Pięć kosmicznych uniesień na piątek

bosman_plama dnia 17 kwietnia, 2015 o 8:51    65 

tyt

Wszyscy, chcą, czy nie, nucą pod nosem melodie napisane przez Johna Williamsa, który królował w kinie nim Hollywood podbił taki jeden facet od pisania marszów. A wszystko to za sprawą zajawki nowych Gwiezdnych Wojen, która narobiła chyba trochę mniejszego zamieszania niż zajawka poprzednia – ta ze zdumionym ciemnoskórym  szturmowcem wyłaniającym się z dołu ekranu oraz z toczącym się robocikiem. Tym razem hasło: „new hope” ma nieco mocy.

Nie samymi Gwiezdnymi Wojnami człowiek żyje, ale co by to było za życie bez Gwiezdnych Wojen? Ich poprzednia, niestety zdżardżarowana, trylogia reklamowana była hasłem, które brzmiało jakoś tak: „Każde pokolenie ma swoją opowieść” (albo legendę, albo coś w tym stylu). Okazało się, że to nieprawda, że wszystkie pokolenia zebrane do kupy kochają Hana Solo i Sokoła Millenium, a nie jakiegoś kłapouchego skaczącego wokół młodzika operującego dwoma spojrzeniami (ponurym i złowrogim). Tak naprawdę z całej nowej trylogii (nowego pokolenia?) do gustów odbiorców trafił głównie taki jeden czarno-czerwony koleś, którego i tak zabito w pierwszym filmie (spoiler, wiem).

Darth_MaulPewną zmianę pokoleniową przyniósł dopiero serial Wojny Klonów, ponieważ jemu udało się wprowadzić rzeczywiście nową a charyzmatyczną bohaterkę – Ahsokę Tano. Tak jest! Ta mała dziunia, która budziła w fanach jak najgorsze obawy, którą posądzano o to, że ma stać się kolejnym dżardżarem i którą wprowadzono głównie po to, żeby dzieciaki miały się z kim identyfikować w kreskówce, ostatecznie okazała się jednym z najważniejszych elementów serialu. Jej historia wykopała historię Anakina w cichy ciemny kącik i kiedy (będzie spoiler) w Star Wars: Rebels dziewczyna, która swego czasu olała bycie jedi, powróciła, w całej galaktyce można było poczuć jakby lekki uśmiech w tysiącach głosów.

ahsokaAhsoka oczywiście w żadnym odcinku nie była tak ubrana. Jeśli jednak fani masowo rozbierają jakąś bohaterkę, to znaczy, że przypadła im do gustu. Widział ktoś kiedyś rozebranego Jar Jara? (Wiem, że część z Was spróbowała sobie to właśnie wyobrazić przez co doszło do zachwiania Mocy w galaktyce)

Niemniej nawet ona nie zmieniła tego, że wobec Gwiezdnych Wojen wszyscy stajemy się jednym pokoleniem, kiedy na ekranie pojawia się Chewbacca  – ryczący niedźwiedź, jak nazywała go jedna z postaci w Jak poznałem waszą matkę, serialu, który dowodził co i rusz kultowości Gwiezdnych Wojen. O ile to oczywiste, że w Teorii wielkiego podrywu albo w Community powracają odwołania do Gwiezdnych Wojen, bo to seriale o nerdach, to z HIMYM sprawa ma się już nieco inaczej. HIMYM to zwyczajny sitcom o kumplach i kochankach, tak jak Przyjaciele.

Ebon_HawkTrzeba przyznać, że Ebon Hawk ma robiący wrażenie wyraz dzioba

Ale HIMYM pokazywał pokolenie trzydziestolatków – mniej więcej – wychowanych na Gwiezdnych Wojnach i nie wyobrażających sobie życia bez nich. Dlatego zwyczajni nowojorczycy co i rusz rozmawiali o sadze, ponieważ była dla nich odniesieniem niemal do wszystkiego (np. podział na ludzi, którzy kochają Ewoki, bądź ich nienawidzą decydujący o tym, z jakimi kobietami umawia się jeden z bohaterów). Choć książek o odległej galaktyce ukazały się dziesiątki a nowych bohaterów w książkach, komiksach i grach stworzono tysiące, żywsze bicie serca ciągle wywołują Han Solo i Chewbacca. Ebon Hawk z KotOR ma swój charakter, ale to Sokół Millenium jest najfajniejszym statkiem, jaki kiedykolwiek latał w dowolnym wszechświecie.

falconTak naprawdę, być może ku utrapieniu fizyków, Gwiezdne Wojny stały się jednym z tych filmów, które zdefiniowały dla nas kosmos. Nie Odyseja Kosmiczna, albo inny film niosący pozór wierności fizyce, ale właśnie seria filmów, w których w próżni słychać dźwięk i widać w nich wielobarwne promienie laserów. Co ciekawe, w podobny sposób nie udało się zawładnąć wyobrażeniami o tym, jak wygląda przestrzeń kosmiczna, serii Star Trek. Tak, wiem – ona też jest kultowa, ma miliony fanów i mogę dostać postrzał z fazera za to, co napisałem. I to z fazera nie nastawionego na ogłuszanie. Star Trek rzeczywiście wymyślił fanom jak mogą wyglądać międzyplantarne społeczności oraz na jakiej zasadzie latają statki kosmiczne.

Firefly_class_shipSerenity budzi sympatię, a w dodatku od czasu do czasu coś w niej psuje, co też przywodzi na myśl Sokoła Millenium. Ale nie posługuje się wyjątkowo wulgarnym językiem.

Kłopot w tym, że lot Enterpise bywa widowiskowy tylko wtedy, gdy kolejne statki noszące tę nazwę się rozbijają, a wynalazek teleportacji dodatkowo odebrał podróżom całą widowiskowość i efektowność. Może czterdzieści i pięćdziesiąt lat temu widok rozpływających się w powietrzu ludzi wywoływał u widzów ekstazę, dziś już nie. Zasługą Star Trek i to raczej późniejszych seriali, niż pierwotnego, jest pokazanie, że wszechświat bywa kolorowy. W Star Trek pełno wielobarwnych chmur gazowych, pięknie wirujących galaktyk itp. Niestety, kiedy ST postanowił w ten sposób pokazywać przestrzeń kosmiczną, wszyscy już dawno wiedzieli, że wygląda ona jak w Gwiezdnych Wojnach. A to znaczy, że pełno w niej pędzących z rykiem przemytniczych statków, wybuchów i strzelanin. Nikt nie lata z dostojeństwem Gwiezdnej Floty, ale wszyscy używają pętli, beczek i korkociągów. Może za wyjątkiem poruszających się powoli i ciężko niszczycieli Imperium. Ich ruchowi nie towarzyszy jednak dostojeństwo a groza. Zresztą i tak przydają się głownie jako nosiciele dla zwinnych myśliwców.

startrekvoyager01Bliższa niż ST zawładnięcia naszą wyobraźnią o kosmosie (i przestrzeni kosmicznej) jest seria Alien. Tam przestrzeń kosmiczna również jest obecna i niemal namacalna, ponieważ służy do wyrzucania w nią potworów. A ponieważ pożera je z równą łatwością, jak one pożerały kosmonautów, to wydaje się trochę przerażająca. W Gwiezdnych Wojnach przestrzeń kosmiczna to przede wszystkim szlaki handlowe i pola bitew – bywa niej niebezpiecznie, ale tak naprawdę została ucywilizowana. W Star Trek jest podobnie, tylko nudniej. Natomiast w Alien przestrzeń kosmiczna to Otchłań. Jeśli decydujesz się na podróż przez nią, jesteś skazany na samotność. Nikt nie usłyszy twojego krzyku, od najbliższej przystani dzielą cię odległości, których nie pokonasz za swojego życia jeśli nie skorzystasz z hibernacji. Nie wędrujesz w jasnym latającym mieście, jak w Star Trek, bo korporacje oszczędzają na wszystkim, toteż na twoim statku jest ciasno i niewygodnie, a załoga jest ograniczona do niezbędnego minimum. A w dodatku w ej otchłani czają się potwory. Ani ich nie zagadasz i nie przekonasz do swoich racji (Star Trek) ani nie odstrzelisz z blastera (Star Wars). Najprawdopodobniej umrzesz. Zwłaszcza, jeśli jesteś facetem, a nie nazywasz się Ron Perlman.

alien2

Spróbuj z nią porozmawiać o Pierwszej Dyrektywie, kapitanie Pickard.

Star Wars zaproponowało wariacką przygodę ignorującą prawa fizyki a Alien grozę. I te dwa obrazy w największym stopniu zapanowały nad naszym wyobrażeniem kosmosu. Rozsądniejszy i stateczniejszy Star Trek ma swój klimat, ale nie zdołał zawładnąć wyobraźnią w aż takim stopniu jak tamte serie. Jeśli spojrzymy na fantastykę w filmie  grach, najczęściej sięga ona po patenty z SW i Alien. Riddick to SW w nieco ciemniejszych dekoracjach, Firefly to SW pełną gębą, tylko z bronią palną zamiast blasterów. Nawet ostatnie dwa filmy z serii Star Trek poddały się w końcu i bohaterowie przestali w nich odkrywać i negocjować a zaczęli niemal wyłącznie strzelać. I to strzelać widowiskowo, a nie jak dawniej. Dzięki Alien dostaliśmy natomiast np. Event Horizon, gdzie kosmos znów stał się otchłanią oraz serię Dead Space. Także pierwszy Riddick zawdzięcza sporo Alienom.

chewie

Lubimy gdy w kosmosie coś się dzieje, gdy jest on pełen wydarzeń i gdy posiada własny charakter. Dlatego Gwiezdne Wojny, których kto wie czy nie największą zaletą jest to, że nawet nie próbują udawać, że mają coś wspólnego z nauką, ciągle wywołują w nas poruszenie. Czasem na przekór doświadczeniom.

Dodaj komentarz



65 myśli nt. „Pięć kosmicznych uniesień na piątek

        1. bosman_plama Autor tekstu

          @Redook

          Mnie drażniła masa deus ex machina w pierwszym JJ ST. Drugi to z kolei ciągła nawalanka, ale nie ma aż takich przegięć jak zagranie z pierwszego: „wyrzucimy bohatera w przypadkowo wybranym rejonie kosmosu, a on wyląduje akurat na jedynej planecie w całym wszechświecie, na której siedzi koleś montujący urządzenie umożliwiające mu powrót na statek. Zresztą – co tam planeta – on wyląduje na tym samym kontynencie, właściwie rzut kamieniem od tego gościa:P”

  1. Revant

    Oj, Bosmanie, jako fan boy zarówno SW jak i ST (dziwactwo ze mnie, c’nie? :D ), jestem obruszony z ich porównywania. Why? Bo jedna seria to głównie filmy, a druga to głównie serial. Trochę inne wymagania, trochę inne konwencje. SW musiało być widowiskowe aby przykuć widza tylko na parę godzin. ST zas musiało rozbudować się o wiele więcej wątków niż strzały i wybuchy. Przygoda to najlepsza cecha pierwszego, polityka, machinacje i eksploracja to przywary drugiego. To tak jakby porównywać CoDa z Civilizacją. Pierwsze jest trochę ułomne, ale daje parę godzin solidnej zabawy. Drugie nie trafia do wszystkich, ale świetnie kreuje swój świat i wątki.

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @Revant

      Też jestem fanem ST. Nie mienia to faktu, że przestrzeń kosmiczna w klasycznych ST właściwie nie ma znaczenia – ot, jest sobie gdzieś za burtą, ale zwykle nawet jej nie widać. Owszem, to wynika z uwarunkowań technicznych, które zdefiniowały serię tak, że nawet gdy już istniały środki by kosmos pokazywać, nie robiono tego zbyt często, bo formuła serii nie dawała ku temu wielu okazji.

      Natomiast gdy już kosmos pokazywano robiono to zwykle pięknie. Tyle, że za późno, bo SW już zdążyło powiedzieć jak on „naprawdę” wygląda.

      Swoją drogą, pierwszy kinowy film z serii ST powstał dwa lata po SW. Na poziomie technologicznym mogli zrobić co chcieli, ale byli już „uwiązani” na wymogach serialu.

      1. Revant

        @bosman_plama

        Bo ST miało być pierwotnie filmami, mieli wszystko już niemal gotowe, ale SW ich ubiegło i było zbyt dużym „boom”, że postanowili przekształcić to na serial, co dzięki Bogu wyszło im fantastycznie.
        Co do przedstawienia kosmosu – w ST dla mnie pełni rolę mapy, tak jak w strategiach. Odczuwam jednak to co chcieli przekazać twórcy – kosmos to nasz świat, ziemia do tylko kawałek ogromu przestrzeni jaka nas otacza. Ani SW, ani Alienki, nie przekazywały tego tak dosadnie. One zaś pokazywały kosmos ze strony bycia środowiskiem. Przestrzenią, w której się porusza, posiadające jakieś właściwości i tyle. O wiele bardziej byłem ciekaw kosmosu z ST, gdzie po każdej serii (oprócz nudnego DS9) miało się ogrom wiedzy o kosmosie, niż tylko odległej galaktyce ;)

    2. MusialemToPowiedziec

      @Revant

      Ten podział – film vs serial – ma w tym co pisze bosman dość duży udział, zwłaszcza wtedy. Bo o ile dziś o serialach mówi się dużo, to wtedy serial sobie leciał, a my – jako mainstreamowy tłum – sobie obejrzeliśmy i tyle, za to filmem się podniecaliśmy na lewo i prawo i wszystkim opowiadaliśmy co tam się działo i co widzieliśmy.

      Gdyby SW było kręcone jako serial, to podejrzewam, że mainstreamowo mało kto by o nim wiedział. Wystarczy popatrzeć na niewielką popularność książek czy seriali gwiezdnowojennych – nie to, że się nie sprzedają, ale czy poza Fanami ktoś wiedział, jak na imię ma żona Luke’a czy dzieci Hana?

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @Fantus

      Właściwie masz rację, choć dziś cholery można dostać z podziałami gatunkowymi. Ale to takie fantasy rozgrywające się w kosmosie. Może dziś by to nazwano techno-fantasy bo przecież, mimo Mocy, to technologia nakręca ten świat.
      Sam fakt, że twórcy mają gdzieś fizykę nie zmienia jeszcze filmu w fantasy. W Szybkich i Wściekłych też ją mają gdzieś.

      EDYTA
      Te kategorie są szczególnie ciekawe w programach TV. Np. na nc+ każdy film z elementem fantastycznym jest opisywany jako SF. Conan albo Harry Potter też.

  2. Arachnos

    Cóż Bosman. Artykuł jak zawsze ciekawy, ale jako fan sci-fi powiem, że nazywanie ST nudnym jest co najmniej nie na miejscu. ST to filozoficzne rozważania nt. kosmosu, ludzkiej natury, moralności, społeczeństwa i interakcji międzyludzkich w niezwykłych okolicznościach. Z kolei SW to widowiskowe pewpewpew. Owszem, fajnie się ogląda, ale nie wnosi nic poza widowiskowością. Kosmos w ST jest fascynujący, niezbadany i pełen tajemnic, niektórych wykraczających poza ludzkie pojmowanie. W SW to po prostu kawałek przestrzeni gdzie się się właśnie napierdzielają lub ścigają. To są zupełnie odmienne twory. To tak jak porównać „Szybkich i wściekłych” do „To nie jest kraj dla starych ludzi” – w obu akcja jest w USA (analogicznie w SW i ST w kosmosie i na różnych planetach) i w obu bohaterowie przemieszczają się samochodami (analogicznie do statków kosmicznych). Z tym że oba filmy są o czymś kompletnie innym i środki przemieszczania są wykorzystywane w inny sposób.

    A i tak najlepszy jest Battlestar Galactica :)

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @Arachnos

      Jasne. Toteż ja nie zamierzam kategoryzować, raczej zastanawiam się dlaczego hasło Star Wars rozpala miliony a ST nielicznych (stosunkowo), przede wszystkim nerdów i okołonerdów.
      Przy czym nie rozgraniczałbym SW i ST aż tak. SW pretekstowo, bo pretekstowo, ale porusza kwestie natury dobra i zła, do tego w popkulturowy sposób rozpracowuje rytuały przejścia – nie darmo Lucas naczytał się Campbella. Więc nie jest tak, że twórcy SW nie sięgali po prace naukowców, tyle, że religioznawstwo interesowało ich bardziej niż fizyka. I to byłby ciekawy trop w SF, który pojawia się też mocno np. w Diunie, a nawet (choć znowu pretekstowo) w Riddicku, po drodze w Matrixie.

      ST jest bardziej skupione na naukach ścisłych i trochę kwestiach społecznych, choć tu, obawiam się, bardziej utopijnych ideologiach niż naprawdę naukach (choć to się z czasem zmienia). Z drugiej strony, z czasem twórcy ST też ulegali pokusie widowiskowości i strzelanin.

      1. bosman_plama Autor tekstu

        @Waldek-Mat

        Za to kwestia wszechświata w BG jest fascynująca, choćby dlatego, że tam na poważnie zaczyna odgrywać rolę czas traktowany jako kolejny wymiar. Jasne, w ST też ciągle podróżują w czasie, ale nie wykorzystywali tego w aż tak zamotany sposób jak w BG, gdzie czas stał się jednym z elementów wszechświata i jego powtarzalność i zapętlenie budowały rzeczywistość.

  3. furry

    Wsadzę kij w mrowisko, ale przytoczę Jacka Dukaja, pisał przy okazji premiery Aksolotla w magazynie Książki.

    Tendencja w popkulturze jest taka, że koncerny robią badania rynku i dostarczają produkt dokładnie taki, jakiego oczekuje „target”, to już się dzieje w literaturze dla młodzieży, patrz paranormal romance i literatura young adult – bestsellery na amazon.com pisane tak, by zadowolić jak najszersze gusta. Wciąż to samo, przerobione, przemielone, ale zawierające te same motywy, jakaś dystopia, oczywiście bunt, oczywiście romans.

    Podobnie jest z filmami i dobrze wiecie, ale może wypieracie, że Disney nie kupił marki SW po to, żeby eksperymentować. Dostaniemy filmy, które po latach pewnie będziemy opisywać jako „fajne”, z efektami, dużo pew-pew, ale bez tzw. „pierdolnięcia”. Tak, wiem że stare Gwiezdne Wojny da się tak opisać, ale nie spodziewam się już nowego „Imperium Kontratakuje”, dostaniemy coś w typie nowej trylogi, czyli „fajne” filmy. Tak, generalnie jestem na „meh”.

    PS. Na chorobowym obejrzałem sobie „Strażników Galaktyki”, film roku 2014 według serwisu Esensja, był… fajny.

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @furry

      Tak i nie. Tzn. Dukaj ma trochę racji, ale trochę demonizuje, czego dowodem może być właśnie jego ostatnia powieść napisana tak, że fani powinni zwariować, a niefani dołączyć do fanów, tymczasem reakcje na nią są – jak na powieść Dukaja – umiarkowane.

      Tak w literaturze, jak i w świecie gier powstają dokonania idące na przekór badaniom rynku i… odnoszą sukcesy. Kariera gier indie nie wzięła się znikąd. W kinie o to trudniej, ale co pewien czas świat przeciera oczy ze zdumienia obserwując jak film zrobiony za pół darmo zdobywa powodzenie i grube miliony. Oczywiście, na takie produkcje zaraz rzucają się korporacyjne ścierwojady po czym zostajemy zasypani lawinami kontynuacji. Ale zaczyna się od eksperymentu.

      Zważywszy, że wciąż mamy modę na mrok nie byłbym taki pewny, czy nie dostaniemy nowego Imperium Kontratakuje. Tym bardziej, że – warto o tym pamiętać – w 1979 to Gwiezdne Wojny były eksperymentem. Imperium… to odcinanie kuponów od niespodziewanego sukcesu:D. Fascynująca jest też ścieżka Clone Wars. Od produktu skrojonego według metody, o której pisał Dukaj po skomplikowany (przy zachowaniu proporcji) serial więcej mówiący o ciemnej stronie mocy niż o jasnej.

          1. Epipodiusz

            @bosman_plama

            obejrzałem kilka odcinków Rebeliantów ( ostatniego niestety nie widziałem ) i jak dla mnie akcja jest okrutnie rozwleczona i mało dynamiczna. Każdy odcinek dałoby się skrócić do maks 10 minut nie tracąc na jakości.
            Może jakoś powiążą to później z nową trylogią. Jakiś oddział geriatycznych bohaterów czy coś

            1. bosman_plama Autor tekstu

              @Epipodiusz

              Ja odpuściłem po trzech odcinkach. Potem przeczytałem, że końcówka jest lepsza, więc zobaczyłem chyba trzy ostatnie, które łączą się w jedną historię. I w tych ostatnich jest nienajgorzej. Dostajemy niezły, choć trochę ściągnięty z SW1, pojedynek, flotę rebelii itp.

  4. powazny_sam

    Ciekawy artykuł, jak zawsze z resztą Bosmanie. (żeby nie było że nie czytałem ;) )

    Bo ja tu kosmicznie ale raczej offtopowo: Endless Space – brać nie brać ? Wiem że było grane tu i tam ale opinie są wręcz skrajne, potrzebuję ostatecznego motywatora. Dodam że hen dawno temu zabawiłem kilkadziesiąt h w Ascendancy i mimo dupnego AI grę wspominam dobrze. Spodziewać się czegoś podobnego ?

        1. Garett

          @powazny_sam

          Fajnie pomyślane walki, tuning statków jest, ale lepszy był w GalCivII, diplo ssie (albo ja nie umiem), technologii dużo, ale trzeba wszystkiego po trochu robić aby zbalansowane to jakoś było (handlu technologiami też nie ogarniam nawet sojusznicy nie chcieli się wymieniać), ogólnie gra nastawiona na walkę i całkiem spoko im to wyszło. Mam nadzieję, że pomogłem :)

        2. Gileq

          @powazny_sam

          Moim zdaniem niezbyt, a nawet dodatek kupowałem.
          IMHO to jest jakieś takie sterylne. Klika się w te ikonki, gdzieś tam się niby pojawia od tego +1 czy +2, ale tak naprawdę to bez znaczenia.
          Jak się chce świetnego 4x w kosmosie, to trzeba brać SOTS2. Naprawili tą grę dopiero po ponad roku od wydania, ale zrobiła się naprawdę dobra.

  5. Mnisio

    Wyznacznikiem prawdziwości statku kosmicznego jest kapusta. Zapach gotowanej kapusty musi unosić się na każdym prawdziwym statku kosmicznym. I jak się zastanowić to taką kapustę „czuć” w nostromo i na wszystkich statkach z obcymi w tle. Taką kapustę bez problemu da się wyczuć w Sokole Milenium i na stacji Babylon 5. Nawet na Serenity ta kapusta gdzieś tam jest. Natomiast w ślicznych nowiutkich statkach w nowej trylogii GW tej kapusty nie ma sobie nawet jak wyobrazić, podobnie jak w star treku. A bez kapusty ludzie „wiedzą”, że statki są nieprawdziwe i wtedy są marne szanse na porwanie tłumów.
    Star Trek stara się to pokonać otoczką technologiczną ale to i tak jest trochę za mało.

      1. Mnisio

        @Revant

        Zawsze tam gdzie jest dużo ludzi na małej powierzchni, bez odpowiedniej wentylacji po pewnym czasie unosi się specyficzny zapach. Czuć w nim głównie gotowaną kapustę. Dotyczy to wszystkich blokowisk, klitek, staków morskich, zarówno nowoczesnych, jak i żaglowców, okrętów podwodnych, a nawet akademików.

    1. Arachnos

      @Mnisio

      zwróć uwagę na fakt, że ST to bardzo odległa przyszłość, szczególnie w stosunku do Obcego. Technologicznie byli mega zaawansowani w porównaniu do Nostromo (silniki WARP, teleportacja, holodeck, jedzonko robione „z niczego” przez maszyny). Z kolei z Babylon 5 to się zagalopowałeś, bo poza sektorem brązowym było bardzo czysto. Z resztą Minbari też mieli czyściutko. Co do SW to kapusta była właściwie tylko w „złomie”, ale wszystkie imperialne statki już były „sterylne”. W końcu zdyscyplinowana armia i porządek musi być.

      1. Mnisio

        @Arachnos

        No właśnie dlatego napisałem, że ST stara się nadrobić sterylność technologią. Mi seriale się podobają, ale mimo wszystko ta sterylność zgrzyta.
        Z babylonu to pamiętam głównie te ze stacji pamiętam głównie zadupia i mostek oraz część dla ambasadorów. Część reprezentatywna powinna być czysta, a reszta to dla mnie właśnie ten sektor brązowy.
        Co do SW i imperium to mi nawet pasuje czystość na statkach. Raz, że były wielkie, a dwa, że jak ci za śmiecenie czy niedoczyszczenie kawałka blachy grozi pluton egzekucyjny lub małe spotkanko z Vaderem to każdy będzie wielkim czyścioszkiem.

  6. jarqlo

    W zeszłym tygodniu odpaliłem w końcu kurzący się od eonów Kotor 2. Oczywiście z obowiązkowymi modami. I kuźwa nie mogę się oderwać, zszedłem ze snem poniżej 5h na dobę, jak nie spalę kompa to za tydzień będę robił za konkretne zombie. Nawet dające co jakiś czas po ryju bugi łykam bez popity.

Powrót do artykułu