Pięć komiksów na piątek

bosman_plama dnia 8 czerwca, 2019 o 11:26    11 

tyt2

Tytuł będzie się zgadzał, jeśli przyjmiemy, że sobotnie przedpołudnie to przedłużenie piątku, a „pięć komiksów” dotyczy liczby tytułów a nie albumów. Tak, wtedy wszystko jest w porządku. A zatem: pięć komiksów, które ostatnio miałem w rękach. Nie będą to same nowości, ale prawie. Pod warunkiem, że przez „nowości” rozumiemy także to, co już kiedyś się ukazało a teraz doczekało się wznowienia.

Zacznę od oczywistej oczywistości – Kajko i Kokosz: Królewska Konna, napisana przez Macieja Kura, narysowana przez Sławomira Kiełbusa i pokolorowana przez Piotra Bednarczyka. Już coś o niej pisałem, ale wtedy na zasadzie zajawki, bo jeszcze komisku nie czytałem. Ale teraz  już tak. I nie owijając w bawełnę napiszę, że jestem zadowolony. Kasa wydana na ten komiks to dobrze zainwestowana krwawica. Autorzy wzięli znany świat KiK, ale nieco go poszerzyli. Bardzo spodobało mi się, że spinają tę rzeczywistość, czego Christa zwykle nie robił. jeśli poczytać analizy jego tworczości można dowiedzieć się, że nie przywiązywał wielkiego znaczenia do konsekwencji w szczegółach. Dlatego gród wygląda nieco inaczej w różnych albumach, niektóre postaci z drugiego i trzeciego planu powracają, gdy autor ma na to ochotę bądź potrzebuje ich do grypsu, ale nie po to, by budować wrażenie, że świat i okolice grodu są pewną całością. Poszczególne tomy istnnieją w związku z tym same dla siebie i rzadko (jeśli w ogóle) można znaleźć w nich odwołania do poprzednich przygód dzielnych wojów.

kik1

W Królewskiej Konnej jest inaczej. Nie jestem pewien na ile to celowy zabieg a na ile chęc oddania hołdu Mistrzowi, ale bez wzgędu na przyczyny wyszło fajnie. Prawie każdy (a wybitnym znawcom może nawet każdy)  mieszkaniec grodu może wydać się znajomy. Powracają nawet niektóre gadżety z opowieści Christy (i słusznie, jeśli już człowiek zdobył taki złoty puchar, to czemu ma się on kurzyć w gablocie?). A w „najciemniejszej spelunie” można znaleźć nawet wspomnienie łotrów z poprzednich tomów. Dla kogoś może to oznaczać nagromadzenie easter eggów, ale dla mnie to ładne budowanie świata jako całości.

kik2

Nie mylili się ci, którzy pisali, że w Królewskiej Konnej czuć też Asterixa. Rzeczywiście, coś w tym jest – w niektórych kadrach i gębach. Także fabuła, w której bohaterowie muszą czuwać nad kimś bezbronnym spoza grodu może się kojarzyć z przygodami Galów (tam taki wątek wykorzystywano niejednokrotnie). Kajko i Kokosz nosili jednak piętno Asterixa niemal od zarania, a mnie nie dziwi, że autorzy nowego albumu wychowujący się najpewniej i na KiK i na Astrerixie, czerpią z obu źródeł inspiracji. Komiksowi to nie szkodzi, tym bardziej, że Kajko i Kokosz zachowali swoją tożsamość. Nadal są swarliwi, problemy rozwiązują dzięki sprytowi i szczęściu raczej niż przy użyciu pięści, a  Kokosz to skłonny do obrażania się na cały świat popędliwiec.

Kiełbus nie rysuje dokładnie jak Christa, trzyma się własnego, choć niewątpliwie bliskiego Chriście, stylu. I – moim zdaniem – bardzo dobrze. To także odróżnia kontynujację KiK od super wiernych kresce Uderzo kontynuatorów Asterixa. Ważniejsze, że humor zachowano  nadzwyczaj podobny. I prawdę mówiąc bardziej spodobał mi się ten ciąg dalszy KiK niż ostatnie albumy francuskiego komiksu.

Umbrella Academy

W końcu jest. Przyszło na nią trochę poczekać i zanim dostaliśmy okazję, żeby przeczytać ten komiks po polsku, mogliśmy oglądać serial na Netfllixie.  I nie wiem, czy dobrze się stało, bo po zobaczeniu serialu kompletnie nie miałem ochoty na komiks. Umbrella Academy – serial stanowił dziwne doznanie. Doceniałem pomysł, scenografię, pewne szaleństwo i część wątków. Teoretycznie wszystko było tam fajne i ciekawe. Ale bohaterowie tak nieznośnie ględzili przez właściwie wszystkie odcinki, że z trudem przez ten serial przebrnąłem. Z trudem i przy pomocy pilota pozwalającego mi przewijać wcale spore części odcinków w momentach, gdy bohaterowie znowu dostawali ataku przesadnego słowotoku mającego przekazać zgnębionemu widzowi (mnie) ich głębokie poczucie nieszczęścia, zagubienia, odrzucenia i niezrozumienia z rodziną. Przez wszystkie odcinki, zawsze były to te same, coraz nudniejsze (dla mnie) ględzenia na te wymienione tematy. Od czasu do czasu akcja zamierała jak mamuty w lodowcu, tylko bez przyjemnego chłodu, tylko po to, żebyśmy dostali jeszcze raz okazję do zrozumienia tego, co zrozumieliśmy już trzydzieści ględzeń temu.

uaser

Dlatego długo wpatrywałem się w monitor nim kliknąłem magiczny przycisk: „kupuję”. Pomyślałem, że trudno. W komiksie te monologi i dialogi i ujęcia na zasępione twarze przez  które przebija się poczucie głębokiej rozpaczy, nie będą takie długie. bo czyta się szybciej niż ogląda. I to, co w serialu było zmarnowanym nieznośnym kwadransem (póki nie zacząłem przewijać), tu będzie kadrem z dymkiem, przeczytam to w kilkanaście sekund.

uaokl

I wiecie co? Nie miałem racji. Nie czytałem tego kilkanaście sekund. W ogóle tego nie czytałem. Bo tego ględzenia, które niemal zatapia serial, tego nurzania się w nieszczęściu w komiksie… nie ma! Jest odjechana scenografia, ci sami bohaterowie z tymi samymi problemami i nieszczęściami, czasem z rozpaczą w sercach. Ale komiks nie potrzebuje zamordować odbiorcy powtarzaniem tego bez końca. Dostajemy tę samą treść i opowieść (no, prawie, bo serial wychodzi poza pierwszy tom i wrzuca w pierwszy sezon także rzeczy, które w tomie są dopiero zasygnalizowane) ale w pędzie, w akcji, właściwie bez oddechu. Zamiast poświęcać całe rozdziały/odcinki na mozolne budowanie wszystkiego, co widz i tak już załapał w co najmniej drugim odcinku, komiks gna ku zapowiedzianej zagładzie sprzedając nam traumy bohaterów i tarcia między nimi tak, jak komiksy to potrafią najlepiej: w pędzie. I ani historia ani bohaterowie nic na tym nie tracą. Przeciwnie! Oczywiście, historia Siódemki była mocniej rozwinięta w serialu, zgnębioną do przesytu minę Ellen Page mogliśmy oglądać aż marzyliśmy, żeby ktoś wreszcie ją zabił i wcielenie pokrzywdzonej depresji zniknęło sprzed naszych oczu. Znam ludzi, którzy takie zamęczenie postaci nazywają: „głębią”. Wszystkiego najlepszego, idźcie sobie podrzynać żyły do muzyki Pendereckiego beze mnie. W komiksie Siódemka otrzymuje te same motywy, a jak zaczyna szaleć to tak, że Siódemka z serialu powinna zrobić to, co wychodzi jej najlepiej: zamknąć się w  jakimś szarym pokoju i zaciskając usta myśleć o swoim cierpieniu.

misfits

Każda okazja, żeby przypomnieć Misfits, to dobra okazja

Jedyne, co serialowi wyszło lepiej, to postać Klausa, który w pierwszym tomie komiksu nie dostał zbyt wielu okazji do zaprezentowania się i pozostaje raczej postacią tła. Poderzewam, że następne tomy to nadrobią. No i przyjmuję, że tu przewaga serialu to w znacznej mierze zasługa Roberta Sheehana, który w już w Misfits pokazał, że doskonale radzi sobie w dziko przegiętych rolach szajbusów.

Pisząc krótko – UA to znakomity komiks, jeden z tych modnych ostatnio o nieco szalonych pokręconych bohaterach (jak np. Czarny Młot czy Deadly Class albo Doom Patrol), ale chyba najbardziej z nich wszystkich zakręcony i świetnie napisany. Doskonały tytuł.

Skoro słowo się rzekło, to Deadly Class

Na HBO GO możecie zobaczyć serial (ale uwaga, skasowano go, dalszych sezonów nie będzie). Jest mroczny, zdecydowanie pomylony i w pierwszym momencie zastanawiałem się, czy ja na pewno chcę oglądać i czytać coś o takim założeniu. Widzicie, DC to w skrócie Harry Potter o mordercach. Istnieje sobie (w latach osiemdziesiątych XX wieku) ukryta przed oczami zwyczajnych śmiertelników szkoła, do której uczęszczają dzieci z posiadających moce rodów. Tyle, że w DC zamiast mocy czarów otrzymujemy  moc mordowania, a zamiast rodzin czarodziejów i rozmaitych Gliffindorów, podział na rodziny mafijne i gangi. Do szkoły trafia oczywiście Harry Potter, czyli wyrzutek, który żył sobie jako bezdomny, ale dyrektor szkoły dostrzegł w nim ukryty talent, gdy dowiedziałe się, że ów sierota spalił przytułek, w którym się wychowywał i zamordował tam parę osób. Morderczy Harry ma też swojego Voldemorta w postaci Ronalda Reagana, którego obwinia za wszystkie swoje nieszczęścia i którego chce zabić.

dcokladka

No to już wiecie. Wszystko to pisane jak po kwasie albo wyjątkowo ostych grzybkach (i twórcy sami podrzucają taki trop, a właściwie dosłownie przechoddzą na taką narrację w jednym z fragmentów). I jeszcze, uwaga, ze wszystkimi elementami teen drama – czyli piękni chłopcy i heszcze piękniejsze dzieczęta z dobrych domów (tu z mafii i gangów) i zakazane romasne z tymi gorszymi, a także podwójne romasne… No, co tam sobie z teen drama wybierzecie. Nie wiem, czy wytrwałbym przy serialu gdyby nie Maria Gabriela de Faria (mam niepokojącą słabość do brunetek z makijażem a’la Santa Muerte), ale wciągnąłem się i okazało się, że warto było. Warto też sięgnąc po komiks choć ten, odwrotnie niż UA oferuje trochę więcej gadania i tutaj to w serialu akcja zasuwa szybciej. Niemniej i komiks jest niepokojący, zakręcony a do tego ta dziwność i w sumie lekki kretynizm założeń, który trzymał mnie na początku na dystans w serialu, w komiksie kupiłem bez wahania. Bo w komiksach takie rzeczy to norma, tam właśnie tak dzieją się historię. Żeby nie było wątpliwości -moim zdaniem Deadly Class to poziom niżej niż Umbrella Academy, raczej: można i może nawet warto, niż: koniecznie trzeba.

madef1

Futura Nostalgia

Właśnie ukazał się u nas trzeci tom. FN, podobnie jak inne komiksy Tony Sandovala, to ten typ rysunku, który do Was trafi, albo odrzuci. Mocno oniryczny, bardzo zmysłowy i daleki od realizmu nawet  wtedy, gdy, jak w Spotkaniu w Phoenix, autor opisuje jak uciekał z Meksyku do Stanów i przedzierał się nielegalnie przez granicę (historia autobiograficzna, warta przeczytania). Ja się w tej kresce zabujałem od pierwszego spojrzenia i oczu od niej oderwać nie mogę, więc i wiele mojej krwawicy płynie na kolejne komiksy Sandovala i jeszcze śledzę gościa na instagramie.

fn1

No dobra, ale o czym jest ten komiks?

Prawdę mówiąc, na tym etapie nie wiem. Wiedziałem przy pierwszym tomie. Wtedy wszystko było proste. Dorastająca dziewczyna spotyka żabę, która okazuje się być napalonym seksualnie demonem. Zaprzyjaźniają się, a ona wdaje się w romans z chłopakiem w swoich wieku. W pierwszym tomie Futura Nostalgia to pięknie opowiedziana i narysowana historia o dorastaniu z dowcipną demoniczną żabą w tle. Urocza rzecz.

Tyle, że w drugim tomie demonów przybywa, nadchodzi powódź. W trzecim prawie wszyscy nie żyją a na horyzoncie pojawia się grzyb jak po wybuchu bomby atomowej. Jeśli więc zapytacie mnie: o czym to jest, odpowiem: kurczaki, nie wiem. czekam do ostatniego tomu. Ale nie przeszkadza mi to, bo historia wciąga i fabułą i postaciami i klimatem, a do tego ciągle jest przepięknie narysowana. Sandoval potrafi w klimat jak mało kto. Potrafi też przekazywać treść nie przesadzając ze słowami. I bohaterowie nie potrzebują mówić przez parę kadrów, żeby się nawzajem zrozumieć i czytelnik też nie potrzebuje ich sążnistych monologów, by pojąć o co im chodzi i by ich polubić.

fn4

100 naboi

To właściwie dość stary komiks, ale w 2018 zaczęła się ukazywać jego reedycja, wydanie zbiorcze w twardych oprawach, w pięciu tomach zasadniczej historii oraz szóstym stanowiący swoiste post scriptum, napisane zresztą po paru latach. W Polsce też się ten komiks już ukazywał, nie z zeszytach jak w Usach, ale w tomikach. Jeśli go czytaliście, to co ja wam będę tu pisał…

sn1

…ale jeśli nie, to sięgnijcie koniecznie. Wiem, że całość kosztuje tyle co mały samochód po stłuczkach i może okaże się, że w wyniku tego zakupu będziecie do końca wakacji jeść tylko to, co uda się wam upolować. Ale, kurczaki, warto. Jak bardzo warto.

No dobra, o czym to jest? Pewien stary, chudy koleś odwiedza różnych ludzi i przynosi im prezent: czarną aktówkę. A w niej: pistolet, sto naboi i dokumenty. Pistolet i amunicja do niego czynią obdarowanych stojącymi poza prawem. Nawet jeśli policja przyłapie ich z dymiącą bronią nad zbroczonym krwią trupem, to po zbadaniu broni przeprosi, odda spluwę i poprosi, żeby sobie już pójść. Co jest w aktach? Niezbite dowody na to, że ktoś odpowiada za cały syf, jaki zdarzył się w życiu obdarowanemu. To może być ktoś kto go wrobił, przez co bohater odsiedział za niewinność, to może być ktoś, kto zabił mu bliskich itp. itd. Teraz może go zabić i nikt mu za to nic nie zrobi.

sn2

Takie otwarcie to okazja do obłędnych historii z ciężką wciągającą psychologią i kryminałem w tle. Ponieważ za scenariusz odpowiada Brian Azzarello, to możecie być pewni, że właśnie te drobne historie złamanych ludzi, którzy czasem dopiero dowiadują się, że za ich nieszczęście odpowiada ktoś konkretny (czasem przyjaciel) są doskonale napisane i stanowią o znakomitości serii. Większość z nich toczy się na tych ciemnych uliczkach z tej części Ameryki, jakiej nie odwiedzają turyści, ale czasem opowieść sięga też wyższych sfer.  Każda z tych historii jest warta przeczytania, wiele z nich pozostawia z opadnięciem szczeny, bo Azzarello nigdy nie idzie na łatwiznę. Każda z nich mogłaby być znakomitym scenariuszem do mrocznego kryminału. Powiadam wam, same pychoty, świetnie do tego narysowane przez Eduardo Risso, który znakomicie podkreśla i brutalność i przeseksualizowanie części świata. A przy tym jest wyrazisty i diablo dynamiczny gdy chce, bądź sugestywnie, w klimacie czarnego kryminału klimatyczny. 100 Naboi, to takie: trzeba przeczytać a warto mieć.
Czemu warto mieć?

sn3

Bo widzicie, te historie z kulami i spluwami oraz perełki mniejszych historii to nie wszystko. To dopiero początek. Początek dzikiej i brutalnej historii o organizacjach działających w tle, spisku sięgającym początków USA, o zdradach i zemstach. Napisałbym więcej, ale wtedy mógłbym zdradzić zbyt wiele, a siłą tej serii jest także tajemnica, zwroty akcji, które sprawiają, że co pewien czas rzucacie mięsem nie mogąc uwierzyć w to, co właśnie się stało i wyraziste, świetnie napisane postacie, których czasem nienawidzicie, czasem trzymacie za nie kciuki a czasem jest ich wam żal, ale nigdy nie możecie być pewnymi  z czym za chwilę wyskoczą i czy są… No nie, nie pozytywnymi czy negatywnymi postaciami, bo pozytywnych tam właściwie nie ma (może z paroma wyjątkami). No więc nie możecie być pewni po czyjej stronie stoją. To tak jak większość z nich, oni też czasem tego nie wiedzą. Juz odkrycie, że w ogóle istnieją jakieś strony, to dla nich wielki krok. W kiepskim zazwyczaj kierunku.

A ten drań Azzarello lubi czasem np. w czwartym tomie wrócić do drobnego na pozór wydarzenia z tomu pierwszego. Nie brzmi jak wyzwanie? No to uświadomcie sobie, że pierwszy tom to był kiedyś zeszyt nr 1 a czwarty tom to zeszyt numer 40. Chyba bym zwariował, gdybym to czytał w zeszytach.

tyt1

Podobno któraś stacja kupiła prawa do ekranizacji tej serii. Nie dziwię się im: to gotowy przepis na serial, o którym będziemy gadać latami, z sezonu na sezon jak o Grze o Tron. O ile ktoś tego nie skopie, oczywiście. A trzeba będzie odwagi, by dochować wierności brutalności i bezwzględnności oryginału.

Dodaj komentarz



11 myśli nt. „Pięć komiksów na piątek

  1. Mnisio

    No to Kajka i Kokosza trzeba będzie poczytać i dołożyć do starszych egzemplarzy.
    Jak o komiksach – macie jakiś pomysł na fajny komiks dla 10-latki?
    Czytała ostatnio Hugo – takie klimaty najbardziej by mi odpowiadały.
    Baranowski też jej się podobał – ale czegoś podobnego raczej się już nie znajdzie.

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @Mnisio

      Oczywiście MLP!
      Podobno Gnat to bardzo dobry komiks. Nie czytałem (bo dla dzieci), ale zewsząd płynęły pochwały. Zaskakująco sporo jest polskich komiksów dziecięcy i młodzieżowych. Jeśli wejdziesz na gildia.pl sklep i tam w filtrze odznaczysz: komiksy polskie dla dzieci i młodzieży, wyskoczy Ci tytułów a tytułów.

  2. mr_geo

    Obejrzałem sobie parę plansz z nowego KiK w internetach i szczerze mówiąc od strony graficznej mam dość mieszane uczucia. Duch Christy w tym jest niewątpliwie, ale zapożyczenia z Asterixa jednak uwierają. Bo co najmniej kilka wygląda na wręcz kalkę z Gosinnego i Uderzo, dosłowne ctrl+c, ctrl+v. I pomimo tego że klimaty i poetyka obu komiksów podobna to nie mam ich za doskonale wymienne i kompatybilne; takie bezpośrednie przeniesienia mi mimo wszystko nie pasują.
    Ale z tego co napisał Bosman wynika że warstwa fabularna i humor sie broni. Czyli pewnie kupie.

  3. Yosh

    A możecie coś polecić jeszcze ala Ekspedycja czy Funky Koval?

    Po wielu latach w końcu można wyczytać że „Ostatnia przystań” jest Marka Szyszko – w komiksach brak podanego autora! Może odkopie jego inne dzieła….

    Ostatnia przytań trafiła we moją młodość idealnie – teraz widząc jakieś privateery czy jakieś mass effecty zawsze mi się przypomina – uwielbiam.

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @Yosh

      Komiks „Rozbitkowie czasu” Gilliona i Foresta mógłby pasować pod względem graficznym, bo widać na kim wzorował się Polch w Kovalu. Zresztą to nie jakieś śledztwo, on sam o tym mówił.
      Z kosmicznych komiksów przychodzi mi do głowy „Armada” – kosmos, sensacyjna zazwyczaj fabuła i główna bohatera – agentka działająca na różnych planetach. Fajna rzecz.

Powrót do artykułu