Pięć marudnych zdań o polskich serialach i pięć wesołych o polskich grach i powieściach

bosman_plama dnia 21 kwietnia, 2017 o 8:30    44 

sertyt

Pierwszy sezon serialu, który chyba nikomu się nie podobał, ale który zapewne dostanie drugi sezon, czyli Belle Epoque, dobiegł końca. Miałem z nim osobiste porachunki (za „kradzież” Koryckiego), ale nie życzyłem mu źle. Taki ze mnie sympatyczny gość, że nie życzyłem źle nawet Dragon Age: Inkwizycja albo bohaterom Łajdaka Jeden.  Niemniej porażka BE (jak i u licha prawie całej reszty polskich seriali) każe się zastanawiać, czy naszym wychodzi w popkulturze tylko w grach i powieściach fantastycznych?

Fantastyka literacka naprawdę trzyma się nieźle. Wegner pisze bardzo niezłe fantasy, które spokojnie można by stawiać obok takiego np. Eriksona (od którego moim zdaniem Wegner  jest lepszy). A przecież Wegner nie jest jedyny. Sapkowski, wiadomo. Ale nie zapominajmy zbyt łatwo o Annie Brzezińskiej i jej naprawdę znakomitym cyklu o zbóju Twardokęsku (jeszcze niedawno do dostania na tanich książkach). Dukaj, na razie głównie lokalny mistrzunio podejmuje właśnie kolejny szturm na anglosaski rynek. A są jeszcze tacy mistrzowie SF jak Zbierzchowski (Holocaust F) czy Jakub Nowak, którego zbiór opowiadań (nareszcie!) ukaże się w okolicach maja w Powergraphie. Robert Schmidt oprócz pustoszenia na różne sposoby Wrocławia w kolejnych postapokalipsach machnął też cykl space oper, który też lada chwila debiutuje w języku zachodnich degeneratów i to z blurbami samych znakomitości (Resnick, Kress). Raźno zasuwa ścieżką space opery także Marcin Podlewski ze swoim cyklem Głębia a Michał Cholewa wyrasta na króla polskiej fantastyki militarnej. Do tego całkiem niedawno debiutowała znakomitym słowiańskim fantasy Marta Krajewska, odradza się porzucony przez Orbitowskiego horror, magiczną prowincją czaruje Radek Rak. Jak na kraj, w którym prawie nikt nie czyta, znakomitych autorów mamy prawdziwy urodzaj.

Nie inaczej jest z grami. Wiedźmin – wiadomo. Ale do tego niezgorszą karierę zrobiło This war of main, całkiem niezłe recenzje zebrało Zniknięcie Ethana Cartera. Dawno temu były Painkiller, czy cała seria Earth z numerkami. Dzięki Techland ganialiśmy po dzikim zachodzie i ubijaliśmy zombiaki na egzotycznej wyspie. Pewnie sami bylibyście w stanie zasypać mnie kolejnymi tytułami, o których mam blade pojęcie.

Dlaczego wychodzi nam w grach i literaturze I nawet w komiksach), a w serialach nie? Czemu kręcimy wciąż  takie same soap opery, w których nawet najlepsi aktorzy grają niczym postacie z Mass Effect Andromeda?

To nie może być kwestia wyłącznie kasy. Gry potrafią być droższe w produkcji tak od seriali, jak o od filmów. Nawet polskie gry. Brak dobrych scenariuszów? To na pewno. Mało komu chce się stawiać na oryginalność i na… niesprawdzone nazwiska.

Zastanawiam się, czy nie chodzi o bunt i wolność. Widzicie, w literaturze fantastycznej pojawił się kiedyś wielki bunt młodych znużonych ględzeniem poprzedników o konieczności pisania wyłącznie rzeczy wielkich i ważnych. Twórcy gier natomiast musieli wchodzić w role pionierów – nikt im nic nie dawała, nie ułatwiał. Wywodzili się czasem z dzikich band handlarzy kopiujących dyskietki, by sprzedawać je na Stadionie Narodowym. To był prawie dziki zachód, z którego wyszli twardziele wychowani na grach i graniu i żyjący nimi. Dla pasji, która z tego wyrosła ryzykowali potem często własną kasą a gnała ich pasja.

Z serialami ciągle  jest inaczej. Zlecają je telewizje i firmy producenckie zapatrzone w uśrednione targety i marzące o tym, by skupiać się na wciąż jeszcze sprzedających się nazwiskach. Nikt się tu przeciw niczemu i nikomu nie buntuje, nikt nie włada w tworzenie własnych fascynacji, a za nimi pasji. Nie chodzi o to, że seriale powstają na zamówienie (w PRL też tak powstawały), ale o to, że ci, którzy wykładają na nie kasę uważają, że uśrednianie wszystkiego jest najbezpieczniejsze.

Tak nie powstanie gra – przebój. Tak nie powstanie nawet powieść – bestseller (bo ani niemal już przysłowiowe Zmierzch czy Grey nie wychodziły z próby stworzenia jakiegoś prostego produktu, przeciwnie, też wynikały z pasji). Oczywiście, kolejne odsłony CoD czy Assassynów to ostrożne dreptanie w miejscu, ale nawet w nich widać jakieś eksperymenty, albo quasi eksperymenty.

A w naszych serialach? Nie wiem, czy to efekt lenistwa, czy tchórzostwa, ale wciąż za najważniejsze uznane jest nie wychylanie się. Nawet całkiem niezły (koniec końców) Belfer to przecież nie jest jakiś szalony eksperyment, tylko postawienie na najpopularniejsze obecnie trendy (kryminał ze społecznym tłem, modna teraz prowincja). Eksperymentem jest w przypadku Belfra ewentualnie sięgnięcie po scenariusz pisany przez literata a nie wychowanka telewizyjnej szkoły tworzenia klonów bez smaku. Obawiam się jednak, że to akurat efekt przebojowości Jakuba Żulczyka, a nie przebłysku producentów.

A ponieważ tym razem jestem w drodze do Lwowa, znowu nie będzie obrazków.

Dodaj komentarz



44 myśli nt. „Pięć marudnych zdań o polskich serialach i pięć wesołych o polskich grach i powieściach

  1. Toc85

    A które seriale są wynikiem pasji? Uwierzę jeszcze w zamknięte historie (band of brothers). Ale teraz tworząc serial chyba każdy producent zakłada że „oby się przyjęło, to będzie następny sezon”. A kolejny sezon to otwarta fabuła która w końcu zacznie zjadać swój własny ogon, stając się antytezą tego czego ja oczekuję: czarującej opowieści. Jakoś ta pasja mi do seriali nie pasuje :)

          1. Tasioros

            @Beti

            Moja bratowa powiedziała, że pierwszy i drugi sezon jest taki sobie, ale to co później się dzieje jest świetne! Obejrzała do końca i nie żałuje. Warto obejrzeć choćby dla przedostatniego odcinka całego serialu. Ale ona jest kobietą, więc nie można jej zdania traktować zbyt… oł… także ten… co tam Beti u Ciebie?
            :)

            1. Toc85

              @Tasioros

              Obejrzałem całość. Prawda, dobre to było. Prawda, pierwszy sezon ssie. No dobra, może nawet trochę czuć pasję.
              Macie rację, pasja twórców pomyliła mi się trochę z moją pasją, rzeczywiście widać że w Breaking Bad bardzo twórcom zależało.
              Jak tak podumałem to jeszcze stareńkie „Shield” można wyciągnąć. Długie to na 7 sezonów, ale historia zamknięta, świetna no i świetnie opowiedziana.

          2. aryman222

            @Beti

            1 sezon nie jest słaby, pierwsze odcinki są specyficzne – wprowadzające. One mają pokazać jak kompletnie zwyczajny i nijaki jest główny bohater (i te jego nudne życie…) trochę też eksperymentują z kamerą i kolorystyką. Ale jak już rzucą tę pierdołę na głęboką wodę, to nie można oderwać się od ekranu. To jeden z nielicznych seriali gdzie zdaje się, że każdy kolejny sezon nie tylko trzyma poziom, ale jeszcze go podwyższa, momentami ocierając się wręcz o poezję. Nie słyszałem żeby ktoś żałował obejrzenia BB :) BB jest w świecie seriali tym czym Wiedźmin 3 w świecie gier – patrz niżej :)

              1. Tasioros

                @Revant

                Ciężko mi kwestionować zachowania ludzi, bo te zazwyczaj są nieprzewidywalne. To, że ktoś robi coś głupiego, to najnormalniejsza rzecz na świecie (tak jak ponownie sięgnięcie przez kogoś po dragi). W filmie lub serialu, jest to po prostu opowieść o gościu, który postąpił tak, a nie inaczej.
                Dlatego pytam o przykłady, bo nielogiczność typu „polał benzyną drewnianą chatkę, podpalił, a spłonęły tylko drzwi” faktycznie są bez sensu. Jednak to, że ktoś postąpił po swojemu w danej sytuacji przyjmuję całkowicie.

              2. aryman222

                @Tasioros

                Dokładnie! BB to dla mnie niedościgniony wzorzec w zakresie realizmu w serialach; jeden z tych gdzie prawdopodobieństwo i logika ludzkich zachowań są na najwyższym poziomie. Nie czułem jakiegoś fałszu w postaciach (doskonale napisanych) głównych bohaterów; nie zachowują się jak chorągiewki na wietrze, nie kierują się wydumanymi motywami. Tylko nie zakładajmy, że najlepiej napisane postacie to te, które zachowują się jak roboty (zaprogramowane 0-1kowo). Emocjonalne,a nawet błędne działanie (mieszczące się jednak w ramach określonego „charakteru” postaci) daje bohaterom „ludzki” rys.

      1. Revant

        @aryman222

        Breaking Bad – według mnie najgorsza porażka, zaczął się całkiem sympatycznie, ale później już nie wytrzymałem i porzuciłem chyba na początku 3 sezonu. Jak już oglądać jakiś luźniejszy serial o sprzedaży/produkcji narkotyków to polecam bardziej Weeds. Dostępny na netflixie, z żonką właśnie przerabiamy, choć ja już kiedyś raz obejrzałem całość ;)

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @Toc85

      Rzeczywiście, era seriali robionych przede wszystkim z pasji może nie minęła, a osiągnęła wiek dojrzały. Ale np. seriale takiej jak Justified czy Banshee były serialami pasji – gdy zaczynano je kręcić nie było wiadomo, czy formuła współczesnego westernu chwyci. Western w kinie właściwie jest teraz ziemią jałową, jedynie w serialach się bronie, ale to wcale nie było jasne, gdy startowało Justified. Przecież Deadwood dostało cancela.

      Dziś? Na pewno niszowe Love jest serialem pasji. Brytyjskie kryminały typu River też (może dlatego, że brytyjski kryminał ma taką markę, że im wolno pozwolić sobie na więcej). Kiedyś, dawno temu, Carnivale było takim serialem. The Wire też.

      I oczywiście, Carnivale nie zostało dokończone, Banshee skrócono. Ale nawet w serialach wyliczonych na sukces widać często pasję pracy. I – co ważne – na zachodzie nie boją się ryzykować. BB mogło być klapą na przykład. Ale właśnie dzięki ryzykantom (i ich porażkom i sukcesom) karawana jedzie dalej.

      Oczywiście, Amerykanie mają swoje sieci kablowe z ich stacjami, które mogą pozwalać sobie na więcej (np. seksu i przemocy). W Polsce żadna stacja, którą stać byłoby na eksperymenty, nie istnieje. Publiczna powinna być kimś takim, ale nie chce.

  2. /mamrotha

    SERIAL / SHOW : 90% to kupno „formatu” z „Zachodu” bo tak „bezpieczniej”. Tam się sprawdziło, to i u nas zadziała. NIkt nie chce ryzykować. Spójrz na duże studia komputerowe na świecie – ten sam mechanizm – im większy i bogatszy gracz, tym bardziej zachowawczy inwestorzy i zarząd, który gra przede wszystkim o bezpieczeństwo swoich stołków.

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @/mamrotha

      Jasne. Ale czasem pozwalają na coś więcej i pokombinowanie. Sony wywaliło kasę np, na Flower czy Journey, czyli teoretycznie niesprzedawalne nisze, w których nic się nie dzieje. Ubi przytrafiło się np. Valiant Hearst.
      Nawet TVP trochę czasem próbuje. Ogłasza te swoje konkursy i z nich właśnie powstał taki serial jak Paradoks. Oczywiście, to był format kryminału (więc w miarę bezpieczny). Dlatego i Cyfra i HBO też jak już czegoś próbują, to w podobnym formacie (Belfer, Wataha).
      A przecież gdy już jakimś cudem powstali Artyści, to znaleźli się na ustach wszystkich (choć też musieli pójść w sferę nielegalnej lokalnej polityki, przekrętów itp.).

  3. Fantus

    Jak nie wiadomo o co chodzi to…

    Tylko bynajmniej nie chodzi o brak pieniędzy, ale wręcz przeciwnie. Dofinansowania z różnych instytutów sztuki takiej i owakiej, masa firm i firemek producenckich, podwykonawczych et cetera. Każdy film się robi po to, aby zarobić. Ale chyba tylko u nas polega to na tym, aby jak najwięcej wydoić w trakcie – produkt końcowy nikogo nie interesuje.

    Tak jest z superprodukcjami – pożary w Quo Vadis to najlepszy przykład. Tak jest w kinie niszowym i offowym, które jest takie tylko z nazwy, aby zwiększyć szanse na pieniążki z innego worka niż te pierwsze.

    Gry czy książki są w całości „realizowane” przez sektor prywatny. Z filmami tak się nie da, więc powstają potworki. Ale będzie lepiej, tak mi się zdaje…

  4. Tasioros

    Swego czasu powstał Pitbull, który dla mnie do tej pory jest jednym z najlepszych seriali wyprodukowanych w Polsce. Wtedy też pomyślałem „O! Teraz się zacznie!” i czekam aż do dziś. To, co później wyczyniał pan Vega, wolę przemilczeć.
    W końcu pojawi się jakiś serial z małym budżetem, ale ciekawą, oryginalną i zaskakującą fabułą. Wierzę w to. Czemu tak nie jest, to Bosman bardzo zgrabnie podsumował tym zdaniem: „Z serialami ciągle jest inaczej. Zlecają je telewizje i firmy producenckie zapatrzone w uśrednione targety i marzące o tym, by skupiać się na wciąż jeszcze sprzedających się nazwiskach”.
    Do tego kopiowanie formatów. A przecież można by zrobić coś typowo polskiego, co mogłoby zostać zauważone poza granicami naszego kraju. Np. ośmioodcinkowy serial na podstawie „Malowanego ptaka” Kosińskiego. Mocne, brutalne, polskie. Tylko tu jeszcze trzeba nam sprawnych „filmowców” z nowoczesnym podejściem do tematu, a tych rodzime telewizje najwidoczniej olewają.

  5. bogucek

    Po połowie roku grania w Wiedźmina 3 przeszedłem go ze wszystkimi dodatkami i muszę się podzielić swoim zachwytem . Kiedy koledzy pytali mnie, dlaczego tak to rozwlekam, mowilem, iż delektuje się tym dziełem. Pierwszy raz przy medium cyfrowym odczułem takie emocje. Tak pięknie poprowadzić historię, a ostatnie momenty z krew i wino, całe zamknięcie, przecież to filmowcy mogliby się uczyć, jak tworzyć scenariusz i poszczególne sceny. Ahh, mistrzostwo świata i ten Geralt w końcu taki, jakim go sobie wyobrażałem 10 lat temu czytając poszczególne książki. Ja już nie potrzebuje filmu Baginskiego, w którego powstanie szczerze wątpię (Hardkor 44), Nigdy nie myślałem; ze gra może wywrzeć takie wrażenie na odbiorcy. Koniec strumienia świadomości, wybaczcie musiałem ;)

  6. slowman

    Wiadomo, to typowo polski problem. Wciąż czekam na polskie odpowiedniki niemieckiej nostalgia-porn „Die Selzamer Zeugs” i hiszpańskiego serialu o zamaskowanym katolickim bohaterze w masce „El Temarario”.
    Wychodzi na to, że dobre seriale robią przede wszystkim te narody, które mówią w języku, w którym wszyscy mówią i mają potencjalnie dużą widownię, gdzie nawet nisze są większe od Czech.
    Chociaż do „Belfra” dopisałbym jeszcze „Artystów”, przyjemny serial, do tego nie ma problemu z obejrzeniem kiedy się chce w Ninatece.

    E: Chociaż niby książki też są robione na rynek polskojęzyczny, a ten jest skażony wtórnym analfabetyzmem.

  7. The_Mister_A

    Na spidersweb albo na antyweb przeczytałem artykuł o tym serialiku. I tam w sumie postawiona jest teza, że ktoś wpadł na w sumie dość dobry pomysł z serialem w epoce, rozwiązywaniem zagadek itp. Ale w którymś momencie dotarło do niego, że targetem będzie widz TVNu (tu można oczywiście wstawić inną stację), który od lat karmiony jest produkcjami, w których grają naturszczycy. I to takiego targetu trzeba dostosować materiał.

    Nie wiem, ale może coś w tym jest? Jakby się zastanowić, to jaką mamy dzisiaj widownie, która żyje z telewizji typu TVN albo Polsat? Albo telewizor gra bo nie ma co innego, albo służy do konsoli, blue-raya i Netflixa (albo źródeł mniej legalnych).

    Co do polskiego autora. Dzięki za podpowiedzi literatury/autorów. Z tych, których miałem okazje przeczytać to totalnym zaskoczeniem dla mnie jest Wenger. I tak faktycznie, jest to taka polska wersja Malazańskiej Księgi, ale wg mniej idącej w rozmach a przez to strawniejszej i ciekawszej. No i kolejna niespodzianka to Michał Cholewa. Widać, jak koncept i warsztat rozwija się na przestrzeni pierwszych 3 tomów. W czwartym mała obniżka formy – miałem wrażenie, ze zastosowane rozwiązania zbyt przypominają te z 3 (najlepszej IMHO części). Niestety mam ciężko z czasem i własnym lenistwem, bo mam kupkę wstydu do opisania dla „Czytacza pociągowego”, który zaginął był po kilku wpisac na gamecornerze i tutaj :( .

  8. Yanecky

    Ostatnio zachwycił mnie „Westworld” i jak myślałem, że w tym roku nic lepszego już nie zobaczę, zobaczyłem drugi sezon „The Expanse” (choc tu pewnie działa premia +50% za książki). W każdym razie z tych wyżyn zjechałem na 1. odcinek BE. I wiecie? To chyba dla jaj było robione :) Takich meta-jaj – wyobrażam sobie Producenta (w tej roli Kowalewski), który mówi: „Ale weźcie mi te ulice tu wyczyście, gdzie nasze gwiazdy w tym syfie będą chodzic. Ja tu mam wszystko napisane, jak to w Holywudzie się robi.” – i pokazuje na ksiązkę z 1950r.

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @lemon

      Najładniejsze Ukrainki spotkaliśmy gdy ichniejsza straż graniczna wspólnie ze sprowadzoną z miasta policją przetrzepywała nas na granicy na okoliczność zbrodni popełnionej przez kolegę. Poważnie, myślałem, że nawet jak nas rozstrzelają, to ma być to szanse piękne rozstrzelanie.
      Ale zdjęć w tych okolicznościach robić, niestety, nie mogłem. Choć jak już nas nie rozstrzelali, kusiło mnie, żeby zaproponować wspólne fotki.

    1. furry

      @furry

      A co do seriali, to odkrywam na nowo Doktora i kurczę ta konwencja (zwykle) niepowiązanych odcinków idealnie mi leży. A cybermeni i płaczące anioły robią robotę.

      Co do polskich seriali, to się chyba zgodzę, że brak scenarzystów plus zachowawczość decydentów. Ktoś mi kiedyś tłumaczył, że najzdolniejsi i najoryginalniejsi poszli za copywriterów w korpo, ale nie wiem czy to prawda.

        1. bosman_plama Autor tekstu

          @Revant

          Najlepiej zacząć od Doktora z Christopherem Ecclestonem (Dziewiąty), bo od tego zaczyna się nowa odsłona, kręcona już bez przerw po długie przerwie z 1989. To jakby New Who i tu nawet sezony liczą jakby od początku. Niby bez tego też ogarniesz o co chodzi, ale stracisz wprowadzenie do całej nowej serii. A ono trochę wraca w The Time of the Doctor. No i stracisz najlepszego zdaniem wielu Dziesiątego.

Powrót do artykułu