Gorący zimnowojenny prysznic

WarNerd_PL dnia 6 czerwca, 2017 o 0:15    37 

CW

Ponarzekaliśmy sobie ostatnio, że bohaterowie zmęczeni, gry miałkie i w ogóle czas już porozglądać się za jakimś wygodnym dębowym wdziankiem. Najwyraźniej nasze jęki dotarły do kogoś na górze (albo – co bardziej prawdopodobne – na dole) bo w ciągu zaledwie tygodnia trafiły na rynek dwa z dawna oczekiwane przeze mnie tytuły. Pierwszy to zapowiedziany znienacka na 7 dni przed premierą Prepar3D V4. Drugi to Cold Waters studia Killerfish Games – o nim też od kilku dni pisano, że ma wyjść „lada dzień”.

Jak do tej pory Killerfish Games znałem tylko z fajnej, choć o dziwo turowej Atlantic Fleet. Przerobiłem kilkanaście misji historycznych, zatopiłem „Bismarcka” i ogólnie nieźle się bawiłem, choć gra dość szybko zniknęła z dysku, ustępując miejsca solidniejszym tytułom.

Cold Waters zapowiadało się ciekawiej, reklamowane jako duchowy następca Czerwonego Sztormu. Zajawki na YT wyglądały obiecująco, ale nie oszukujmy się – kiedy nie wyglądają? (Pamiętacie jeszcze Operation Flashpoint: Dragon Rising?). Dziś po powrocie do domu coś mnie tknęło, jakby podprogowe szumy kawitacyjne… sprawdziłem wish-listę na Steamie i… PING!

20170605210750_1

Coś podejrzanie dużo tej miodności ostatnio – moja resztkowa przedwakacyjna chęć do pracy może zaniknąć do reszty. Walcząc z wyrzutami sumienia i wizją coraz bardziej pustego portfela kupiłem grę testowo na Steamie – chwilę pogram i jak się nie spodoba to przecież mogę oddać, nie?

Niestety, ze zwrotu kasy nici. Przez dwie godziny przeszedłem 7 misji treningowych i jedną z 8 „bojowych”. Są jeszcze dwie kampanie, ale nie zdążyłem przetestować – zaprotestowała małżonka. Cóż, jak nie można grać to można chociaż o graniu popisać. Cierpię ja, niech pocierpią czytelnicy.

Głupio się przyznać, ale nie zmieściłem się w dwugodzinnym limicie głównie przez „eye candy”. Cold Waters wygląda naprawdę nieźle. Z konieczności wrzucam tylko kilka screenshotów, zrobiłem ich dużo więcej.

20170605210756_1

Grafika grafiką – oczy mogą nas oszukać – jak wypada sama gra? Miłośnicy Dangerous Waters, Harpoona czy Jane’s 688(I) mogą poczuć się zawiedzeni (o ile jeszcze żyją). Cold Waters zdecydowanie bliżej do SSN-21 Seawolf niż COMANO. Recenzje na Steamie są dość chłodne – oscylują w okolicach 6/10 – ale ja przez te 2 godziny bawiłem się bardzo dobrze. Gra zdecydowanie nie jest symulatorem dla hardkorowców (czy nerdów), ale te 8 misji, które przeszedłem, daje nadzieję niezłej zabawy. Trzeba trochę kombinować, używać sensorów (aktywnych i pasywnych), manewrować w trzech wymiarach, uważać na prędkość i kawitację itp. Z drugiej strony – gra cieszy oko. Ścieżka dźwiękowa też jest niezła – degustowałem co prawda tylko chwilę, bo rodzinka pyskowała, że im zagłusza Spidermana – ale skrzypcowe brzmienia, przywodzące trochę na myśl „Aliena”, przyjemnie komponowały się z podwodnymi szumami i odległymi dźwiękami…  aktywnego sonaru radzieckiego okrętu podwodnego.

Rozczarowuje trochę brak możliwości rozwijania i wciągania sonaru holowanego. Jego działanie jest co prawda w jakimś stopniu symulowane, ale jednak konieczność pamiętania o tym, by go nie uszkodzić w czasie gwałtownych manewrów, każe inaczej podchodzić do taktyki. Miło za to zaskoczył mnie widok odrzucanego silnika startowego wystrzeliwanego spod wody Tomahawka – niby pierdółka, ale jednak świadczy o pewnej dbałości deweloperów o szczegóły.

20170605194856_1

W niedzielę na YT pojawił się kilkunastominutowy gameplay z Cold Waters – w komentarzach krytykowano kiepskie AI. Trudno mi się do tego odnieść – grałem na normalnym poziomie trudności i w zaledwie jedną misję „bojową”, którą przeszedłem trochę oszukując – korzystając z podglądu ręcznie naprowadzałem kierowaną przewodowo torpedę. Efekty możecie oglądać na screenach.

Gra dostępna jest na Steamie za 36,99 euro – niemal 4 razy drożej, niż Atlantic Fleet. Mam nadzieję, że zabawa też będzie 4 razy lepsza. W każdym razie – moim zdaniem warto przetestować!

20170605222747_1

Wbrew nazwie, ten Victor nie wyjdzie zwycięsko z wyścigu

20170605222753_1

Dodaj komentarz



37 myśli nt. „Gorący zimnowojenny prysznic

    1. WarNerd_PL Autor tekstu

      @/mamrotha

      688 to w zamierzeniu realistyczny symulator był. Cold Waters nawet tego nie udaje, co nie oznacza, że nie można się przy nim nieźle rozerwać. Wyszedł mi nawet taki myk, że ustawiłem się koło wraku krążownika, który trochę wcześniej zatopiłem, i ścigająca mnie torpeda trafiła w ten wrak. Fajne, zwłaszcza że można to sobie oglądać włączając np. podgląd z torpedy.
      To kierowanie okrętem przez WSAD rzeczywiście jest takie se – ale może to być odpowiednikiem wydawania komend czy czegoś w tym rodzaju. Obsługa odpalania rakiet i torped jest rzeczywiście uproszczona, więc jest to trochę taki sim-lite nastawiony na taktykę – przynajmniej w pojedynczych misjach (których jest nb. 10 – poprawka) – bo w kampanię nie miałem jeszcze czasu zagrać.
      Dla mnie CW jest fajną odskocznią od realistycznych simów, w które zwykle gram – zamiast 40 minut samego odpalania samolotu przed lotem mam porcję bardziej intensywnej rozrywki.

        1. WarNerd_PL Autor tekstu

          @aryman222

          Bo ja wiem, to może być relaksujące :)
          Masz takiego wygaszonego 747, podłączasz zasilanie, po kolei odpalasz poszczególne systemy, generator, programowanie trasy lotu, potem rozruch silników, kołowanie, ustawienie się na pasie, start… potem autopilot i podziwianie widoczków, a na koniec odrobina emocji przy lądowaniu :)
          Przy okazji – próbowałem HoI ale się nie wciągnąłem. Szacun dla tych, którzy to rozgryźli :)

          1. aryman222

            @WarNerd_PL

            Chyba jestem przyzwyczajony do bardziej bombastycznych rozgrywek :)
            Co do HoI – która część? Mechanika Ci nie pasowała, czy jej nie mogłeś ogarnąć? Jakim państwem grałeś? To też ważne, bo choć w większości strategii gram Polską, tak w HoI granie słabym państwem jest mało interesujące i ograniczone do lokalnego teatru. Prawdziwa zabawa jest jak się gra mocarstwem (ogromne wyzwania rozrzucone zwykle po kilku kontynentach, na tysiącach km frontu). Najlepsze jest granie Niemcami – najpierw spacerek, a potem wszystko się wali na głowę. Niemal równie ciekawa jest Japonia i Wielka Brytania.

  1. mr_geo

    Wyświetliło mi się to wczoraj w „kolejce do odkryci”, czy jak się tam to klikanie w przejdz dalej nazywa.
    Założenia wyglądają interesująco, grafika też oko dość porządnie cieszy, ale mój głowny problem jest taki że nie bardzo widzę czym ta gra chce być i w która stronę idzie. Z jednej strony mamy całe ten nacisk na manualne kontrolowanie systemów OP i wspomniane tutaj ręczne kierowanie torped aby pognębić wraże jednostki oraz dostęp do całej gamy sensorów co wskazywałoby na zacięcie symulacyjne. Z drugiej strony kierowanie okrętem za pomocą WSAD jak nie przymierzając w Call of Odgrzewany Kotlet? Da fak? Ładnie i szczegółowo oddane parametry różnych broni (czyli znów porządna symulacja), po czym cała ich procedura startowa sprowadzona do jednego kliku gdy jesteśmy skierowani w generalnym kierunku nieprzyjaciela? (co to jest, jakiś Unreal Tournament Submerged?)
    Obserwuje, ale na razie nie zamierzam wyskakiwać z 37 jewro. Jak się wyklaruje czy idziemy w arcade czy w sim (disclaimer: nie ma nic złego w byciu porządnym arcade:)) to wtedy może dofinansuje gabcia.

    PS. To zdjęcie USS Stark jako niby ofiary ataku torpedowego to mnie dość jednak zniesmaczyło :]

              1. WarNerd_PL Autor tekstu

                @brum75

                Dobra, to parę brzydkich anegdotek.
                Miałem znajomego, który często to mnie wpadał żeby pograć, najpierw na komodorku, a potem też na pececie. To było ok, bo czasem przechodził gry, w które już nie grałem, często była z niego beka, ale też potrafił przesadzić i przyłaził 2 razy dziennie.
                Bardzo się wciągnął w SS2, więc łaskawie dawałem mu pograć – i tak nie dorównywał mi zatopionym tonażem :)
                Kiedyś wykonał atak na konwój i zaczął się zanurzać żeby uciec przed eskortą. Tyle że włączył kompresję a zapomniał wyrównać stery. Coś tam zaczął do mnie nawijać, grzecznie nie przerywałem i czekałem na rozwój wypadków. Oczywiście po krótkiej chwili ciśnienie zgniotło okręt. Ten wyraz zaskoczenia, przerażenia i niedowierzania na jego twarzy… bezcenne! :)
                W końcu kupił sobie kompa żeby na spokojnie pograć w chacie. 486 z zegarem 66 MHz, to był potwór wtedy. Tyle że karta graficzna obsługiwała coś 8 czy 16 z wymaganych 256 kolorów. Te kolory w SS2 – czerwony czy niebieski dym – he he.
                Barwna to była postać :)

              2. brum75 Czytelnik pierwszej klasy

                @WarNerd_PL

                ;D
                To zgniatanie przez ciśnienie… ALEŻ TO BYŁO REALISTYCZNE!!! Patrz Tato, nawet takie drobiazgi przewidzieli, to nie jest żadna tam głupia gra! Ja tu się uczę geografii i historii, o! A kolorów to nie miałem, Atari było podpięte do czarnobiałego telewizorka „Neptun” :D Dopiero Amiga, też do telewizora podpięta, wprowadziła kolory.

Powrót do artykułu