Na szybko – nie dla idiotów?

bosman_plama dnia 1 lipca, 2013 o 17:25    69 

3de024e02350e08a9efb5ce0954358f9_XL

Kumpel rzucił ot tak, że możnaby wyskoczyć do kina (i na piwo) nim wrócą z wakcji jego żona i dziecko i że on akurat czuje pokusę, by zobaczyć jak wyszedł najnowszy film gościa od "Szóstego Zmysłu". No i poszliśmy. O bogowie.

Na codzień jestem człowiekiem gołębiego serca i nawet o współczesnych polskich komediach jestem w stanie powiedzieć coś nie do końca najgorszego. O "1000 lat po Ziemi" mogę powiedzieć tyle dobrego, że film ten udowodnił mu, że polskie komedie romantyczne to niekoniecznie najgorsze kino na świecie. Na tej liście pod nimi jest jeszcze najnowszy film  M. Nighta Shyamalana,bo w nim nie ma nawet fajnych lasek. Ale poważnie – co stało się z tym gościem, który zmasakrował nas wszystkich (no dobrze, większość z nas) swoim pierwszym filmem z Brucem Willisem, ucieszył swoim drugim filmem z Brucem Willisem i ujął "Osadą" a mnie nawet "Znakami"? Już w filmie o syrenie z basenu napastowanej przez kudłate coś i o dzielnym gospodarzu domu, który próbuje ją przed tym czymś uchronić poczułem się zaniepokojony ilością założeń przedstawionych w prologu. Jeżeli muszę uwierzyć w istnienie trzech rodzajów legendarnych istot oraz zapoznać się w pięć minut z kompletnie zmyśloną mitologią, żeby "kupić" film to coś jest nie tak. No, ale powiedzmy, że to miała być bajka. "1000 lat po Ziemi" to, niestety, SF. Mamy więc statki kosmiczne, skoki w nadprzestrzeń, obce planety i obce formy życia. Tyle, że na samym początku muszę uwierzyć, że obcy w celu zniszczenia ludzkości wyprodukowali ślepe i głuche potwory wyczulone na ludzkie feromony strachu, ale niezdolne poczuć zapachu potu człowieka, z którym przed chwilą walczyły. Kosmici to idioci? A co powiedzieć o ludziach (przypomnijmy – zaawansowana technologia umożliwiająca podróże kosmiczne), którzy w odpowiedzi na to wyposażyli swoje wojsko w… dzidy? Poważnie. Goście dysponują latającymi minisondami, ale nie wpadli na używanie dowolnego kulomiotu. A choćby i procy. Wszystko byłoby lepsze przeciw ślepogłuchym obcym niż broń, która wymaga z nimi bezpośredniego kontaktu. Ale nikt na to nie wpadł.

 

After_Earth.jpg

After Earth, film zły prawie jak Kac Wawa

 

A właściwie wpadł, tylko wywalił kulomioty ze scenariusza, bo przeszkadzałyby w pseudokunsztownej opowieści o tym, jak ojciec i syn odnajdują się nawzajem po przeprawie przez lasy, po których szaleją hienotygrysy i orłokondory. Oraz małpy. Ok, byłbym w stanie to przełknąć, gdyby ta opowieść była dobra. Ale nie jest. Jest żadna. Stworzono cały pozbawiony sensu wszechświat po to, żeby sprzedać drętwą, superschematycznie podaną opowieść o ojcu i synu. Żeby się nią przejąć, muszę najpierw przyjąć hektolitry idiotyzmów. Może jestem czepialski, ale przełknąłem jakoś opór powietrza w próżni w najnowszym Star Trek godząc się z tym, że fizyka musi przegrywać w kinie z widowiskowością. Ale Star Trek przynajmniej coś oferuje. "1000 lat po Ziemi" nie oferuje nic. A niestety, ten film nie jest sam. Przecież z nieszczęsnym "Prometeuszem" było tak samo. Tam też poczyniono kosmiczne założenia, pobudowano fajoskie dekoracje i zasypano nas lawiną kretynizmów, żeby zostawić na z gębulami rozdziawionymi ze zdziwienia, że można było wyprodukować coś tak bardzo bez sensu.

 

prom.jpg

Kosmiczny seks – wielka wedżajna i błękitny łysol

 

Nie domagam się, by filmy SF byly super naukowe. Od tego mam powieści Dukaja i Podrzuckiego. Ale, u licha, niech nie traktują mnie jak idioty. I teraz się zastanawiam, czy to tylko kino tak ma, czy też w grach bywa podobnie? A może wybaczam grom, bo lepiej potrafią sprawiać mi frajdę, ale bycie graczem jest bardziej wciągające niż bycie widzem? Może gry podobnie traktują mnie jak głupka, ale przyzwyczaiły mnie już lata temu, że opierają się na znacznie większej umowności niż filmy i literatura? I dlatego więcej im wybaczam? Czy w przypadku gier jestem ślepcem tam, gdzie czepiam się filmów, czy też przynajmniej pod tym względem twórcy gier traktują mnie poważniej niż twórcy filmów? Hm. Właście przypomniał mi się Fallout3, więc chyba nie jest tak dobrze.

Dodaj komentarz



69 myśli nt. „Na szybko – nie dla idiotów?

        1. aihS Webmajster

          @Nitek

          Tylko jeden. Dobrze, że nie zainwestowałem w nowe, lenistwo czasem popłaca. W sumie to zaoszczędzili mi trochę kasy bo miałem w przyszłym tygodniu trochę rowerowych akcesoriów zakupić.

          @Beti było mi sprzedać te buty taniej póki miałem po co je kupować trolololo ;)

          1. Beti

            @aihS

            Potaniały o 10 zł, także żałuj hahahahaha :D

            Btw. przykro mi z powodu rowerów. We Wro ostatnio złapali kolesia, który kradł i 10 rowerów trafiło do właścicieli. Szczęściarze.
            Mojej siostrze i jej meżowi ukradli rowery przypięte zaraz przed drzwiami do mieszkania. Budynek nowy, kodowany. Ostatnie piętro, bez windy.
            To już dwa lata i nie odnalazły się…

          1. thesheep

            @aihS

            A ślady na ścianach? Od owych opon, jak się chce go wygodniej postawić albo po kierownicy? Wytrzymałam tydzień, a potem kazałam lubemu wyprowadzić pojazd z domu. Na korytarzu stał dwa lata :) Potem przeprowadził się do piwnicy i dalej tam mieszka. Nikt mojego osiedla nie strzeże, więc nie wiem, jak to się skończy.

      1. aihS Webmajster

        @dywyn

        Nie dość, że strzeżone osiedla to frajerzy mają piękne foty z monitoringu, ale jakoś ich nikt nie łapie. Zresztą wisi mi co się stanie lub nie stanie z takim agentem, chciałbym odzyskać rowery a nie w najlepszym przypadku bujać się po komendach i sądach żeby posłuchać jak taki człowieczek dostanie 0,5 roku w zawiasach o ile w ogóle stawi się w sądzie. Jak przemnożę ilość straconego na to czasu przez moje wynagrodzenie godzinowe to kupię sobie dwa nowe rowery. Jeden z rowerów był, jak to nazwałeś, z klasy średniej tak baj de łej :(

  1. maladict

    Z fizyką było kiepsko od zawsze tzn. conajmniej od głośnych wybuchów i kompletnie niehermetycznych lądowiskach w Star Wars. Ale jak ktoś to powiedział ‚Lepiej jest pisać fantasy, bo pisanie SF wymaga znajomości fizyki przynajmniej na poziomie szkoły średniej’.

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @maladict

      Gwiezdnym Wojnom jestem w stanie wiele wybaczyć, ponieważ to tak naprawdę fantasy a nie SF, tyle, że rozgrywa się w kosmosie. Tyle, że to kosmos magiczny – w próżni słychać dźwięki, widać kolory laserów i chyba nawet wytwarza ta próżnia jakiś opór, bo kosmiczne myśliwce latają w niej jak samoloty. Z kolei atmosfery planet chyba nie stawiają oporu gdy lądują statki kosmiczne, nie pamiętam z filmów efektu rozgrzania powłoki okrętu przy wchodzeniu w atmosferę. Więc to świat kompletnie obcej fizyki, z naszą łaczy ją chyba tylko grawitacja (ale przezwyciężalna Mocą).

      1. aihS Webmajster

        @bosman_plama

        Początek Zemsty Sith bosmanie. Jak spadają tzn „lądują” na Coruscant rozpadającym się krążownikiem Grievousa to trochę się okręt przysmaża przy wejściu w atmosferę. W filmach próżno szukać fizyki, w książkach (również nielicznych) zdarza się poważniejsze podejście do tematu.

        1. maladict

          @Yerz

          Jeden znajomy fizyk próbował rozpracować smoka. Wyszło mu, że zianie owszem jst możliwe – gruczoły w jamie ustnej strzykające łatwopalną cieczą. Oczywiście wyklucza to zianie podczas latania. Zresztą smok żeby latać siłą mięsni nie przekraczałby wielkością awionetki.

          1. bosman_plama Autor tekstu

            @maladict

            Czy ten znajomy fizyk to Huberath? On coś podobnego napisał kiedyś do Fantastyki.
            Przypomniała mi się też powieść Andersona, w której najlepszą metodą na pokonanie smoka było chluśnięcie mu lodowatą wodą do rozwartej paszczy:). To by nawet mogło pasować do Smoka Wawelskiego. Może nie pękł dlatego, że wypił za dużo wody, ale dlatego, że rozpalony od ognia „kocioł brzucha” eksplodował mu w gwałtownym zetknięciu z lodowatą wodą?

            1. Goblin_Wizard

              @bosman_plama

              A dlaczego akurat lodowatą wodą? O ile rozumiem intencje, chodzi o wytworzenie nadciśnienia w momencie zamiany wody w parę wodną czyli zrobienie ze smoka coś w podobie kotła parowego. Zimna woda, żeby przejść w stan gazowy musi się przecież najpierw nagrzać do temp. wrzenia co pochłania dużo energii. Najlepiej by było wlać smokowi wrzątek do gardła bo w tym momencie minimalna ilość energii powoduje zamianę wody w parę, gwałtowny wzrost ciśnienia i… BUM!;)

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @Nitek

      To jest konsewkencja niezbędnej widowiskowości. Kiedyś widziałem dokument o tym, jak wyglądałyby naprawdę wojny w kosmosie (w tym przypadku na orbicie okołożiemskiej). Ot, leci sobie na orbicie jeden statek, ale nawet za bardzo nie widać, że leci, bo brak punktów odniesienia – przy tej prędkości. Może nawet po prostu wisiał na orbicie. Nagle za nim pojawił się drugi statek. Chwilę tak powisiały, po czym ten pierwszy się rozpadł.

      Nie było widać lasera, którym napastnik rozwalał tamtemu kadłub, nie było wielkiej kuli ognia, bo niby w czym ten ogień miał się palić (statki były bezzałogowe, toteż nie potrzebowały atmosfery tlenowej na pokładzie), nie było zgrzytania rozrywanych blach, bo w próżni nie rozchodzi się dźwięk.
      Gwiezdne Wojny tak by wyglądały w rzeczywistości. Ale taki film nie zrobiłby kariery.

  2. MusialemToPowiedziec

    Odpowiedź na pytanie z końca jest prosta: jak coś się nam nie podoba, to wytykamy błędy wszędzie.

    Na gamecornerze była ostra polewka z CoDa, że jak jabłko na czymś leżało i to coś się usunęło, to owoc sobie wisiał w powietrzu. Ale już taki sam błąd w BFie czy Armie nie dałby takich samych reakcji.

  3. CaldurSeer

    Ja tam lubię wszystkie filmy M. Night Shyamalana za wyjątkiem „The Happening” i „The Last Airbender”. Nawet „Devil” ze scenariuszem jego autorstwa był ciekawy.

    Edit: Tego, o którym pisał bosman_plama jeszcze nie widziałem, ale faktycznie recenzje w sieci nie nastrajają zbyt optymistycznie.

    1. furry

      @CaldurSeer

      Kurczę, mi też się jego filmy, może nie to że podobają, ale przynajmniej wchodzą bez popitki i oglądam do końca. Nawet „Osada” i „Zdarzenie” z Marky Markiem, choć do tej pory nie wiem, o co w tym ostatnim filmie chodziło.

      Na „1000 lat” się nie wybieram , bo o ile kojarzę to Will jest scjentologiem, a na SF ze scjentologami nie chodzę od czasu „Battlefield Earth” :-)

      Aha w weekend zacząłem oglądać stare „Strange Days”. Nie widziałem tego jeszcze, dałem radę do połowy, bo sam oglądałem (żona oczywiście poszła spać). Ale… ten film jest przegenialny! Trzyma klimat lat 90-tych, wiecie, Harry Angel, Blade Runner, Johny Mnemonic, te klimaty. Dziś dokańczam.

      1. CaldurSeer

        @furry

        W „The Happening” chyba chodziło o ekologię ;) Widziałem go raz w kinie i mi wystarczyło. Grę aktorską Zooey Deschanel na ogół darzę dużą sympatią, ale w tym filmie chyba się pogubiła łącznie ze scenarzystą, reżyserem i połową obsady.
        „Battlefield Earth” to jest dopiero klasyka…szmiry :)

  4. teekay

    Myślę, że gdyby powstał film, w którym byłaby pokazana ułańska szarża jeźdźców z wyrzutniami rakiet na rosyjskie czołgi i helikoptery w Afganistanie, brecht tłumów w Polsce słychać by było nawet w Kansas. Na szczęście taki epizod był tylko w grze, więc prawie nikt nie zauważył. ;)
    Różnica między współczesnymi filmidłami a poważnymi grami jest taka, że w filmach przedstawione powyżej zawirowania we wszechświecie są pretekstem do ukazania relacji ojca z synem, zaś w grach byłby to wspaniały pretekst do ukazania romansu z kilkoma przedstawicielami obcej rasy. I przy okazji uratowania naszego świata przed wrogim (germańskim k…) najeźdźcą. ;)

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @teekay

      Kłopot w tym, że „ukazanie relacji ojca z synem” jest w tym filmie równie interesujące co wywiady z polskimi celebrytami. To jest w ogóle jakiś koszmar, że według kina akcji relacje rodzinne sprowadzają się do kompletnego niezrozumienia między ludźmi, które pomaga przełamać atak dinozaurów, demonicznych niedźwiedzi albo kosmitów. W ekranizację komiksu „30 dni, 30 nocy” scenarzyści (producenci?) koniecznie musieli wepchać kryzys małżeński głównych bohaterów, choć w komiksie go nie było.

      Zaryzykuję stwiedzenie, że „1000 lat po Ziemi” nieludzko by zyskało, gdyby nie ta potworna sztampa. Tak naprawdę jedynym interesującym wątkiem jest historia relacji chłopca z orłokondorem, nawet biorąc pod uwagę fakt, że jest troszku naciągana i że poświęcono jej miejsca w filmie tyle, co kot napłakał. Ale tam się pojawia jakieś zdziwienie, są chyba nawet jakieś dylematy i pół sekundy refleksji bohatera, który widząc, co się stało przeżywa wielkie WTF.

  5. urt_sth

    Z zupełnie innej beczki podzielę się moją dzisiejszą historią, ale też o filmie będzie. Zwykle czytam co nieco o filmach na które idę do kina. Tym razem korzystając z chwili wolnego (kolonie), zaprosiłem moją lepsza połowę do kina całkowicie w ciemno na film, o którym kompletnie nic nie wiedziałem za wyjątkiem plakatu (i oceny punktowej bez uzasadnienia). Nie da się odizolować zupełnie więc nastawiłem się na tzw. komedię romantyczną (fałszywe przecieki w pracy, jeszcze nie wiem czy mnie wkręcali czy też nie wiedzą co czynią). Zaskoczyłem się podwójnie bo chodzi o „Dziewczynę z szafy”.
    Musze to jeszcze kiedyś powtórzyć, ale pewnie wtedy trafię na jakiś kac wawa czy coś.

  6. projan

    Ja mam do Shymalanamalana sentyment bo mnie też „zmasakrował pierwszym filmem z Brucem Willisem, ucieszył swoim drugim filmem z Brucem Willisem i ujął „Osadą” a nawet „Znakami”". Co najważniejsze, więcej jego filmów nie widziałem, zniechęcony druzgoczącymi recenzjami. I mi z tym dobrze.

Powrót do artykułu