Pięć mitów na piątek

bosman_plama dnia 6 marca, 2015 o 9:01    131 

pong

Obserwowanie dyskusji toczącej się na jednej z fejsowych grup („Kto jest królem fantasy”) przypomniało mi, że każda grupa, czy też każdy zbiór ludzi połączonych wspólnym hobby, potrzebuje mitu założycielskiego. Coś w rodzaju: „na początku była ciemność, a potem rozbłysły monochromatyczne monitory i wszyscy grali w Ponga”. Poniższy tekst nie będzie jednak  wyliczeniem cudów growej prehistorii, to byłoby zbyt proste.

Na początek kilka wersów wyjaśnienia, żebyśmy się dobrze rozumieli. „Mit” w potocznym rozumieniu oznacza coś nieprawdziwego, z czym musimy się zmierzyć a najlepiej rozprawić. Co pewien czas media ogłaszają triumfalnie obalenie jakiegoś mitu, np. „upadł mit, że gry wywołują agresję”. No dobra, tego akurat nie ogłaszają, ale byłoby miło, gdyby kiedyś spróbowały.

Takie rozumienie mitu jest równie prawdziwe jak opisanie logiki przez przypowieść kończącą się dialogiem: „Masz akwarium?” „Nie.” „No to jesteś pedałem”. „Logika” potoczna i „logika” nauki nie mają ze sobą wiele wspólnego („czyli nic”, cytując Kazika). Tak samo jest z mitem. „Mit” w rozumieniu potocznym to coś nieprawdziwego. W rozumieniu naukowym mit to pewien sposób opisywania poznawanej rzeczywistości, żeby Was dobić terminologią – mit jest metajęzykiem. O ile dla mnie, jako ośmiolatka, mity greckie były zbiorem fajnych bajek, swego rodzaju opowieściami fantasy, to już dla dwudziestoletniego mnie, studenta jednego z hobbystycznych kierunków, stanowiły fascynujący przekaz opowiadający o pewnym obrazie wszechświata. Opowiadającym o równie prawdziwych przekonaniach, jak dziś ufność, że fizycy wiedzą o czym mówią, nawet, jeśli my ich nie rozumiemy.

zeusGry czasem odwołują się do różnych mitów bezpośrednio. To na przykład gra „Zeus Pan Olimpu”, w której wbrew pozorom wcale nie graliśmy Zeusem.

Uff.

Kiedy więc będę pisał tu o „mitach założycielskich”, to choć nie jest to rozprawka naukowa, będzie mi bliżej do naukowego niż potocznego znaczenia słowa „mit”.

Uff, uff.

Przechodząc do rzeczy. Fani fantasy szukając swoich herosów założycieli przywołują zwykle Tolkiena bądź Howarda. Niektórzy dorzucają do tego LeGuin. Gracze, którzy jeszcze pamiętają wyroby czekoladopodobne, odwołują się właśnie do Ponga, który miałby być ojcem wszystkich gier. Jego boska moc pozwalała mu nawet na pokonanie żelaznej kurtyny. Pamiętam, jak z gromadą innych dzieciaków, ale i rodziców, wybiegłem w czasach upadłego systemu gospodarczego, na placyk przed domem, bo zajechała tam właśnie ciężarówka, na pace której miał skrywać się jakiś cud technologiczny. Cudem owym był właśnie Pong, którego na początku poznawaliśmy tak, jak nasi pradziadowie poznawali mumie i kobiety z wąsami – jako towar obwożony od wioski do wioski.

kratosTo nieco bardziej twórcze podejście do mitologii greckiej. Sprowadza się do hasła: „poznaj bogów i zabij ich”.

Jakkolwiek za pierwszym przyszli kolejni herosi, z których część stała się totemami naszego globalnego plemienia, Pong mógł być spośród nich najpierwszym.

Tylko, wiecie, mało kto o nim pamięta.

Jak narzekali już kapłani starożytnego Egiptu, świat musi upaść, bo dzisiejsza młodzież nie jest tak doskonała, jak my niegdyś i ma w nosie nasze świetne obyczaje oraz naszych najlepszych na świecie bogów. Dla kogoś, kto ma dziś lat dwadzieścia, Pong to prehistoria, ciekawostka z muzeum archeologicznego. Można doznać poruszenia na widok mumii, ale seksu z nią raczej nie będzie.

eye of beholder 2Najwygodniej dla mnie będzie to pokazać na przykładzie, oczywiście, cRPGów. Nie sięgam pamięcią tak daleko, by przypomnieć sobie, jaka gra powinna dzierżyć palmę pierwszeństwa. Jednak dla części z moich znajomych bogami cRPGów były Betrayal at Krondor, Realms of Arkania czy Eye of Beholder. Kiedy więc wyszła taka nowinka, jak Baldurs Gate zgrali w nią chętnie, a nawet z zapałem. Mogli uznać nawet grę za przełomową, ale z pewnością nie stanowiła dla nich herosa, który rozpoczął karierę gatunku. Łatwo ich dziś rozpoznać. Ilekroć w necie wybucha dyskusja na temat przewagi starych gier nad nowymi, uśmiechają się ironicznie, po czym rzucają coś w stylu: „Baldurs Gate jako stara, klasyczna gra? Hehe, młodziaki”.

logNieślubny wnuczek gry z poprzedniego obrazka wygląda tak.

Jakkolwiek znaczna część z nas odnajduje się w modzie na powrót do cRPGów korytarzowych w stylu Legend of Grimrock, to dla graczy rozpoczynających swoje cRPGowe życie od Eye of Beholder zagranie w LoG to jakby przypominanie sobie starych rytuałów. Powrót do tego, czym cRPGi były niegdyś i czym być powinny na zawsze, do świętej prawdy o prapoczątkach, czystej radości grania.

betrayal at krondorPóźniejsze pokolenie (przy czym „pokolenie” nie odnosi się tu do daty naszego urodzenia, ale czasów, kiedy zaczęliśmy grać, bądź odkrywaliśmy jakiś gatunek gier) swój mit założycielki odnajduje właśnie w Baldurs Gate i do niego porównuje wszystkie gry, jakie ukazały się po nim. BG i BG2 stały się wyznacznikiem erpegowości dla milionów (a tak sobie rzuciłem liczbą) graczy na całym świecie. Jak silny jest mit założycielski niech pokaże los serii Dragon Age, której pierwsza część została przez baldursowców powitana z radością, bo nareszcie Bioware oddało hołd prawdziwemu bogu. Dragon Age to zresztą fascynująca seria właśnie dlatego, że szuka sobie boga, którego mogłaby wyznawać. Pierwsza część pokłoniła się starym, pogańskim władcom serc, druga próbowała zdobyć serca nowych, konsolowych wyznawców (choć zaryzykuję heretyckie stwierdzenie, że jej twórcy starali się równocześnie wejść w buty Planescape: Torment), natomiast trzecia spaliła stare i mniej stare ołtarze by wznieść świątynię na cześć najsilniejszego obecnie boga gier – Wielkiego MMOotha.

dragon-age-inquisitionTym samym doszliśmy do nowego herosa i nowego mitu założycielskiego. World of Warcraft.

cRPGi dotknęła ta sama radosna herezja, co niemal wszystkie inne gry (jakimś cudem przygodówki cały czas są od niej wolne – chyba – choć nie rozumiem dlaczego; przecież wspólne rozwiązywanie ultratrudnych zagadek też może być fajne; możliwe jednak, że tę „zagadkową” niszę częściowo zawłaszczyły sobie właśnie cRPGi) – usieciowienie. O ile pierwsze Neverwinter Nights próbowało herezję obłaskawić proponując graczom wspólne zwiedzanie lokacji znanych z singla oraz budowanie własnych przygód, rozwiązanie to, choć znacznie przedłużyło życie gry. nie przyjęło się tak powszechnie jak system rozpowszechniony (bo nie wymyślony) przez WoWa. W strzelankach herezja doprowadziła do tego, że kampanie singlowe stały się tylko tutorialem dla sieciówek, albo w ogóle zanikły. W cRPGach herezja stworzyła nową jakość grania. I ta nowa jakość pożera, jak przystało na istoty mityczne, swoich rodziców, co znów widać doskonale na przykładzie serii Dragon Age. A najtragiczniej i dosłowniej na serii KotOR.

torWeź grę z ciekawą, zakręconą i mroczną fabułą, zmień ją w MMO i pozwól graczom zostać kim zechcą żeby mogli zabić dziesięć robotów, żeby mogli potem zabić jeszcze piętnaście robotów, żeby mogli…

Z mojego punktu widzenia – perspektywy starego kapłana nadającego na „tę dzisiejszą młodzież” – kłopotem jest to, że o uwagę producentów muszę rywalizować z graczami, dla którym mitem założycielskim jest właśnie WoW. I to WOW określa dziś kształty gier RPG. Być może za pięć lat najgłośniejsze będzie pokolenie dla których herosem kosmicznym, unoszącym na swoim karku bryłę świata będzie Dragon Age, ale śmiem w to wątpić, bo ta seria ma problem z oryginalnością. Pierwsza część miała być nowym BG, trzecia jest single MMO (to zresztą dowód, że gorszy bóg wypiera lepszego, Kingdoms of Amalur: Reckoning było naprawdę lepszym i fajniejszym single MMO niż jest nim DAI, ale przepadło wraz ze studiem, podczas gdy DAI święci triumfy). Jedyny pomysł serii DA na siebie, to upodabniać się do kogoś innego. Jak na ironię, gdy raz spróbowali czegoś oryginalniejszego ponieśli klęskę, a gracze niemal pożarli ich żywcem. Przy czym warto podkreślić, że przyczyną klęski nie była oryginalność, a spartolenie produktu.

koarAż naszła mnie ochota, żeby znowu w to zagrać

Zatem nie DA, ale WOW rządzi dziś duszami cRPGów i jest głównym bogiem naszego panteonu. Starcy, tacy jak ja siedzą w katakumbach kickstarterów i gier indie ciesząc się dreptaniem bez końca po własnych śladach i nie licząc na to, że jakiekolwiek innowacje mogą przynieść pozytywny skutek. Bo co dobrego może wyrosnąć z mitu założycielskiego, którego sensem i celem jest grindowanie bez końca?

Niemniej, za jakieś dziesięć lat pokolenie WOWa będzie patrzyć z góry na gry oparte na jakimś nowszym, jeszcze bardziej komercyjnym paradygmacie i wzdychać, że kiedyś to były gry. A to dlatego, że mit, teraz wracamy do trudnego terminu z początku wpisu, jest metajęzykiem, a zatem zarówno opowieścią, jak i formą jej przekazu równocześnie, opisem i językiem na raz. Kształtuje nie nasze poglądy, ale cały nasz system myślenia i język, jakim opisujemy nasz świat. Dlatego jedni nie potrafią wyzwolić się z przekonania, że jedyną prawdziwą grą jest Fallout, bo gdy myślą o grach, myślą: Falloutem, Tormentem, WOWem.

Ponieważ zaś „jestem tym, co jesz”, to jeśli myślisz WOWem, zostając twórcą nowej gry najprawdopodobniej spróbujesz, jak bardzo byś się nie starał, wyprodukować coś w rodzaju WOWa.

minecraft

Chyba, że jesteś tricksterem, jednym z tych bogów i półbogów, których cechami są wieczna niezgoda na zastaną rzeczywistość i skłonność do wykręcania numerów ludziom i bogom. Wtedy nawet wychowanie w konkretnym języku nie przeszkodzi ci zaszaleć. Takim tricksterem mógł być np. Markus „Notch” Persson albo (teraz rozlegnie się seria powarkiwań) Peter Molyneux. Jakkolwiek tricksterzy w mitologiach to zwykle oszuści i naciągacze, najlepiej bawiący się cudzym kosztem, przejawiający skłonności do paskudnych dowcipów, to jednak równocześnie oni właśnie stawali się bohaterami największej ilości opowieści. I mimo swoich wrednych charakterów nieśli ludziom nadzieję. A to dlatego, że nie tyle stawali po stronie ludzi przeciw bogom, co lubili kierować się wyłącznie własnym widzimisie, dzięki czemu byli oryginalni, oraz wprost kochali wbijać szple wielkim korpo… To jest, chciałem napisać, wielkim szefom panteonów.

Dodaj komentarz



131 myśli nt. „Pięć mitów na piątek

  1. Revant

    I to wszystko właśnie mnie dziwi. Skoro tak bardzo zmieniają nam się mity, to dlaczego stoimy teraz w stagnacji? Czemu odczuwa się bardziej regres niż progres branży? Niby wiemy co chcemy, bo mamy w głowach nasze mity, ale jednak twórcy robią co chcą. Czy to kwestia tego, że mity dla „większości” odbiorców nie istnieją? albo to może właśnie taki trend dzisiejszego świata – wychowano mnie w jakieś wierze, ale że żyjemy w „liberalnym” świecie to i tak mam to gdzieś – co twórcy odczytują jako „weźmy starą markę (bo to pamiętają) i zróbmy po swojemu (bo nie obchodzi to graczy, póki wygląda ładniej od starego)”.

      1. Revant

        @Epipodiusz

        no tak, ale te liczby, słupki i tabelki skądś się biorą. Głownie ze sprzedaży poszczególnych tytułów, czy like’ów na mordoksiążce, co bądź co bądź jest statystycznym odzwierciedleniem trendów. Jak gra się sprzedaje w rekordowej ilość egzemplarzy to najwidoczniej jest to gra rewolucyjna. Niestety, ale większość dzisiejszych odbiorców gier to laicy, którzy na grach po prostu się nie znają. Kupują je dla dzieciaków, aby samemu sobie „popykać”, albo popatrzeć na ładne widoczki. Sad, but true. Zamiast patrzeć w tył i budować na błędach, łatwiej jest popatrzyć na to co się akurat sprzedaje i dać to klientom. Popyt i sprzedaż, a nie prawdziwy rozwój jakiejś dziedziny. Dlatego też nie ma jeszcze leku na raka, bo profit przynosi leczenie, a nie wyleczenie pacjenta :(

        1. Toc85

          @Revant

          NAzwij mnie rosyjskim trollem forumowym, ale winę za to ponosi USA!

          Serio. Tamten rynek masowo wchłania g0wno pod szyldem CoDów, Mass Effectów, Batelfildów i tego typu śmieci. Growy fastfood stał się po prostu opłacalny. Kupić, przeżuć w parę godzin, odstawić na półkę.

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @Revant

      Ale regres jest wpisany w każdą grupę/profesję kurczowo trzymającą się starych zasad. Gdybyśmy bez końca robili kolejne „baldursy”, to dopiero byłby zastój.
      Natomiast w sytuacji, gdy głównymi inspiratorami zmian są księgowi, to zmiany są jakie są.

    2. brum75 Czytelnik pierwszej klasy

      @Revant

      „Skoro tak bardzo zmieniają nam się mity, to dlaczego stoimy teraz w stagnacji? Czemu odczuwa się bardziej regres niż progres branży?”

      A to nie jest tak że może dla Ciebie, dla mnie, dla grupki gikzów i jeszcze tam kogoś jest regres ale dla innych to wprost przeciwnie? Przecież ktoś w to gra, ktoś płaci, ktoś kupuje – księgi rachunkowe nie kłamią. Forsa się obraca, kasa się zgadza. Dla nas czerpiących ze starych mitów obecne opowieści dziwnej treści to najwyżej bajeczki. Dla nowych pokoleń to świat zastany: tak jest a skoro tak jest – to znaczy że tak ma być, więc hajda za Kmicicem na Wołomontowicze, zabijmy 10 mobków żeby potem zabić 15…

      „Piękno jest w oku patrzącego” jak mawiają. Progres/regres najwyraźniej siedzi tuż obok :)

        1. MusialemToPowiedziec

          @Revant

          Jakiś rok czy dwa lata temu był wielki hałas o to, że tłum dziennikarzy powiedział „gamer is dead”.
          A nie ma co się oszukiwać, mają rację, to „użytkownicy gier” decydują w co gramy (i to dla nich EA ogłasza, że gry są za trudne i trzeba jeszcze bardziej je ułatwić). I trzeba tylko mieć nadzieję, że choć trochę to będzie pokrywać się z naszymi potrzebami.

          1. PeteScorpio

            @MusialemToPowiedziec

            Hasła pokroju „gamer is dead” można włożyć między bajki. Przecież od kilku lat przeżywamy boom w świecie e-sportu. Finały rozgrywek LoLa, Counter Strike’a czy DOTY nie odbywają się już w salach kinowych lecz w wypełnionych po brzegi halach widowiskowo-sportowych, a nawet na stadionach (Sangam Stadium – LoL 2014). Cały ten szum nie toczy się wokół „użytkowników gier” lecz wokół zawodowych GRACZY. Jestem więc daleki od stwierdzenia, że kult „gamera” umarł, wręcz przeciwnie, na moje oko ma się tak dobrze jak nigdy przedtem.

        1. furry

          @Waldek-Mat

          Dungeon Master 2? ;-) Chyba że myślisz o Stonekeep, ale to już po EoB.

          Ja się nie wkręciłem w EoB, ale oba DM przechodziłem z papierowym internetem, czyli numerem Top Secret, który brat skądś zorganizował. Bez tego się nie dało, bo o ile mapki nawet dało się wyrysować, to składanie zaklęć było jakąś, hehe, czarną magią.

      1. legwan.zielony

        @bosman_plama

        Albo Campbella :)
        Przeglądając swego czasu książkę Voglera miałem nieodparte wrażenie, że to po prostu inna wersja „Bohatera o tysiącu twarzy”, tyle że bez podawania przykładów z mitologii.

        A tak w ogóle, to z poradników do pisania najlepszy jest kalkulator fabuł powieści SF, stworzony przez Lema.

  2. furry

    Co do mitów założycielskich, zawsze fascynowało mnie zupełnie odmienne postrzeganie smoków – złych u Tolkiena i dobrych (no, powiedzmy) u LeGuin. W sumie, jak się zastanowić, to i inna filozofia rządząca światem, w Ziemiomorzu nie było bogów, ani konfliktu dobrzy-źli…

    U Howarda chyba sprowadza się to do „świat jest pełen złych mocy, których emanacje trzeba zgładzić”.

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @furry

      Tolkien napisał bardzo chrześcijański świat, a w chrześcijaństwie smoki mają raczej złą prasę. LeGuin podchodziła do tematu od zupełnie innej strony, a że ma dobre przygotowanie etnograficzne, to szukała też inspiracji szerszych niż tylko chrześcijaństwo i mitologia germańska. To i smoki mogła napisać inne.
      A Howard wiadomo – jest jak piszesz. Howard jest zresztą skrajnie racjonalistyczny w podejściu – wszystko co nadnaturalne jest dla niego podejrzane. Brzmi to zabawnie w kontekście fantasy, ale tak to wygląda.

  3. lemon

    Bosman, polecasz Kingdoms of Amalur? Przy premierze sprawdziłem demo, ale było meh: singlowe MMO z WoW-owatą grafiką, fabuła jakaś niby jest, ale nie na tyle, żeby dla niej chciało się grać. Chyba że potem jest lepiej. Co ta gra ma wg Ciebie fajnego?

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @lemon

      To rzeczywiście jest singlowe MMO, ale gra się całkiem miło. Na przykład nie ma prawie zadań pt.: „Przynieś mi trzydzieści czegoś”. Na początku trafią się ze dwa takie, ale kiedy obrastasz w herosowość, to właściwie nikt się już z nimi do Ciebie nie zwraca, albo przynajmniej jakoś to maskuje. Zresztą, możesz ich wcale nie brać, w niczym Ci to nie przeszkodzi w awansowaniu.
      Inaczej niż w DAI nie miałem wrażenia przeładowania kretyńskimi przeciwnikami po to, żeby grało się w to dłużej. Jasne, są przeciwnicy służący do nabicia punktów i nawet się respawnują (co może zmęczyć), ale nie miałem wrażenia ich natłoku.
      Inaczej niż w DAI walka jest bardziej zręcznościowa, a przy tym sprawiająca frajdę. Do tego gra ma własny bestiariusz, co pozwala odetchnąć od nawalani się w kółko z tym samym, co w innych grach, fajne lokacje, niezły system rozwoju postaci i broni a samej broni obłędne ilości rodzajów o tak rozmaitych możliwościach, świetnie się bawiłem sprawdzając jak co będzie działać. I jak zwykle nie czerpię wielkiej frajdy z modyfikowania broni, tak tu mnie to wciągnęło.

      Przemawia też do mnie bajkowa kolorystyka lokacji i umowna kreska postaci.

      Przy czym – bądźmy szczerzy – pograłem w to 40 godzin (mniej więcej), przerwałem z myślą „jeszcze tu wrócę” i nie wróciłem, choć teraz poczułem na to ochotę.

      To nie jest jakaś wielka gra. Masz otwarty świat i zręcznościową nawalankę. Troszkę dialogów, które bywają niezłe i zabawne, zróżnicowane krainy, itp. Nic szczególnie świetnego, co czyniłoby tę grę czymś wyjątkowo szczególnym. Ale posiada on pewną trudną do określenia fajność, której DAI nie posiada ani grama. Wędrując ememowo przez DAI muszę się zmuszać do dalszej gry, bo wszyscy mnie zapewniają, że za jakieś dwadzieścia godzin zacznie być fajnie. Wędrując przez KoAR pogwizdywałem pod nosem i uśmiechałem się na widok przeciwników.

      Ale nie będę udawał, że po demo robi się lawinowo zajebiściej. Gra jest teraz tania, możesz jej spróbować. Jeśli jednak demo Cie nie porwało, to nie będę Cie jakoś szaleńczo namawiał.

      Jest fajniej niż w demie, ale gra nie zmienia się nagle w coś zupełnie innego.

  4. maladict

    Chciałem tylko wspomnieć, że narzekanie na ‚dzisiejszą młodzież co starszych nie szanuje i bogów nie czci’ datuje się na okres jeszcze starszy, bo Sumer.
    Natomiast starożytni Grecy (jak o nich już wspominamy) byli wszekże święcie przekonani, że Arkadia – Złoty Wiek przeminął bezpowrotnie. Co gorsza ten sam los spotkał Wiek Srebrny i Brązowy a współcześni (czyli owi Grecy) żyją w Wieku Żelaznym czyli najparszywszym z możliwych.
    To tak w temacie, że kiedyś było lepiej.

    1. furry

      @maladict

      http://www.sadistic.pl/narzekanie-na-dzisiejsza-mlodziez-vt259604.htm

      Nie wiem, na ile istnienie tekstu „Skryba i jego zepsuty syn” jest prawdą, ale nawet jeśli to nieprawda, to dobrze opowiedziana, więc warta komentarza.

      Edit: http://www.syriacstudies.com/AFSS/Syriac_Articles_in_English/Entries/2010/6/13_The_First_Childrens_Literature_The_Case_for_Sumer_Gillian_Adams.html

      Ctrl+F „Juvenile Delinquency” :lol:

      Ewentualnie ta książka.

      1. bosman_plama Autor tekstu

        @aihS

        Ale PoE to takie półindie. I nie podskoczy sprzedażą, popularnością czy choćby rozpoznawalnością tytułu Skyrimowi, Mass Effect czy Dragon Age: Kołysanka. Zatem reprezentantami cRPGów w zmaganiach o dusze milionów pozostaną tamte tytuły.
        No, chyba, że PoE wystrzeli ponad wszelkie spodziewania.

          1. bosman_plama Autor tekstu

            @aihS

            Rzeczywiście, FNV byłby lepszy, choć nie wiem, czy sprzedał się tak dobrze jak Skyrim. Hajp popkulturowy był też w Skyrim niebotyczny (a wszystko przez kawałek Jeremego Soule i nieustającą modę na wikingów).
            No i zwykle nie biorę FNV pod uwagę, ze względu na specyficzne stany chemiczne mojego mózgu pojawiające się przy reakcji na słowo: „Fallout”.

            1. MusialemToPowiedziec

              @bosman_plama

              Raczej się nie sprzedał, skoro tak mało osób pamięta, że w FNV było „Byłem kurierem jak ty, ale dostałem kulkę w łeb”…

              Z drugiej strony, w FNV to było raz, a Skyrim strzałami w kolano rzucał na lewo i prawo u niektórych (prawdę mówiąc, nie wiem czy u mnie choć raz to powiedzieli…).

      1. aihS Webmajster

        @bosman_plama

        Na tej samej zasadzie co szejkowie na polskie modelki.

        Ostatnio przewinął mi się tekst o seksualności w Gwiezdnych Wojnach i w sumie wniosek był jeden – to temat nieporuszany na dobrą sprawę. Nie tabu, ale również nie przewodnia myśl. Disnej w ramach drukowania pieniędzy wprowadzi do SW wszystko co się da. Rycerzom Jedi i tak już nie wolno bawić się mieczami z płcią przeciwną więc nie zdziwię się jak skończy się to jakimś homoseksualnym odłamem. Byli Szarzy Jedi to będą i Tęczowi z legionami TransTrooperów.

        1. bosman_plama Autor tekstu

          @aihS

          Mocna wizja!
          Ale poruszany jakoś był – właśnie przez wątek oporu jedi w nowej trylogii. A w Clone Wars dodali romans Obi Wanowi.
          Natomiast związek Jabby z Leią był jednym z nielicznych przykładów na erotykę międzygatunkową w kinie (nie liczę porno zoofilijnego). I to jest ciekawy wątek. Zwłaszcza, że jest w świecie SW przynajmniej jedna rasa nastawiona mocno na pobudzanie seksualne samców (a teraz pewnie i samic) wielu ras.

          1. aihS Webmajster

            @bosman_plama

            Nie mówię, że w SW nie ma seksu bo jest, ale nie robiono z tego nigdy wielkiego halo. Różne zwyczaje również były poruszane (głównie w Expanded Universe), ale teraz Disnej jak Biołer będzie obowiązkowo wpychało każdemu prącia w dwunastnice w ramach szerzenia miłości i wolności. Ja wiedziałem, że ten murzyn wyskakujący znienacka musiał być zwiastunem rewolucji seksualnej. Wszyscy skupili się na mieczu ze świetlnym jelcem, ale to zapowiada jedynie nieograniczoną fantazję projektantów erotycznych gadżetów laserowych.

        2. MusialemToPowiedziec

          @aihS

          Seks w GW nie istnieje, bo GW to historia napisana przez Jedi. Jedi, których kod mówi „There is no emotion, there is peace. (…) There is no passion, there is serenity”.
          A z drugiej strony masz „Peace is a lie, there is only passion” Sithów.

          Dlatego twoja wizja się nie sprawdzi, bo niestety w świecie SW Tęczowi Rycerze byliby ZŁEM, które Luke i spółka musiałby zniszczyć.

          Przez co dziwne, że te 30 lat temu nikt tego wątku nie używał. Ciekawe jak dziś wyglądałby świat, gdyby kanonem SW było zdanie „Imperator to gej”.

              1. bosman_plama Autor tekstu

                @aihS

                Nie wiem, czy takie zbiorcze, na które czekasz, kiedykolwiek się ukaże. Ostatni sezon nadawała inna stancja, niż wcześniejsze, w związku z tym różnie może u nich być z prawem własności. Dla porównania – w przypadku Scrubs nie istnieje zbiorcze wydanie wszystkich sezonów, ostatni, nadawany przez inną stację, można kupić tylko osobno (co wzmacnia teorię ortodoksów, że serial kończy się na ósmym sezonie).

              1. bosman_plama Autor tekstu

                @lemon

                Powiem szczerze, że mnie się chyba żadna nie podobała. Łącznie z tak hajpowaną trylogią Thrawna, której powodzenia nie rozumiem. Wyjątek zrobiłbym może dla powieści Zahna o ekipie szturmowców – dezerterów, którzy bawią się w „Pułkownika Kwiatkowskiego”. Też nie była to rzecz wybitna, ale do czytania i bez wielkiego zadęcia.

              2. aihS Webmajster

                @lemon

                Odpowiem ci tak – właśnie zacząłem czytać powtórnie wszystko co mam więc chciałbym się wstrzymać z wydawaniem ocen. Na swoje nieszczęście zacząłem od Thrawna, którego uważam za pozycje solidną, ale bez szaleństwa. Wciągnąłem nosem 3 tomy w dwa dni, bez szaleństwa ;) Przez 17 lat (od mojej poprzedniej lektury) trylogia Zahna nie straciła tego o co trudno było w przypadku innych pozycji – ducha starej trylogii, który o dziwo współgra z masą nowych postaci i pomysłów. To jest największa zasługa Zahna bo tak jak wspomniałem są w EU lepsze książki, ale nie ma lepszych Starłorsów :) Nie bez powodu trylogia Thrawna została okrzyknięta mianem epizodów VII-IX.

                Co do Bane’a to pierwszy tom jest nawet fajny, ale drugi sam autor kończy chwaląc się, że napisał tę książkę w 6 miesięcy, taki pisarz, tyle literek, wow. Nie musiał o tym wspominać bo to się czuje. Trzeci tom czytam siłą rozpędu. Po tym wrócę jednak to moich ulubionych ram czasowych w okolicach NN i dalej.

                Co do ocen to tak jak mówię wolałbym wstrzymać się, ale tu również będę w mniejszości bo podobała mi się Nowa Era Jedi. Sam motyw przewodni jest taki sobie, ale książki są po prostu lepsze, doroślejsze.

                Jakimś cudem nigdy nie przeczytałem serii X-wingi więc czeka mnie w tym maratonie lekki powiew świeżości w moich ulubionych klimatach o ile się nie mylę.

                ed: Warto chyba wspomnieć, że moja miłość do powieści ze świata SW nie kłóci się z tym, że mogę sobie przeczytać Dukaja czy inne „rzeczy na poziomie”. Niektórzy a priori wrzucają wszystkie licencyjne twory do kosza, ale ja nie widzę problemu by dobrze się przy nich bawić. Herbatę ekspresową z torebki też piję choć wiem, że nie ma za wiele wspólnego z prawdziwą ;)

              3. aihS Webmajster

                @furry

                A no w sumie to zero zaskoczenia. Część tego co na amazonie ma wersję Kindlową również jest tylko pod USA. W Google Books masz potwierdzenie jak cienko jest z ebookami SW w europie.

                Jak to zwykle w Polsce bywa łatwiej o skany z Amberowskich wydań, i to całkiem profesjonalnie przerobione w epub/mobi, niż o zakup legalnej wersji. O angielskich ebookach to nawet nie marzę ;)

    1. MusialemToPowiedziec

      @Nitek

      A tak w ogóle. Star Wars jako seria filmowa nie zrobiła z nikogo mega-gwiazdy (poza Lucasem). Czy jest to jakiś wyjątek, czy raczej jest to reguła że jak jakiś film jest robiony jako jakaś dłużyzna to nikt kto w nim gra nie robi dzięki temu oszałamiającej kariery?

      Jest jeden Harrison Ford (ale IMO on jest dzieckiem sukcesu Indiany Jonesa niż Hana Solo) i to chyba tyle?

      1. Epipodiusz

        @MusialemToPowiedziec

        Hamill miał szanse ale z tego co gdzieś czytałem sam zaprzepaścił taką szansę wkręcając się za mocno w bycie Luke`iem i jakoś nie dał rady się gdzie indziej zahaczyć. Chociaż z drugiej strony świetnie radzi sobie dubbingując filmy animowane.
        edyta:
        A z nowszej trylogii to wydaje mi się, że o Natalie Portman zaczęło się głośno mówić po pierwszej części.

        1. aihS Webmajster

          @Epipodiusz

          Wydaje mi się jednak, że o Portmanowej to się mówiło już po Leonie, a nie po Widmowej Pomroczności ;)

          Tak jak Revant pisze Hamill zankomicie dubingował Jokera w animowanym Batmanie i nie tylko Jokera bo podkładał głos w wielu filmach. Fisherowa się zapiła i zaćpała troszku. Reszta aktorów grała w gumowych/włochatych/aluminiowych strojach więc ich ryje nie nabrały odpowiedniej wartości by podbić Holiłudy.

          1. MusialemToPowiedziec

            @aihS

            Ale megagwiazdą Hamill nie został.

            I nawet nie idzie mi o same Warsy, czy w ogóle jest jakaś z góry planowana seria filmów, co kogoś wybiła porządnie w górę? Matrix nikogo nie wypromował. Władca Pierścieni chyba też nie (poza Jacksonem… hmm zaczynam widzieć pewną korelację :) ).
            Może Piraci z Karaibów, ale patrząc na sequele wydaje mi się, że to nie miała być seria filmów i robili rozpędem przychodów :P

              1. MusialemToPowiedziec

                @maladict

                A to on w czymś gra?* Ja go tylko z Matrixa i LotRa kojarzę. No i z V jak Vendetta, ale tam trafił bo wcześniej grający aktor nie dawał rady całe dnie latać w masce, więc stanęło na wyborze między aktorem a maską.
                I o dziwo uznano, że jednak w tym wypadku jednak maska zostanie :P

                *Tak, wiem, gra. Ale znowu, to nie mega-gwiazda.

            1. maladict

              @MusialemToPowiedziec

              Z Piratami było o tyle zabawne, że nikt nie liczył na powodzenie filmu. Poprzednie filmy o piratach (Polańskiego i ten z Geeną Davies) były klapami. Dodatkowo czego można spodziewać się po filmie opartym na parku rozrywki, opartym na grze komputerowej, opartej na książce. Dodatkowo producenci byli przerażeni ‚gejowską’ grą Deppa, który z kolei sam nie był do końca pewnien czy to co robi jest dobre. Sukces był zgoła niespodziewany i dopiero on przyniósł sequele. A kogo wypromował? Keirę.

              1. urt_sth

                @aihS

                To zależy z jakim tym biustem, silikonowe biusty maja to do siebie, że można je dobierać z umiarem (w jej przypadku zbyt duży by się nie sprawdził) główny akcent kładąc na kształt.
                Niby niewielka różnica (bez czy z małym), ale uważam, że zauważalna by była, szczególnie jak by dopasować tak pod lekko zadarty nos ;)

              2. Beti

                @aihS

                Nie zrozumiałeś mnie. Po ciąży zostają pełniejsze kształty – większy biust i biodra. I nie chodzi mi o nadprogramowe kilogramy tylko pełniejszą wersję dzięki hormonom. Zresztą.. u kilku moich strasznie chudych znajomych tak było ,więc coś w tym jest ;) Mam nadzieję, że działa to tylko u „płaskich” kobiet, ku ich uciesze ;)

Powrót do artykułu