Pięć wschodnich drobiazgów na piątek

bosman_plama dnia 12 stycznia, 2018 o 9:29    21 

azjatyt

Z okazji zapowiedzianego nowego Total War, którego akcja ma toczyć się w Chinach (bogowie i brat świadkami, że pomstuję o taką grę od lat, i to nie od dwóch czy trzech), wszystkie drobiazgi będą jakoś tam powiązane z Azją. I nie chodzi o powiązanie tego rodzaju, że klawiatura, na której piszę została zapewne wykonana na tym właśnie kontynencie.

Choć naprawdę od lat zachodziłem w głowę, czemu nie powstało Total War o innych azjatyckich państwach niż Japonia i paląc kukły szefów CA mruczałem pod nosem: „choćby Chiny, tam przecież tłukli się non stop”, to prócz pasji na Chiny, miałem cichą nadzieję, że w ogóle powstanie gra o Azji. Toż przecież dosłownie wszyscy starali się podbić tam Koreę. A co się wyrabiało w Indiach…

bmdpW Indiach, jak wszyscy wiemy, wyprawia się przede wszystkim tak. Ale w tym samym filmie jedna z tych pań wywija też mieczem i strzela z łuku. Panią po lewej możecie zresztą znać z serialu Quantico, gdzie trochę strzela, ale też walczy ze słabo zakamuflowanym Donaldem Trumpem. Panią po prawej zaś możecie kojarzyć z ostatniego XXX (Reaktywacja), gdzie też strzela, rozdaje ciosy i kopniaki i w ogóle zabójczo działa oraz wygląda.

Tym mocniej się zżymałem, że przecież Chiny spełniają wszystkie warunki, by znaleźć się na celownikach białych kołnierzyków. To już nie jest jakieś „nigdzie”, jak Polska, ale gigantyczny rynek i ważny gracz gospodarczy na międzynarodowej arenie. Takie Hollywood staje na rzęsach, żeby wplatać chińskie wątki w swoje filmy liczone na miliardy zysków, czego kuriozalnym przykładem stają się Gwiezdne Wojny ze szczególnym uwzględnieniem R1, do którego wklejono trochę Przyczajonego tygrysa…, żeby lepiej sprzedać film w Chinach. To, co zrozumiało kino, pojął i rynek książkowy, w związku z czym fantastykę w Usach zaczęli podbijać chińscy pisarze, z których jeden, Ken Liu (właściwie Amerykanin, ale w Chinach urodzony i ewidentnie czujący silny związek z krajem pochodzenia) zagrał a’la Martin i przepisał fragment historii swojego kraju dodając trochę magii i zmieniając nazwiska bohaterów. Że jednak w Usach ową historię znała tylko część historyków, czytelnicy oszaleli ze szczęścia i Królowie Dary stali się wielkim przebojem, dzięki czemu dotarli także do nas. I dobrze, bo to fajna powieść, a i prawdziwa historia aż się prosiła o to, żeby ją jakoś zaadaptować (wiecie, imperium się wali po śmierci wielkiego tyrana, który dopiero co je posklejał, rozmaici ambitni kolesie walczą między sobą a to o tytuł króla jakiejś prowincji, a to o zajęcie cesarskiego tronu, w całym tym zamieszaniu dochodzi do spotkania trzech: dezertera, który musiał stanąć na czele band, przekręciarza – alkoholika, który też dowodzi armią oraz szlachetnego arystokraty, prawdziwego błędnego rycerza. Zawiązują triumwirat, z którym będzie musiało stać to, co ze wszystkimi triumwiratami, ale przez jakiś czas dają wspólnie łupnia wszystkim naokoło. Ken Liu tego nie wymyślił, wystarczyło, że przeczytał podręcznik do historii).

i-krolowie-daryTak więc film i literatura szybko załapały o co chodzi. A gry potrzebowały na to więcej czasu. Co wydawało mi się z początku zadziwiające, to w końcu najmłodsze medium, powinno więc być chyba najrezolutniejsze i najszybciej reagować na nowe prądy i okazje. A tu masz, CA wolało najpierw wypuścić drugi Rome (też reagując na modę z lekkim poślizgiem), potem uwikłać się w światy fantasy, a dopiero później, gdy już cała reszta świata prawie zajechała temat historii Chin (Wielki Mur, wicie rozumicie), twórcy jednej z moich ulubionych serii zauważyli co się dzieje.

Oczywiście wielkich drogich gier nie robi się w tydzień. Cały proces ich planowania zajmować może lata. Mimo wszystko te lata mijały (Przyczajony Tygrys… – film, który rozpętał na nowo modę na kino o latających wojownikach powstał osiemnaście lat temu) a gra nie powstawała.

twtkppNa szczęście w tym roku ją dostaniemy, i będziemy mogli totalnie ją skrytykować za rozwiązania technologiczne, które nie spełnią naszych oczekiwań, na zbyt małą różnorodność jednostek (widziałem już takie pre-narzekania w sieci) i parę innych detali. Tak naprawdę z trailera wiele nie wynika, acz jest jeden szczegół, który mnie zainteresował. Jeśli oglądaliście trochę chińskich filmów o latających wojownikach, stylizowanych na kino historyczne, wiecie zapewne jak wyglądają tam bitwy. Otóż biegają małe armie po kilka milionów luda, a w samy środku bitewnego zgiełku staje kilku wojowników, którzy z tych milionów robią mielonkę, póki reżyser nie uzna, że będzie dramatyczniej, jak zginą. Żeby nie wiem jak wielkie armie się spotykały, zawsze ważniejsze jest to, ilu mistrzów ma po swojej stronie dowódca. I z trailera nowego TW zdaje się wynikać, że i w grze mistrzowie (często byli to jacyś książęta, czy generałowie) też mogą mieć znaczenie wychodzące poza ich perki strategiczne. Prawdę mówiąc nie byłaby aż taka nowość w serii. Jeśli sięgniecie pamięcią do zamierzchłych czasów drugiego Mediewala, będziecie mogli może przypomnieć sobie bitwy z armią, na czele której stał doświadczony dowódca (na przykład jakiś król). Ubicie tego drania bywało piekielnie trudne bo miał i odporność wielką i siłę miecza też potężną. Bywało więc tak, że powinniście byli dawno tę bitwę wygrać, bo przeciwnik otoczony i wyrzynany, ale wróg nie ucieka, bo szef ma charyzmę, a zamiast zginąć łajdak wyrzyna wam samodzielnie w pień całą chorągiew ciężkiej jazdy. Pytanie, czy jeśli w nowym TW pojawiliby się tacy herosi, to czy nie byliby np. osobnymi jednostkami. Tak jak np. w Warhammer: Mark of Chaos, gdzie dało się z herosa zrobić część oddziału, ale mógł też działać samotnie. I miał możliwość w samym środku bitwy wyzwać na pojedynek wrogiego herosa.

total-war-3-kingdomsNo, ale to takie tam gdybanie na podstawie filmiku. Równie dobrze może nic z tego nie być. I jeśli herosów nie będzie, to choć złamie to podstawowe zasady fizyki chińskich filmów, nie będę płakał. Wystarczy mi, że będę mógł ponarzekać na błędy nowego TW, którego akcja będzie się rozgrywać tam, gdzie już dawno powinna.

A skoro mowa o chińskich filmach. Czy widzieliście już Ice Fantasy?

icef1Pewnie nie, bo prawie nikt u nas tego nie widział, choć serial dostępny jest na Netflixie (tak, z polskimi napisami, dwie części Batmana Nolana ich nie mają, a Ice Fantasy tak, pojmijcie więc klasę i moc tego serialu). Serial liczy bodaj 64 odcinki, a i to w pierwszym sezonie, w Chinach nakręcili już bowiem drugi. Co ciekawe, pierwszy sezon to fantasy, a drugi… jakby cyberpunk. Może mieć to sens, bowiem Ice Fantasy wygląda trochę jak ekranizacja jakiegoś MMO, w którym gracze sądzą, że to wszystko dzieje się naprawdę (albo bardzo się wczuwają). Scenografia wygląda trochę jak z budżetowego MMO, kostiumy bohaterów, a nawet fabuła takoż. Oto mamy kilka frakcji (zwanych tu: klanami), z których tak naprawdę liczą się dwa: Klan Lodu (białe – błękitne stroje, ufne a mądre spojrzenia, cecha szczególna: troska o wszystkich, wielka miłość w rodzinie i w ogóle siły Ładu) oraz Klan Ognia (ich credo: podbić, zgwałcić, zdradzić, zabić, członek rodziny to tylko narzędzie w naszych rękach i mięso armatnie).

iceftytNa początku Klan Ognia przy pomocy spisku, którego nie ogarniecie, przełamuje trwającą od tysięcy lat hegemonię Klanu Lodu i zaczyna rzeź oraz podbój. Czołowi wojownicy Klanu Lodu dostają bęcki po tym, jak w pojedynku herosi Klanu Ognia ukradli im wszystkomogąca biżuterię, ale na szczęście istnieją artefakty, które mogą odwrócić losy wojny. Trzeba je tylko pozbierać od pomniejszych klanów i poskładać do kupy. Szefów tych pomniejszych klanów trzeba będzie zaś przekonać wykonując dla nich misje. Po piętnastu odcinkach następuje nagły zwrot akcji, w wyniku którego trzeba wykonać jeszcze trochę misji. Nie wiem co dalej, bo jeszcze nie dotarłem.

W tej sytuacji nie zdziwię się, jeśli drugi sezon opowiada o tym, że bohaterowie uświadomili sobie, że są w grze.

icef2Brzmi to dość… kiczowato, prawda? Ale przypomnijcie sobie, że taki Harry Potter też polegał na wykonywaniu misji, zbieraniu artefaktów i zdobywaniu doświadczenia, żeby w finale dokopać bossowi. Wszystko zależy więc od punktu widzenia. Jeśli przymkniecie oko na kicz, niedorzeczności i w ogóle całą tę azjatczyznę, albo jeśli – jak ja – jesteście fanami tego właśnie kiczu, możecie bawić się nieźle. Ale nie namawiam Was jakoś szczególnie, bo zdaję sobie sprawę, że trzeba mieć specyficznie sformatowany mózg, żeby odnaleźć przyjemność z oglądania Ice Fantasy.

Nieco inaczej rzecz ma się z serialem Black, także dostępnym na Netflixie, przy czym jest to serial koreański (z tej Korei, w której można kręcić filmy niepoświęcone geniuszowi Wielkiego Przywódcy). Koreańczycy, choć też nie unikają filmów o latających herosach (acz mniej u nas znanych niż chińskie), wyrobili sobie markę twórców kina mrocznego. Ich kryminały i horrory zdobyły parę nagród na światowych festiwalach. Nie boją się też czasem śmiałej erotyki. No i podobnie jak my kręcą telenowele historyczne (Cesarzowa Ki szła nawet w TVP) przy czym, choć kręcą także parodie takich telenoweli (My only love song, też dostępne na Netflixie) posiedli przy tym ważną umiejętność nie łączenia jednego z drugim w tym samym tytule. Dla nas, jak pokazuje Korona Królów, to jeszcze umiejętność do nabycia.

my-only-love-song-ikorean-2017My only love song – gwiazda telenoweli historycznych wsiada do samochodziku z jakichś powodów zmieniającego się w wehikuł czasu i ląduje w przeszłości, cały czas przekonana, że to, co ją otacza to scenografia a ci wszyscy ludzie naokoło to statyści. Gwiazdorzy więc, jak to ma w zwyczaju. Przy okazji odkrywa, że prawdziwa historia wyglądała ciut inaczej niż ta, którą zna ze scenariusza i np. księżniczka wcale nie pali się do romansu z jakimś sprytnym chłystkiem z gminu. No i tak to idzie. Nie jest to wielki serial i mnie w końcu trochę znużył, ale doceniam pomysł.

Miałem jednak napisać o Black. Pisząc krótko – podczas oglądania tego serialu mam wrażenie, jakbym patrzył na anime, tylko z żywymi aktorami. To też nie jest nic nadzwyczajnego. Na Netflixie możemy znaleźć adaptacje Death Note (ogólnie uważaną za fatalną) oraz Miecza Nieśmiertelnego (lepszą, w moim przekonaniu niż DN, może dlatego, że w Mieczu… nie robią wiele poza mordowaniem się nawzajem). Japończycy zaś albo już ukończyli aktorską wersję Full Metal Alchemist, albo zrobią to lada chwila.

mieczNic nie wiem o tym, by Black było adaptacją mangi albo anime, ale fabułę i świat ma takie, że wcale bym się nie zdziwił, gdyby tak było. O czym to jest? Ano, jest gliniarz (ciapa, nie nadaje się do zawodu, zawsze rzyga na widok trupa) i dziewczyna (zamknięta w sobie, nawet w ciemnościach siedzi w przeciwsłonecznych okularach, opryskliwa, pyskata). Kiedyś się znali, ale że miało to miejsce w dzieciństwie, to nie rozpoznają się jako dorośli. Ona patrząc na ludzi widzi ich śmierć, jeśli ta jest bliska. On… No cóż. jego czeka wielka zmiana.

black1Słuchajcie, to jest serial tak dziwny, że sam się sobie dziwiłem, że go oglądam. Przez dwa pierwsze odcinki. Bo przy trzecim zacząłem mówić: „aaaaaaacha” a przy piątym rzucałem na prawo i lewo kurczakami z przejęcia i satysfakcji.

Niestety, żeby się tymi późniejszymi ucieszyć, najpierw trzeba przebrnąć przez dwa pierwsze. A tam nic się nie klei, nawet konwencja. Pierwszy odcinek to kryminał z elementami nadprzyrodzonymi. Owszem, dzieje się to, za co azjatyckie seriale cenię – kiedy już się człowiekowi wydaje, że wie o co chodzi, twórcy sprzedają mu kopa i rozwalają wszystko, co sobie poukładał. Niestety, w efekcie drugi odcinek zdaje się nie mieć zupełnie nic wspólnego z pierwszym (no, prawie) i zmienia się w niemal slapstikową komedię. W azjatyckim stylu, więc z grubo ciosanymi dowcipami. Lepiej nie oglądajcie tego przy jedzeniu.

A potem przychodzi odcinek trzeci i jakimś cudem skleja to wszystko tak, że zaczyna pasować. A im dalej w las, tym mniej komedii (choć elementy humorystyczne, takie se, zostają niestety), za to robi się mroczniej i mroczniej. A główny bohater to póki co (też jeszcze nie oglądnąłem tego do końca) to… No cóż, gdyby był czarnym charakterem, byłby całkiem niezłym czarnym charakterem. Zresztą, może pełni właśnie tę rolę? Nie wiem. Pamiętacie teorię, że Jar Jar to lord Sithów? No więc właśnie, możliwe, że twórcy Black też o niej słyszeli. Ale możliwe, że nie. Nie zaspoileruję wam, bo sam nie wiem. Wiem, że pod koniec piątego odcinka, kiedy znowu miałem wszystko poukładane, znowu dostałem kopa.

Star-Wars-Darth-Jar-Jar-Sith-Fan-TheoryNiestety, rozrywkowe kino z Chin i Korei (a z braku czasu i miejsca nie napisałem ani słowa o suberbohaterskim kinie z Indii) jest pieruńsko specyficzne i nie do każdego trafi. Tak naprawdę, jeśli ktoś nie miał z nim wcześniej do czynienia, będzie musiał przejść coś w rodzaju kwarantanny, albo nowego formatowania, żeby się nim cieszyć. Chyba, że jest fanem anime (sądzę, że w jego przypadku formatowanie będzie mniej bolesne) albo sam o tym nie wie, a posiada w DNA ukryty gen.

Znacznie łatwiej przyswajać gry, czy to z Azji, czy o Azji i literaturę. Tacy Królowie Dary nie różnią się bardzo od zachodniego fantasy, nie licząc nazw i scenografii. Podobnie np. Problem trzech ciał Cixin Liu to po prostu dobre, oryginalne SF, tylko napisane przez Chińczyka i mocno akcentujące w związku z tym Chiny. Nie przeżyjecie szoku kulturowego czytając te powieści. Ale Ice Fantasy… Uch, to zupełnie inna kategoria.

 

Dodaj komentarz



21 myśli nt. „Pięć wschodnich drobiazgów na piątek

  1. maladict

    Aż sprawdziłem i, o dziwo, angielski Netflix też to ma w ofercie. Jak tylko skończę szósty sezon Grimm i brytyjski dokument ‚Myths & Monsters’. Ach, no i ‚Mars’.
    Wiecie co, po prostu dołączę do ‚ My list’
    W każdym razie dzięki za rekomendacje

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @michau

      Fajny byłby Medieval obejmujący cały świat:). Wtedy mógłbyś i Dżyngisa poprowadzić. Albo po prostu Total War: Azja. Z budowaniem imperium Mongołów od paru klanów, albo próbą dokonania podboju Chin przez Japonię, albo odwrotnie Japonii przez dynastię mongolską. A do tego wojny w Indiach, próba uczynieni z Korei czegoś więcej niż celu podboju dla wszystkich dookoła. Mogłoby się dziać:). Sama próba zjednoczenia Chin czy Mongołów albo Indii zajęłaby graczowi pół gry:).

  2. Daimonion

    Nazwiecie mnie starym zbokiem, ale od zeszłego tygodnia pogrywam trochę w „Blade and Soul”. Sam nie wiem, jak do tego doszło… Generalnie mangowata stylistyka mnie odrzuca, ale miałem ochotę na coś wschodniego, a tutaj system walki jest jak dla mnie fajny… Wstydzę się bardzo, ach jak bardzo…

  3. larkson

    Tak się składa, że trochę azjatyckich rzeczy naoglądałem ostatnio, nie licząc anime, te zawsze będą w moim serduszku, choć od jakiegoś czasu z nimi zluzowałem, ale jak Netflix czymś ciekawym zarzuci to se ziorknę. Ale wracając… też widziałem Miecz Nieśmiertelnego, fajna siekanina, ale fabularnie mnie jakoś tak nie porwało, a przynajmniej nie wiele z tego pamiętam, poza tym, ze kill count idzie tam w dziesiątki jeśli nie setki. Oldboy, ten oryginalny z Korei, nie amerykancki. Mocne, choć miejscami nieco dziwne kino. Chyba nie widziałem filmu, w którym główny bohater byłby tak gnębiony fizycznie i psychicznie. Milion jenów od kobiety jest co najwyżej OK, pomysł był nawet ciekawy, bo wszystko obraca się wokół kobiet, które z niewiadomego powodu wprowadzają się do głównego bohatera niezbyt poczytnego pisarza i z tego tytułu dają mu gruby hajs co miesiąc. Coś się tam próbuje dziać, komuś się umrze i czasami byłem zaintrygowany co będzie dalej, ale główny bohater to straszny zmulacz i nieogar, a i końcówka mnie nie porwała. Złe nie było, ale liczyłem na trochę więcej.

    Być może w przyszłości ogarnę też Netflixowe Erased, bo widziałem anime Boku dake ga Inai Machi i obie te rzeczy są na podstawie tej samej mangi, z czego ta druga robiła robotę. Jest trochę podróży w czasie, szkolnego życia, feelsów i poszukiwania gościa mordującego ludzi. Ogólnie bajer, jestem ciekaw jak ta wersja live action z tego wybrnęła.

    A Ice Fantsy se dorzucę do listy, dziękuję :)

  4. aryman222

    Niech mnie ktoś oświeci – gdzie ludzie zdobywają wiedzę o tych „trzech królestwach”? Wszystkie wojny, w które uwielbiam grać poznałem na lekcjach historii, a potem te najciekawsze okresy (antyczna Grecja, Imperium Rzymskie, Aleksander Wielki, XX WŚ…) zgłębiałem dalej już we własnych zakresie. Natomiast za nic nie mogę sobie przypomnieć lekcji historii o wojnach domowych w Chinach… Czy ja coś przegapiłem? Pytam, gdyż czytam, w internetach, że mnóstwo osób jest prawdziwie podekscytowanych starciem królestw, jakich herosów itp.,jakby żyli tą historią, a tymczasem dla mnie to wielka niewiadoma i w sumie to takie… meh.

    1. maladict

      @aryman222

      W szkole nie uczą o okresie Trzech Królestw, bo po co. Po pierwsze historia (ta bazowa) koncentruje się na Europie, gdyż tu działy się rzeczy, które miały bezpośredni lub pośredni wpływ na nas. A i bez historii innych kontynentów program jest przeładowany na tyle, że rzadko komu udaje się dojść do czasów współczesnych. Przynajmniej tak było za moich czasów.
      Ja na przykład, o Trzech Królestwach dowiedziałem się grając w Romance of the Three Kingdoms, a potem pisząc z tego recenzję. Tak, jeżeli ktośbędzie kiedy kolwiek wypowiadał się o walorach edykacyjnych gier, może mnie zacytować.

    2. bosman_plama Autor tekstu

      @aryman222

      Jest taki brytyjski historyk, John Man, który specjalizuje sie w Mongolii i Chinach, warto go poczytać, bo świetnie pisze. Świetna jest „Wojna Czu z Han” Macieja Kuczyńskiego wydana przez Bellonę.
      Ale ogólnie rzecz biorąc z historią Chin w Polsce jest jak pisał Maladict.Musisz sam szukać, bo nasz system edukacji nie jest specjalnie nimi zainteresowany, ponieważ istnieje przekonanie, że ich historia ma nikły wpływ na naszą.

  5. The_Mister_A

    Dobra to ja ponarzekam. Oczywiście na obecny stan wiedzy. Bo może jednak CA ma inny plan niż wynika z trailerów.
    Może drobny kontekst. Sam odbiłem się od Shoguna, mimo, że np, w grach Paradoxu, dość często wybieram Japonię albo Chiny. Shougn był dla mnie zbyt monotematyczny. Frakcje, jakby nie patrzeć były takie same pod względem klimatu. Jeden region , takie same jednostki. W porównaniu do Rome, czy Medieval Shogun mnie nudził. W Rome 2 każda rozgrywka mogła mieć inny klimat, bo frakcje znajdują się w określonych silosach (Rzymianie, Barbarzyńcy, Satrapie, Kartagina) a nawet między sobą się róznią (Egipt vs Seleucydzi).
    Osobiście uważam, że CA idzie na szybką robótkę i łatwą kasę. Dostaniemy 3 frakcje, w jednym kraju. Oczywiście na tyle ile poczytałem, zaczynamy w okresie de facto przed podziałem na 3 królestwa i pewnie dostaniemy więcej frakcji, do podbicia (może tylko do sterowania przez AI?).
    Fajnie, że Azja dostaje swoje 5 minut, ale czy nie można było tym razem machnąć większego rejonu i zrobić tak jak Medieval, tylko w Azji? Przecież w tym czasie, były i Indie i Indochiny,. To i można by wplątać w to rozgrywkę na morzu. Teraz, to nie wiem. Za bardzo będzie to wyglądać jak starcie takich samych frakcji.
    Trailer, jak trailer zrobiony trochę pod odbiorcę z Chiny z naciskiem na bohaterów. Pytanie, czy to będzie istotne w grze. Jak tak, to chyba zły kierunek dla serii jednak bazującej na historii. Fajne, dla Warhammera a nie tutaj.

    Oczywiście, moje obawy mogą się nie ziścić. Może mój pesymizm wynika, z tego, że nie dostaliśmy cały czas gry z czasów pokrywanych przez Europy Universalis. CHociaż, pewnie mechanika Imperium z Warhammera by tam pasowała. No ale pytanie znowu, czy Renesans/Barok w Europie też nie nosi problemu małego zróżnicowania frakcji (Chociaż mimo wszystko nawet pomiędzy wojskiem hiszpańskim a francuskim były różnice, a co dopiero pomiędzy ANglią a Polską lub Turcją). Empire TW miało niestety ten problem, że walczyliśmy z klonami.

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @The_Mister_A

      Jednak pewne różnice w armiach Shoguna2 były. Rzeczywiście nie aż tak znaczne, jak w Medievalu czy Rome, gdzie jednak mamy do czynienia z różnymi państwami i specyfikami narodowymi. Mnie wystarczało to do dobrej zabawy. Zresztą uważam, Shoguna2 za ostatnią, póki co, część serii, która naprawdę mi się podobała. Gra w R2 sprawiła mi już znacznie mniej satysfakcji. No i dodatki (zwłaszcza ten, który uczynił broń palną znaczącą) też trochę zwiększyły rozmaitość.

      Oczywiście, też wolałbym taki azjatycki „Medieval”, ale póki Indie nie staną się znaczącym odbiorcą gier raczej nie mamy co na to liczyć.

  6. lemon

    A propos „Miecza Nieśmiertelnego” – w mandze i anime główny bohater, Manji, nosi na plecach swastykę (czyli japoński znak Manji). W filmie aktorskim symbol zmieniono na jakiś inny, neutralny dla Zachodu (nie wiem jak dla Japończyków). Decyzja zapewne podjęta przez Warner Bros.

Powrót do artykułu