalewa np. gdy patrzę na licznik DOTY2 na steamie… prawie 4800 GODZIN! Tyle czasu zmarnowałem, a przeszedł bym w tym czasie wszystkie Baldury ze 24x :) Ale człowiek był młody i był kawalerem :D W kolejce czekają Tormenty, Pillarsy, Numenera i inne rpgi które w życiu nie ukończyłem bo coś mnie zawsze rozpraszało. Nie kupuję nic nowych gier, sprawdzam to co mam i jak się podoba to gram dalej jak nie to trudno i uninstall. Tak samo nauczyłem się nie robić wszystkiego w grach a byłem strasznym completionist (jaki będzie odpowiednik po polsku ?) Np. Pykałem w Horizona New Dawn i jak mi się gra podoba tak to wiem, że na pewno nie wykonam wszystkich pobocznych aktywności i misji bo są nudne. Także przy ograniczonym czasie człowiek dopiero docenia dobre granie. W kolejce czeka na mnie może ze 20 gier i wszystkie po kolei odhaczę :)

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @KojoBojo

      Tu mi uświadomiłeś (mimochodem), że strategie bardzo kradną czas na inne gry. Bo co to znaczy: „ukończyć grę” w takich seriach jak TW, EU czy Civ? Przejść kampanię? No ale to się chyba nigdy tak nie kończy? Takiego Medievala (czy Shoguna) przechodziłem bądź starałem się przechodzić każdą nacją. Podobnie w Civkach. Niektórymi przechodziłem kilka razy. Ludzie, ile to godzin! A przeliczając na np. Ajsłindejły? Bo w przeliczeniach na Baldurs2 to już niekoniecznie (ponad 200 godzin grania z dodatkiem).
      Pewnie podobnie jest z MMO i sieciówkami.

      Gdyby więc gry przeliczać na godziny a nie tytuły, to bym ich przechodził więcej:D

      1. maladict

        @bosman_plama

        W Civce czy Europie Universalis masz przynajmniej końcową datę. Co z kolei powoduje, że ostatnie kilkanaście lat robi się po prostu nudne. Bo po co budować jak się nie zwróci? Po co wypowiadać wojnę jak jest szansa, że nawet jej nie skończysz. Często zdarza mi się, grając w EU, że te ostatnie lata przechodzę z zaciśniętymi zębami, ‚żeby tylko skończyć’ i móc z czystym sumieniem zacząć grę od nowa jakąś inną nacją.

  3. maladict

    To ja jeszcze dorzucę jeden powód niekończenia gier. Chodzi mi o cRPGi, a powodem jest obowiązkowa walka z final bossem. Ja rozumiem, że musi być grande finale i ostateczny punkt kulminacyjny, ale jakoś zniechęca mnie gdy po kilkudziesięciu godzinach podejmowania ważnych wyborów i ratowania świata wszystko sprowadza się do tego żeby wystarczająco szybko nacikać klawisze w odpowiedniej konfiguracji a na koniec okazuje się, że punkty które wpakowałeś w Charyzmę celem odblokowania dodatkowych ścieżek dialogowych (czytaj: posiadania więcej radości z grania) powinieneś wpakować w Zręczność, żeby unikać specjalnych ataków bossa. Witcher był przynajmniej na tyle uczciwy, że zaserwował to w prologu części pierwszej, co skutecznie przekonało mnie, że to seria nie dla mnie.
    I w taki oto sposób na półeczce niedokończonych mam m.in. DA:O, oba KotORy i pierwszego Baldura.

      1. bosman_plama Autor tekstu

        @Daimonion

        DA:O w swoim czasie było czymś interesującym. Przywracało coś jakby rzut izometryczny (jeśli ktoś chciał i miał PC) w okresie, w którym falangi młodziaków wspierane przez ciężką kawalerię PRowców grzmiały rechocząc, że to już przeszłość pogrzebana pod kośćmi dinozaurów. Pozwalało korzystać (jak pozwalało, tak pozwalało, ale zawsze) z elementów scenografii przy miotaniu magią. Miało nie tylko historię, ale fefnaście otwarć, w zależności od tego, jaką postać wybraliśmy. I dawało się te postaci rozwijać jak się chciało, a do tego tworzyć drużynę. I wątków miało z pińdziesiąt. A te romansowe nie były najgłówniejsze, jak w jednej z kontynuacji.

        Do tego można było mieć tam psa. A i nasze decyzje miewały jakiś wpływ, a zakończenie można było rozgrywać na różne sposoby – czasem w zależności od tego, kim graliśmy.

        Dziś to już jakby staroć, któremu trudno równać się z Tyranny, PoE czy Divinity. Momentami pewnie wydawałby się nudnawy a do tego ciążą nad tym tytułem wypadki przy pracy kontynuacji.

        Ale, nie da się tego ukryć, są biusty.

        1. Daimonion

          @bosman_plama

          O matko, uświadomiłeś mi właśnie, że to nie było o Inkwizycji… Nie wiem, skąd mi się to pojawiło w mózgu. Prawdopodobnie automatyczne skojarzenie „Dragon Age” i „nie skończyłem”.
          To przepraszam, wycofuję się, można zagrać. Ale najlepsze są tam różne historie początków. Im dalej w fabularny las, tym robi się bardziej przewidywalnie. A mnie najbardziej brakowało postaci w drużynie, które dałoby się lubić. Większość (z Alistairem na czele) potwornie działała mi na nerwy. Jedna Morrigan, zwłaszcza z oryginalnym dubbingiem, była w dechę. I Loghain, ale on późno się pojawił.

          1. maladict

            @Daimonion

            Oczywiście, że chodziło mi o Dragon Age: Origin, w którym, jak wszyscy chyba się zgodzą najmocniejszym punktem była Morrigan a jej dialogi i sideboob w szczególności.
            Co mi przypomina tezę, którą kiedyś wysnułem, że porządny cRPG, z braku możliwości prawdziwego rolplejowania stoi dobrze zrobionymi NPCami. No bo tylko spójrzcie – Minsc (and Boo! Don’t forget Boo!!) z Baldurów, Morte z Planescape, Morrigan i Oghren z DA, HK-47 z KotORów, że tylko wymienię osobistą czołówkę…

  4. Daimonion

    Nie wiem, czego to objaw, ale czytanie, jak Bosman rąbie na funty szterlingi AC sprawiło mi dziką frajdę… Ja miałem z tym kontakt przy okazji rozdawnictwa AC3 i do tej pory pamiętam, jak potwornie wnerwiło mnie sterowanie. Z duszą na ramieniu podszedłem więc do Czarnej Flagi, którą ktoś tu rekomendował, i – choć nadal uważam sterowanie za fatalne – jakoś da radę w to grać. Pół roku temu zaplanowałem, że wreszcie zbiorę się na tyle, by opuścić Hawanę, ale jakoś tak zeszło… Wygląda na to, że przestajemy być prawdziwymi mężczyznami, skoro potrafimy jedynie zaczynać, a nie kończyć.
    PS – Pierwszego Wiedźmina skończyłem ze cztery razy. Trzeciego z trudem raz. Jakoś po początkowym oczarowaniu potem mnie przytłoczył/znudził… Nawet na DLC nie mam ochoty. Starość, czy co?

  5. lemon

    Oprócz naszego wieku i związanego z nim bardzo ograniczonego czasu wolnego, wpływ na niekończenie gier ma ukazująca się ich liczba. Za czasów Baldurów, czy nawet NWN te gry nie miały w zasadzie konkurencji. Grało się namiętnie, bo na horyzoncie i tak nie było nic ciekawszego. A teraz? Patrzę na backlog erpegowy i nadal mam do zaliczenia ponad 10 dobrych tytułów. W F:NV nie zrobiłem ostatniego questa, bo przed nim chciałem zaliczyć wszystkie dodatki (dotąd zaliczyłem jeden). Taki Medal of Honor robił wrażenie kampanią, a potem wysypało się strzelanek z co najmniej równie dobrymi misjami, tylko to wszystko ginie w tłoku. Nie dziwota też, że gry z otwartym światem a słabo zarysowaną fabułą w pewnym momencie się nudzą. Grasz sobie i jest przyjemnie. Nagle nachodzi cię ochota postrzelać zamiast rąbania, więc odpalasz inną grę, potem byś się pościgał, potem polatał w kosmosie albo podbił Europę. Nagle masz 40 gier na dysku i żadna nie ukończona.

    A co do Egipcjanek, to Kleopatra i żona Bayeka są niczego sobie.

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @lemon

      Egipcjanki to w ogóle dla mnie takie zalążki erotyzmu. Bo dziecięciem będąc zobaczyłem i Faraona (to musiało przeorać mózg młodzieńca, którego liczbę lat dawało się zapisać jedną cyfrą) i potem tego Asteriksa. Asteriks był wprawdzie po niemiecku, ale dzieciom takie drobiazgi nie sprawiają problemów. W efekcie starożytny Egipt kojarzy mi się z najseksowniejjszymi kobietami wszechczasów, koniecznie w białych sukniach:).

  6. Revant

    Znam to dobrze, zwłaszcza po narodzinach córy (piąteczka KojoBojo!). Jednakże, udało mi się ogarnąć i zrobiłem rachunek sumienia (przejrzałem listę prawie 700 gier, które posiadam na steamie), sporządziłem litanię (listę gier, które z pewnością chciałbym ograć lub spróbować) i przystąpiłem do pokuty (czyli ogrywam tytuły tylko z tejże listy). Idzie powoli, ale mocno się trzymam i jakoś idzie ;) Oprócz gier z listy pogrywam z gikzami w R6: Siege (zapraszamy chętnych!) oraz ETS2, bo to jednak przyjemny nałóg :D nie kupuje nic na premierę, jedynie posiadam subskrypcję humble monthly, która aż nadto mi wystarczy. Jedyny wyjątek jaki nadejdzie, to kupno odświeżonego Resident Evil 2, bo nie mogę puścić tgo hype trainu z wagonem zwanym nostalgią :P

  7. projan

    A to ja mam inaczej. Kończę prawie wszystkie. Koniec wieńczy dzieło, więc nie ruszam jeśli nie mam zamiaru skończyć.
    Podobnie z książkami – przeważnie nie zabieram się jeśli jest to część większej całości nie skończonej przez autora. Szlag mnie trafia gdy zaczynam po roku/dwóch kolejna część nie pamiętając już co było poprzednio. Mam wrażenie że coś mi umyka, jakieś wątki, połączenia, wrażenia gubią w w tym „międzyczasie”.
    Wyjątek zrobiłem dla niejakiego Majki. :)

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @projan

      Dziękuję:). Z cyklami – zwłaszcza dłuższymi – jest dość złożóna sprawa. Lubią je czytelnicyi lubią je wydawcy (bo pierwsza powieść to zwykle zbadanie terenu, jesli się sprzeda – niekoniecznie super wysoko, ale jakoś – to druga ma lżej; a jeszcze lżej, gdy jest kontynuacją. Do tego każdy kolejny tom podbija sprzedaż poprzednich). Ale pisarze już niekoniecznie. Naawet ci, którzy planują sobie jakiś cykl na wielka ilość tomów zwykle od nich potem uciekają pisząc coś innego po drodze. Erikson to akurat jeden z wyjątków, który właściwie nie robił skoków w bok (jeśli już to w tym samym świecie). Ale większość autorów szybko zaczyna myśleć o czyś innym, nowym.

      Inna strona cykli to ta, o której wspomniał projan – istnieje wcale niemała grupa czytelników deklarujących: „przeczytam, gdy ukaże się całość”. Problem w tym, że jeśli przy okazji nie kupują kolejnych tomów, lecz odkładaja ich zakup „aż ukaże się całość”, to mogą się tej całości nie doczekać, bo wydawca kieruje się wynikami sprzedaży. Rafał Dębski aż tak to odczuł, że jakiś czas machnął apel w tej sprawie na fejsie.

        1. bosman_plama Autor tekstu

          @projan

          Takie podsumowanie zrobił ostatnio Powergraph w nowym Wegnerze, acz nie na początku tomu (pewnie żeby nie dorzucać parunastru stron do książki) lecz osobno w e-booku do ściągnięcia za darmo. Ja staram się unikać długich cykli, w pierwszym kwartale 2019 ukaże się pierwszy tom takiego czteroczęściowego, więc pewnie będę tam wrzucał jakieś streszczenia.

  8. brum75 Czytelnik pierwszej klasy

    O, i Bosmana dopadło to co mnie kiedyś. Szybkie googlanko i wychodzi że i tak dłużej się trzymałeś :) Moim zdaniem to kwestia PESELu ale jak sam mądrze stwierdziłeś „Oczywiście, to bardzo wygodne znaleźć winowajcę, kogoś odpowiedzialnego za własne niecne uczynki” – więc uznajemy że to wina gier że już nie są takie-jak-kiedyś!

  9. Mnisio

    Z książkami już od dawna mam tak, że jak jest słaba to nie kończę – szkoda mi życia na czytanie słabych książek, jak i tak nie mam go na czytanie dobrych.
    Z grami natomiast często wybieram te które mają największy potencjał utylizacji czasu (strategie, rpg), a potem sam się dziwię, że nie mam czasu na inne:).
    Ostatnio zdecydowałem, że gry muszę kończyć lub odinstalowywać (glównie chodzi o rpg) i czasem mi się to udaje – zmusiłem się do skończenia wiedźmina 1, choć walki były łatwe. To ogólnie problem w rpg – jak nie trafisz w dobry build to się męczysz na końcu, a jak trafisz to idziesz jak po kwiatkach. Jedyna gra w której mi to nie przeszkadzało to Arcanum – tam nawet jak byłem OP to mi nie przeszkadzało – natomiast przestałem grać jak stwierdziłem, że zawsze kończę mechanikiem i że muszę zagrać grę magiem – to mnie odepchnęło solidnie.

Powrót do artykułu