Nerd na Arrakis, dygresje

bosman_plama dnia 15 kwietnia, 2020 o 10:26    38 

diuna1

Uwaga, traumatyczne wyznanie, po którym nic już dla Was nie będzie takie samo: nigdy nie miałem poczucia bycia nerdem. Podejrzewam, że znaczna, jeśli nie większa, część z Was również. Nie, że nie mieliście poczucia, że ja jestem nerdem, ale że sami siebie tak nie postrzegaliście. Choć nasze zainteresowanie literaturą (a jeśli była to fantastyka, to pewnie i nauką), grami i kinem, a i jeszcze komiksami a czasem i „chińskimi bajeczkami”, większa znajomość nazw własnych w świecie Star Wars niż nazw ulic w miejscowościach, w których żyliśmy naprawdę, predestynowała nas do owego miana: nerd.

 A jednak nie. Zapewne poważny związek z tym miał fakt, że do szkoły podstawowej poszedłem jeszcze w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, a najwięcej czasu spędziłem w niej w osiemdziesiątych. Wiecie, tych latach równocześnie wiecznego niedoboru czegokolwiek, ale i przenikania do nas przejawów zachodniej popkultury, nawet jeśli czasami były dla nas jedynie jak odbicia świateł w jaskini, więc wymyślaliśmy na jej temat pomysły własne, często niedorzeczne. Tak więc, na przykład wiedzieliśmy jak wygląda Conan Barbarzyńca i znaliśmy cały jego życiorys, długo nie czytając żadnego opowiadania i nie oglądając filmu. Podobnie wiedzieliśmy, że istnieje Star Trek, bo jego urywki puszczano w telewizyjnych lekcjach języka angielskiego. Ponadto doświadczyliśmy osobiście fenomenu Gwiezdnych Wojen.

Gwiezdne Wojny - Powrót Jedi„Film produkcji amerykańskiej” – to wystarczyło, żeby PRL oszalał

A przy tym wszystkim nie byliśmy nerdami, ponieważ cały nasz świat doświadczał tych zachwytów i odkryć razem z nami. Tak nasi rodzice, jak i koledzy w typie sportowca i dziewczyny, których zachodnie koleżanki śmiały się z dziwaków przebierających się za Jedi i zbierających komiksy – wszyscy oni doświadczali zachłyśnięcia się niezwykłością Gwiezdnych Wojen, Obcego, Bruce’a Lee itd. itp. Nasi rodzice nie dziwili się: „kim jest ten astmatyk w czarnym hełmie wehrmachtu” i czemu ich dziecko wydaje dziwne dźwięki machając kijem od miotły bądź usiłuje rozwalać jarzeniówki. Nawet, jeśli wydawało im się to trochę zabawne, to przecież również przynajmniej cieszyli się w kinie i czasami stawali się częścią wielkiego zauroczenia. Bo to był powiew zachodu, świata zakazanego. PRL lat osiemdziesiątych był więc czasem, w którym rozmawianie o statkach kosmicznych, kosmicznych księżniczkach i pasożytach oraz gwiezdnych rycerzach nie było niczym dziwnym, bądź nadzwyczajnym. To nie były głupoty dla nerdów, tylko zachód.

A kiedy przyszły pierwsze komputery domowe, dorośli nie mówili o głupich złodziejach czasu dla dzieci, tylko rzucili się grać w Ponga a potem w Boulder Dasha.

Dlatego nigdy nie dorastałem w poczuciu bycia nerdem, choć spełniałem pewnie większość założeń. Byłem okularnikiem intelektualistą rysującym własne komiksy i piszącym własne powieści, pasjonującym się wszystkim, co zmyślone i potrafiącym wymieniać z pamięci nie tylko wszystkie planety Układu Słonecznego wraz z księżycami, ale także szczegóły radzieckich programów kosmicznych, oraz mniej szczegółowo mówić o amerykańskich. Bez końca rozprawiałem o UFO i Trójkącie Bermudzkim oraz paleoastronautyce. Jedno, w czym nie spełniałem założeń, to kwestia przemocy fizycznej. Potem odkryłem, że moja podstawówka miała opinię, trochę, hm, bandyckiej. Nie wiem na ile to prawda (choć faktycznie kolega z równoległej klasy wpadł na kradzieżach jeszcze w siódmej klasie), ale rzeczywiście bić się potrafiłem i ktoś kto wołał za mną: „pszczółka Maja” (przekleństwo popularnej bajki w niewłaściwym czasie) musiał się liczyć z konsekwencjami w postaci tarzania się po ziemi, względnie z pojedynkiem w szlachetnej sztuce okładania się workami na buty.

c0caebb908772c05d44a117846787750

Kiedy więc moi zachodni koledzy stawali się obiektem kpin, ja lałem się po pyskach. Ale nie dlatego, że oglądałem SF i grałem w gry, bo to robili wszyscy. Byliśmy nerdami, nie wiedząc o tym. Biliśmy się najczęściej bo to było fajne i należało do stylu życia.

Oczywiście, ja i paru moich kumpli, nerdzilismy trochę bardziej. Na przykład żyliśmy mentalnie nie tylko w Dalekiej Galaktyce, ale także na Arrakis a Luke Skywalker nie był dla nas jedynym wybrańcem. Ba, część z nas mogła nawet uważać, że Paul Atryda był bardziej interesujący.

Teraz też nie mam poczucia bycia nerdem, ponieważ żyjemy w czasach tzw. triumfu nerdów. Znów wszyscy oglądają tych samych fantastycznych herosów w kinie a Star Wars stało się elementem tak samo wrośniętym w kulturę jak mity greckie. O ile w serialu Teoria Wielkiego Podrywu nerdzi ciągle jeszcze są ukazywani jako śmieszni, bo trochę nieprzystosowani do życia, a w Community bohaterowie z oporami dają się asymilować kumplowi ultranerdowi (acz świat Star Wars czy seriali telewizyjnych jest całkowicie ich światem, po prostu nie zanurzyli się w nim tak głęboko jak Abed, który właściwie w nich żyje i okazyjnie naprawdę staje się Batmanem czy Doctorem Who (w tym świecie Inspektorem Spacetime) ), to już w Stranger Things czy To nerdzi stają się bohaterami pełną gębą i rzeczywiście to oni ratują świat. A współczesne dzieciaki mogą się z nimi utożsamiać, bo też wiedzą co to Dungeon and Dragons a gry komputerowe to dla nich chleb powszedni. Ba, dziś to my, potencjalni nerdzi, jesteśmy rodzicami grającymi w gry, często z dzieciakami. I możemy z nimi rozmawiać o Kapitanie America i Thorze, bo też ekscytujemy się ich przygodami.

community-modern-warfare2

Oczywiście, ten triumf nerda jest zakorzeniony płycej, niż nam się wydaje i być może tymczasowy. Zobaczymy na przykład, co zrobi z nim pandemia. Raczej, w krótkim terminie, mu nie zaszkodzi, czas zarazy to zawsze czas rozbrykania, „dekagieronu”. Clarkson (ten od Top Gear) napisał kiedyś, że odczuwa niepokój widząc, że na ulicach pojawiają się coraz bardziej kolorowe samochody, bo dla niego to znak nadciągającego kryzysu. W czasach prosperity jeździmy samochodami o stonowanych barwach (zauważcie jakie były modne w ostatnich latach), kiedy zaczyna robić się źle, chcemy odreagować, szukać oderwania od ponurej rzeczywistości w wesołych kolorach, seksie w willi odciętej od świata i cudownych opowieściach. Z drugiej strony pandemia oznacza straty dla studiów filmowych i nie wiadomo, czy stać je będzie na coraz droższe filmy, co gorsza przytrafiła się nam w czasie przełomu – Gwiezdne Wojny podupadły i przenoszą się do telewizji a Marvel właśnie odesłał na emeryturę pierwszą generację swoich bohaterów. Płynność w przekazaniu pałeczki następnym została nieco zachwiana. I to może być kłopot. Przy czym część filmów już została nakręcona, więc w ich przypadku nie ma mowy o wielkich oszczędnościach. Gdy wreszcie wejdą na ekrany, zrobią to z przytupem i olśnią nas. Warto jednak pamiętać o tych, którzy obecnie mają kilka i kilkanaście lat, są więc w wieku najintensywniejszego chłonięcia świata. Doświadczenie pandemii będzie dla nich bardziej znaczące niż dla starych pryków. Ale zobaczymy to dopiero, gdy to oni zaczną kręcić filmy, pisać powieści i scenariusze do gier. No i rządzić.

idaho1Duncan Idaho w nowej wersji. Ciekaw jestem, czy rozwiną tę postać. Jest szalenie ważna dla świata Diuny, ale wagi nabiera dopiero w późniejszych tomach, w których staje się ich głównym bohaterem. Nie jestem przekonany, czy w ogóle dojdzie do ich ekranizacji, choćby z tego powodu, że są znacznie mniej przygodowe niż pierwszy tom cyklu. A w nim Idaho pojawia się w sposób istotny trzy razy. Podejrzewam, że reżyser będzie chciał popularnego aktora wykorzystać trochę mocniej. A skoro Diuny, jak się wydaje, nie czytał, to może zrobi z niego głównego bohatera?;)

Dodam jeszcze własne doświadczenie – na jednym z Pyrkonów, największych świąt popkulturowych w Polsce (w tym roku przeniesiono go z maja na lipiec (na razie) ) przechodziłem obok strzegących spokoju na imprezie ochroniarzy, nie wiem czy z zewnętrznej firmy, czy zatrudnianych przez Targi Poznańskie. Przyglądając się cosplayerom nazywali ich między sobą „pojebanymi dziwakami” i nie mówili głosami pełnymi zdziwienia wynikającego ze zderzenia z niezwykłością, ale raczej z tradycyjną pogardą stanowiącą obronę przed, no cóż, niezwykłością właśnie. Może więc w naszej bańce nerd triumfuje poprzez stanie się czymś zwyczajnym i oswojonym, ale są także inne bańki.

chani1Nowa Chani

Triumf, mniej lub bardziej płytki, nerda to także okazja, by doświadczyć tego rodzaju przebywania w świecie, jakim jest życie nieco karykaturalnie postrzeganego hipstera. Mam na myśli poczucie straty i lęk przed tym poczuciem. Wiecie jak jest: macie swój ukochany lokal, w który podają piwa marchewkowe i czosnkowe. Nikt poza wami ich nie pije. Ale zdajecie sobie sprawę, że miejsca takie jak to są na liście łowców ciekawych lokacji i że w każdej chwili może o nim napisać jakich przeklęty dziennikarz czy bloger albo – nie daj Bejbijodo – influencer. I zwalą się tu tłumy. I nawet jeśli jakimś cudem znajdziecie tu kawałek miejsca (ale nie przy waszym ulubionym, stałym stoliku) to nie będzie już wasz kawałek świata a uwielbienie dla piw: marchewkowego i czosnkowego nie będzie już czymś wyjątkowym.

Zatem jasne, to fajnie, że brokatowa Jola i jej umięśniony Tadek nie chichoczą nerwowo na widok waszego t-shirtu ze Spidermanem, ale sami chętnie takie noszą. Ale coś straciliście, nie? Świat wdarł się do waszej popkulturowej świątyni i przerobił ją na targowisko. A coś nie widać Jezusa, który wpadłby tu z kijem i zrobił porządek. Co gorsza, nawet „chińskie bajeczki” są promowane na Netflixie, kucyki stały się zjawiskiem społecznym i zniknęły a przedostatnia deska ratunku – Bollywood – otrzymało własne kanały telewizyjne. Możecie jeszcze ściągać superbohaterskie filmy tureckie i irańskie, żyć nadzieją, że Albania jeszcze nam wszystkim pokaże (ale już nie pojedziecie się tam cieszyć plażą na odludziu, którą dzieliliście wcześniej wyłącznie ze stadem naćpanych holenderskich post hipisów, bo teraz siedzą na niej instagramowe tłumy), ale bądźmy szczerzy, triumf nerda okazał się wydaniem jego skarbów na pastwę tłuszczy. Już nie jesteśmy wyjątkowi.

leto1Nowy Leto. Słyszałem narzekania, że te zbroje są jakby trochę bez sensu w świecie Diuny. I właściwie coś w tym jest. Ale Denis Villeneuve to reżyser przykładający wielkie znaczenie do strony wizualnej filmów, sądzę więc, że sens może trochę jej czasem ustępować.

Co gorsza, wszystko, co staje się popularne, przyciąga natychmiast politycznych Nazguli. Korwin Mikke przybył na Pyrkon, księża wymyślili, że warto zrobić przy nim coś kościelnego, jak zrobili Przystanek Jezus przy festiwalu Owsiaka (z Pyrkonem chyba im trochę nie wyszło, w tłumie ludzi przebranych za dżedajów i assassynów, sami mogli wyglądać jak cosplay) zaś w świat naszych bohaterów wdarli się wojownicy postępu i nuże, zaczęli zmieniać go w jedynie słuszny. Bohaterowie z Nibylandii zaczęli się więc wyraźniej dostosowywać do świata, tak jak postrzega się go w fabryce snów (ta nazwa jest chyba przebrzmiała, skoro „sny” nabrały społecznej hiperrealności) a Kraina Nigdy-NIgdy została zmieniona w Krainę Trochę-Teraz. Nie, że to nowe zjawisko. Toż Superman i Kaczor Donald walczyli z Hitlerem a bohaterowie w trykotach zawsze odpowiadali na przemiany społeczne i aktualny klimat polityczny. Kłopot w tym, że to, co kiedyś wychodziło mimo woli bądź stawało się przykładem autorskiej oryginalności czy nawet odwagi, teraz jest obowiązkiem.

halleck1Gurney Halleck. Na tym zdjęciu niespecjalnie wygląda na wesołka z lutnią. Tu rzeczywiście widać kłopot ze zbroją – chcielibyście w czymś takim biegać w upalny dzień po piachu? Ale to akurat może fajnie obrazować początkowe nieprzystosowanie Atrydów do Arrakis. Inna sprawa, że po morzach Kaladanu też bym nie chciał w tym pływać.

I ten obowiązek może trochę przeszkadzać, nawet jeśli ktoś nie jest ostatnim wojownikiem nam barykadzie patriarchatu. Dlatego, kiedy ktoś taki jak ja, widzi na stronie Vanity Fair, że w nowej ekranizacji Diuny, na którą dotąd czekał z nerdowskim entuzjazmem, Liet Kynes, w książce facet, został w filmie zmieniony na kobietę, to jego entuzjazm zmienia się w nerdowski niepokój. A kiedy czyta wytłumaczenie tego podane przez odtwarzającą Kynesę (tak to trzeba pisać?), to ten niepokój wzrasta. Bo tłumaczenie idzie mniej więcej tak: „„Denis (Villeneuve, reżyser) powiedział mi, że w  obsadzie brakowało mu kobiecych postaci. A on zawsze był bardzo feministyczny, pro-kobiecy i chciał napisać rolę dla kobiety. Tej postaci (Kynesowi, czy też obecnie Kynessie, przy czym aktorka mówi raczej: „This human being”, ale jako fan Community, które pokazało do czego prowadzi taka hiperpoprawność (maskotką ich drużyny staje się właśnie pozbawiona jakichkolwiek wyróżników „Istota Ludzka”, która nie obraża nikogo) nie potrafiłem nie przeinaczyć tłumaczenia), udaje się zasadniczo utrzymać pokój pomiędzy ludźmi. Kobiety są w tym bardzo dobre, więc dlaczego Kynes nie może być kobietą? Dlaczego Kynes nie powinna być kobietą?”. - źródło.

kynesaKynessa. Bo dlaczego nie?

Przejdę ponad faktem, że przypisywanie konkretnych cech jakiejś płci („kobiety są w tym dobre”) to w zasadzie seksizm, bo to pewnie seksizm pozytywny, tak jak pozytywny może być, ponoć, rasizm. Ale skupię się, nerdowsko, na odpowiedzi na pytanie: „Dlaczego Kynes nie powinna być kobietą?” Otóż właściwie nie ma ku temu przeciwwskazań. Pod warunkiem, że od razu powiemy sobie, że nie ekranizujemy powieści Diuna, tylko dokonujemy jej adaptacji wedle własnego widzimisię. I jeśli np. zdecydujemy się zastąpić pustynię morzem a Fremenów piratami, to też będzie dobrze, bo zamiast czerwi pustyni użyjemy węży morskich i wyjdzie na to samo, prawda? Fabułę możemy wpisać przecież równie dobrze w pustynne, jak i morskie dekoracje.

Kłopot z postacią Kynesa polega na tym, że świat Diuny ma bardzo konkretnie rozpisane role społeczne i zapytać: „dlaczego Liet nie może być kobietą”, to jak zapytać: „dlaczego Lincoln nie może być czarny?”. Bo coś wtedy zginie. Jak w takiej wersji historii wytłumaczyć, że Lincoln musiał walczyć o prawa czarnych, skoro afroamerykanin został prezydentem USA? W świecie Diuny kobiety, działające w zakonie żeńskim Bene Gesserit (upraszczając, jeśli ktoś nie czytał: takie Jedi z pierwszych trzech części Gwiezdnych Wojen) nie tylko kształtują, wedle dokładnego planu, całą sferę mistyczną ludzkości i mitologie jej poszczególnych ludów, ale też de facto kierują losami Imperium poprzez swoje hodowle dynastyczne. Wprawdzie na tronie zasiada Imperator, a Wielkimi Rodami zarządzają zazwyczaj mężczyźni, jednak tak naprawdę o tym, kto obejmie władzę decydują Bene Gesserit. I zawsze umieszczają przy władcach swoje agentki, szkolą następczynie tronu i córki władców, a w razie potrzeby usuwają nieposłusznych. Równocześnie szukają, a właściwie starają się wyhodować sobie mesjasza (którego naturalnie planują kontrolować) – mężczyznę zdolnego do pozazmysłowego postrzegania (co Bene Gesserit potrafią) i potrafiącego sięgnąć w sferę, która dla kobiet jest zamknięta. Echa ich mesjanizmu przebłyskują w tworzonych przez Zakon mitologiach, dlatego i Fremeni czekają na swojego mesjasza. Też mężczyznę. Dlaczego mężczyznę? Trochę ze względów kulturowych – mesjasz ma być wojownikiem, a choć Fremenami też rządzą kapłanki, rodzaj ichniejszych Bene Gesserit, to wojownikami są mężczyźni. I Kynes jest takim niedoszłym mesjaszem Fremenów, jakby Janem Chrzcicielem dla Jezusa. I tak, ma to znaczenie dla fabuły, ponieważ on na starcie jest przeciwnikiem Atrydów (a zatem i Paula Atrydy, głównego bohatera Diuny), jest świadomy zastawionej na nich pułapki i ma mieć swój udział w ich zagładzie. Zmienia zdanie po poznaniu Paula, bo przeniknięty fremeńskim mistycyzmem Kynes zaczyna wierzyć, że Paul istotnie może być zbawcą ludu pustyni. Ale, co ważne, więź między Paulem i Kynesem zawiązuje się także, gdy dostrzegają w sobie swoje odbicie – jeszcze nie mesjasz i niedoszły mesjasz.

rezyserReżyser przy pracy: „Czekaj, jakie robale spod piachu? To bez sensu! Nie, mam wizję! To będą podziemne rekiny, rozumiesz? A jeździć będą na nich Amazonki! Ale oświecone, czyli ubrane!”

Społecznie Kynes, taki trochę Jan Chrzciciel Fremenów, osiągnął swoją pozycję wśród nich także dzięki temu, że jest facetem. Gdyby był kobietą, to przy wszystkich społecznych i mistycznych konotacjach, musiałby zostać przyjęty owszem życzliwie ale podejrzliwie, jak witana jest Lady Jessica, która jest Bene Gesserit. Bo to znaczy, że jest świętą kobietą, ale również członkinią zakonu, który ma własne cele. Więc tak naprawdę nie mógłby osiągnąć tej pozycji wśród Fremenów, którą miał.

jessica1Lady Jessica. Jakoś tak… dżedajowo?

Dlaczego więc Kynes nie powinien być kobietą?”. Bo wybraliście, twórcy filmowej Diuny najgorszą (no, prawie, gorzej byłoby tylko, gdybyście zmienili Muad’Diba) możliwą postać do zmiany płci. Postać, której płeć ma znaczenie w społeczności, mistyce i mitologii świata, który portretujecie. I jeśli reżyser filmu rzeczywiście powiedział, że robi to, bo jest feministą, to znaczy, że ideolo weszło mu za mocno. A jeśli do tego dodaje, że zrobił to, ponieważ brakowało mu postaci kobiecych, to znaczy, że… chyba nie przeczytał książki, którą ekranizuje, a tylko jakiś jej skrypt. Twierdzi, że przeczytał. Ale gdyby naprawdę tak było, wiedziałby, że w Diunie więcej jest ważnych silnych, niezależnych, wręcz rządzących światem kobiet niż mężczyzn. Przesadzam? To zobaczcie. Aha, uprzedzam teraz polecą spoilery. Silni, ważni mężczyźni Diuny: książe Leto – ginie mniej więcej w połowie książki. Duncan Idaho pojawia się w sposób istotny trzy razy, po czym ginie. Gurney Halleck pojawia się na początku, potem przepada na większą część książki, by powrócić jako kumpel z dzieciństwa, ale tak naprawdę postać tła. Thufir Hawatt, występuje podobnie jak Halleck, ale potem znika, by dać się otumanić i służyć złu. A jak już jesteśmy przy tych złych, to tak, rzeczywiście, złymi są wyłącznie faceci. Kto pozostaje? Stilgar, którego z kolei prawie nie ma w pierwszej połowie powieści. A kobiety? Lady Jessica, obecna jest od początku do końca powieści, cały czas w głównym planie, to niemal druga główna bohaterka powieści (obserwujemy często świat z jej perspektywy), jest też jedną z głównych rozgrywających fabuły i to ona prowadzi Paula, póki on się nie przebudzi i nie zbuntuje. Zresztą prawie natychmiast łączy się wtedy z nim wtedy Chani, równie silna tyle, że młodsza kobieta. Praktycznie każdej istotnej politycznie postaci męskiej towarzyszy silna, często sterująca nią kobieta (nie działa to w przeciwnym kierunku), z wyjątkiem barona Harkonenna, który jest gejem, w związku z czym trudno go ożenić (a nawet, gdyby go ożeniono, żona miałaby nań znikomy wpływ). Świat Diuny jest wręcz zdominowany przez kobiety i jeśli reżyserowi zdarzyło się to przegapić, to znaczy, że zamiast powieści czytał jej streszczenie. Albo… Oglądał poprzednią ekranizację i na jej podstawie wyrobił sobie opinię. Więcej, skoro mimo wszystko brakowało mu kobiet, mógł na nie przerobić praktycznie każdą z postaci – Gurneya, Thufira, Duncana… Negatywnych pewnie nie, są przecież pewne zasady. A wybrał tę, w przypadku której płeć akurat ma znaczenie dla świata. Znów – albo nie doczytał albo ma to gdzieś, bo kwestia mistyki i mitologii Diuny nie ma dla niego znaczenia.

A to równie zła wiadomość, jak ta, że powieści (chyba) nie czytał.

Dodaj komentarz



38 myśli nt. „Nerd na Arrakis, dygresje

  1. Revant

    Ja miałem przyjemność dopiero co przeczytać Diunę w poprzednim roku, więc jestem dość na świeżo ;) i nie powiem – podobają mi się te zdjęcia z planu, ale jak zobaczyłem zdjęcie „Kynesssy” to najpierw pomyślałem, że to córka, ale przecież jest Chani, the fuck? Dzięki za przypomnienie pewnych faktów, w końcu zrozumiałem swoje zdziwienie :P btw. obejrzeliśmy z żoną nowego Alladyna i mogę rzec, że wyszło Guyowi Richiemu całkiem dobre kino…oprócz feministycznego wątku Jasminy. Moment gdy Jafar robi przewrót i dostajemy w twarz piosenką o tym jak księżniczka nie zgadza się aby traktować ją po seksistowsku…totalnie przesadzone :-/ gdzieś tam w rozmowach wspominanie o chęci rządzenia to ok, ale pompatyczna piosenka na miarę Let it Go? nope.

    A co do bycia nerdem – ja już się pogubiłem bo jestem w trzech osobach: nerd, geek i otaku w jednym xD

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @Revant

      A tak, też oglądałem nowego Alladyna i też mi się całkiem spodobał. Szczególnie poselstwo z narzeczonym z dalekiego kraju tak jakby w polskim stroju szlacheckim:). Choć pewnie zdaniem twórców to miał być Rosjanin. Postać Jasminy musiała być usilniona i uniezależniona, inaczej się dzisiaj nie da. Will Smith całkiem nieźle dawał radę.

  2. Yosh

    To mówicie że Lynczowską Diune muszę obejrzeć ….. chciałbym przed tym wydziwem.

    btw ktoś zna sagi które mogłyby w ogóle startować do tego ? :) Dowolne sf, chodzi o rozmach i tajemnice – czyli na pewno NIE seria Expanse – to jakaś podpierdoła, fajne ale widać że pisane na kolanie (może kwestia tłumaczenia).
    Opasłości które jakiś tam start mają:
    - Hyperion, Endymion (Dan Simmons)
    - Chung Kuo (David Wingrove)
    - Lód (ten Dukajowy) …. choć to nie opera

    Mimo że i tak najbardziej uwielbiam W.Gibsona – jego powieści mogą służyć o jakie książki tutaj NIE pytam (żadna nie jest pisana „epicko”)

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @Yosh

      Ludzie jak bogowie, Sniegowa, cała trylogia. Rozmach iście komunistyczny. Ale to fajna space opera, choć oczywiście ma już swoje lata, na co warto mieć baczenie.
      Poza tym przychodzi mi do głowy Cykl Wspomaganych Brina.
      Pod względem rozmachu oczywiście Fundacja, ale tu literacko już nie jest aż tak różowo. Z drugiej strony, to ma tomów a tomów, z czasem różni pisarze się za nią brali.

      1. Yosh

        @bosman_plama

        O… Fundacja – to taki trochę anty przykład. Fajnie mi się ją czytało ale to nie jest „to”. (ten sam case co Expanse dla mnie – choć fundacja parę klas lepsza) z takich cyklów to jeszcze jest „Droga przez Układ Słoneczny” Ben Bova, wchodzi gładko a Musk nie dorasta bohaterowi powieści „Powersat-satelita energetyczny”.

        tą Diune ciężko zaatakować :) ale zaatakuje ten pierwszy cykl może – dzięki :)

        1. bosman_plama Autor tekstu

          @Yosh

          Tylko pamiętaj, że Sniegow to taki mocno radziecki cykl, którego autor niewiarygodnie wręcz zachłystywał się rozwojem technologicznym i nawymyślał takie cuda, że … panie! Tytuł: „Ludzie jak bogowie” jest diablo adekwatny.

          Natomiast jeśli nie czytałeś Brina, to naprawdę gorąco polecam. Ten cykl został u nas skrzywdzony jakimś szaleńczym planem wydawniczym (pojawiał się i znikał na lata, co więcej,wydawano go… nie w kolejności), ale to świetna rzecz, a rozmach też ma potężny.

  3. Mnisio

    Ogólnie Diuna chyba niezbyt nadaje się na ekranizację, albo co bardziej prawdopodobne ci co ją kręcą nie potrafią wyczuć klimatu książki. Nawet Lynch, choć film nawet ok to się tak poślizgał po powierzchni tematu.
    Chyba po prostu jeden film to za mało. Nie da się z książki zbyt dużo powycinać, aby nie stracić sensu, jest po prostu zbyt upakowana. Jakiś porządny serial może dałby radę, ale to też musiałby być zrobiony z jajami, a nie jakieś mambo popiredułki.

    Aż dziwne, że ten nowy reżyser nie powsadzał do filmu czarnych lub arabskich Atrydów. Mniej by to psuło klimat niż zmiany płci bohaterów.

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @Mnisio

      Sądzę, że arabskich trzeba było uniknąć, żeby na starcie nie wyglądali jak Fremeni:). Czarnych… Tu nie mam wytłumaczenia! Chyba tylko takie, że brali pod uwagę powszechny dostęp do broni w USA i to by się dobrze mogło nie skoczyć.
      Widziałem już natomiast prowokacyjkę na fejsie, kolegi, który pytał czemu prawacy nie oburzają się o… zmianę koloru skóry Paula na biały. Bo wyczytał w powieści o oliwkowym odcieniu skóry Leto, ale już nie doczytał nic więcej i przyjął, że Leto był czarny właśnie.

  4. lemon

    Obecnie już za wielkie pieniądze nikt nie robi ekranizacji – zawsze są to bliższe lub dalsze od pierwowzoru adaptacje, które oceniam jako odrębne twory, a nie na podstawie tego, jak im blisko do materiału źródłowego. Jeśli Kynes będzie sensownie osadzona w świecie filmowej Diuny, to może sobie być, kim tylko reżyser zechce. Kostiumy typu „zbroja” rzeczywiście może niezbyt trafione, ale i Lynch kiedyś mocno odleciał pod tym względem.

    A co do uważania się za nerda, to nie, nie uważam się za kogoś takiego. Bo kim jest nerd? Chodząca encyklopedia Gwiezdnych Wojen czy Warcrafta pewnie już kimś takim może się nazywać, ale ktoś, kto obejrzał dwa razy starą trylogię Lucasa, zagrał w KotOR-a i po prostu lubi to uniwersum – to też nerd, czy może tylko fan? A może nawet nie fan? Ile procent twórczości Pawła Majki trzeba znać, żeby móc się nazywać jego fanem? ;)

    1. Yosh

      @lemon

      Wydaje się że nerdostwo to płynny wskaźnik – jak prawie wszystko inne. Ja się za nerda nie uważam, ale złapałem się na tym że w ostatnim filmie trylogii smutno mi się zrobiło ponieważ w takiej jednej scenie MOGŁO się okazać że lubiani prze zemnie bohaterowie mogli już nie żyć… Lub w ostatniej scenie Madaloriana taki pan wyskoczył z takim czymś co wytrigerowało cała lawinę spekulacji w mojej głowie – czyli może być coś na rzeczy :)

      1. bosman_plama Autor tekstu

        @Yosh

        Sądzę, że to akurat nie nerdostwo. Całe pokolenia ludzkości żyły ze swoimi bohaterami i bolały, gdy ci bohaterowie ginęli. Możliwe, że opowowiadana śmierć Hektora i Achillesa ciągnęła za sobą falę samobójstw. Albo jakichś innych desperackich czynów – bo samobójstwo jako gest ostateczny niekoniecznie musi być istotne w każdej kulturze.

        Za to można by się zastanowić na fenomenem Star Wars, który, być może, jest ewenementem na firnamecie opowieści. Bo to, że postacie odtwarzane przez aktorów w okolicach siedemdziesiątki giną, to istotne dla nas tu i teraz. Ale to, że doświadczamy śmierci bohaterów, z którymi część z nas (pokolenie Ponga;) ) dorastała to swoisty fenomen.

  5. Daimonion

    Nerdem nigdy się nie czułem, odludkiem, odszczepieńcem, Wielkim Wyalienowanym, skazanym na niewłaściwą epokę – to tak, jak najbardziej…
    Diuny to nawet nie znam, wiem tylko, że Cieślak grał w ekranizacji (taki szalony aktor Grotowskiego). Naprawdę, moja wiedza i zainteresowania są zupełnie nienerdowskie, poglądy i upodobania też.
    Przy okazji podzielić się z Wami chciałem refleksjami nienerda na temat asasynów. Bo z okazji kwarantanny wsiąkłem powyżej uszu w Odyseję i jestem absolutnie zachwycony. To część ogólna, jeśli ktoś jest zainteresowany częścią szczegółową, to:
    Moje odczucia względem asasyńskiej serii zawsze były mieszane – bo fajnie, że ktoś robi jakieś urozmaicone historyczne epoki, ale już sposób, w jaki to robi… To najgorsze sterowanie świata, ta rozpadnięta fabuła bez ładu i składu… A próbowałem prawie wszystkich odsłon, bo też prawie wszystkie rozdawano już za darmo. Jedyna, przy której zatrzymałem się na dłużej to Syndicate, bo urzekł mnie wiktoriański Londyn i towarzystwo Marksa. Ale gdyby nie epoka, nie dałbym rady przez to przebrnąć.
    Na Odyseję trafiłem przez darmowy weekend – pomyślałem, że odpalę, pobawię się trzy dni i zapomnę. A jednak to pierwsza gra z serii, którą kupiłem w kompletnej wersji i przy której bawię się lepiej niż przy trzecim Wiedźminie (moja opinia o nim z biegiem czasu mocno się wychłodziła, a sam fakt, że nie mam ochoty na drugie przejście daje do myślenia). Grecja jest rewelacyjna, Kasandra to jedna z najlepiej zdubbingowanych postaci w historii, a Sokrates jest żywcem wyrwany z dialogów Platona. I wreszcie, pierwszy raz w historii serii, sterowanie mnie nie odrzuciło, a postać zazwyczaj robi, co się jej każe. Największą wadą produkcji jest jej grzech pierworodny, czyli przynależność do serii (Animus, Abstergo i starożytni kosmici – gdyby to wyciąć, byłoby idealnie). Ale i tak polecam!
    Tylko jeśli komuś się spodoba, niech nie popełnia mojego błędu i nie utopi kasy w Origins, myśląc, że to to samo, tylko w Egipcie. Nie, kompletnie nie to samo. Raczej to samo, co wcześniej, czyli żadna konfiguracja sterowania nie pomaga. Do tego psychodeliczna muzyka na syntezatorach i jakieś zmutowane dźwięki wydawane przez orła (to chyba ptasi robot jest). I głos protagonisty, przez który dociągnąłem niemiecką wersję językową, bo nie mogłem go zdzierżyć. Niemiecką! Co za klęska…
    A tak w ogóle, to pozdrawiam całą gikzową ferajnę! Fajnie, że czasem coś się tu jeszcze zadzieje!

    1. bosman_plama Autor tekstu

      @Daimonion

      O widzisz. Ja się całkiem nieźle bawiłem w Egipcie, bo od czasów „Faraona” mam trochę słabość do tego świata. O Greckiej odsłonie też myślałem, ale czekałem aż załapię się na przecenę, która zgra się z okresem mniej zajętego czasu. Teraz niby cza by się nawet znalazł, ale akurat wpadłem w przestrzenie kosmiczne The Outer Worlds.

      1. Daimonion

        @bosman_plama

        Ja mam słabość od czasu wizyty w berlińskim Muzeum Egipskim, bo Nefretete w oryginale wymiata. Faraona jakoś nie bardzo lubię (wolę „Z legend dawnego Egiptu”, które udało się Prusowi rewelacyjnie). W przypadku Origins właśnie rozgrywa się we mnie bitwa między miłością do Egiptu a antypatią do Bayeka i techno-orła.
        Szkoda, że przegapiłeś przecenę, bo była kusząca – duża zniżka na Odyseję i dodatkowo 10 euro upustu na inny tytuł (plus mogłeś dodać jeszcze i zniżkę za punkty ubi). W sumie za stówę mam oba antyczne asasyny i nawet, jeśli Origins nigdy nie skończę, to i tak Odyseja była warta zakupu:)

        1. bosman_plama Autor tekstu

          @Daimonion

          Widziałem którąś przecenę, ale zapanowałem nad odruchem: „kup”, w myśl zasady: „i tak teraz nie zagram, a jakieś przeceny jeszcze się trafią”. Skąd mogłem wiedzieć, że wybuchnie pandemia i nie będę musiał zasuwać z jedną książką za drugą, bo wydawcy nie wiedzą czy przeżyją (gospodarczo):).

    2. lemon

      @Daimonion

      To ja mam inne odczucia względem Odysei. To był pierwszy z tych „nowych” Asasynów, w którego grałem i po kilkunastu godzinach odechciało mi się grać z nudów. „Uerpegowienie” rozgrywki poszło w stronę serii Division, czyli przeciwnicy stali się gąbkami pochłaniającymi obrażenia, a walka z szybkiej, przyjemnej i efektownej stała się mozolna i nudna. Ścigający naszą postać najemnicy mają milion HP i każdego trzeba tłuc przez dobre kilka minut, a frajdy w tym żadnej nie ma. Gra jest zaprojektowana tak, abyś utopił w niej setki godzin. Mimo jej zalet dla mnie to strata czasu.

      1. Daimonion

        @lemon

        Nigdy nie uwierzę, że człowiek nazywający walkę w klasycznych asasynach przyjemną nie robi sobie ze mnie jaj… Najemników akurat też zaliczam bardziej na minus, bo na początku są przepakowani i w dodatku w kółko nas gonią. Ale jak ich z czasem wytłuczesz i osiągniesz pozycję lidera, przestają być problemem;) No i zawsze pozostaje opcja cichego usunięcia zleceniodawcy.

        1. Revant

          @Daimonion

          Walka to rzecz raczej subiektywna – dla mnie też było uciążliwe widzieć jak przypakowany asasyn ma problem z byle rzezimieszkiem bo „lvl”, ale to w sumie ciągnie się za nami od Obliviona ;) za to te wszystkie zadania poboczne, skarby i inne pierdoły na mapie…kurcze, ale jak Origins mnie oczarował od razu, otwartością, zadaniami pobocznymi, klimatem, grafiką, a nawet w niektórych momentach fabułą…to porzuciłem grę, bo zmieniła się w monotonne bieganie od znacznika do znacznika. Wiem, można sobie odpuścić, ale tracisz wtedy expa i nagle lvl przeciwników w górę i walka z gąbkami :/ i piszę to jako fan The Division ;)

          1. Daimonion

            @Revant

            Oczywiście masz rację w kwestii destrukcyjnego wpływu Obliviona na branżę (w końcu to chyba zbroja dla konia zapoczątkowała beznadziejną politykę DLC), mnie osobiście rozwalenie smoka jednym kliknięciem też nie przeszkadza – ale jest sporo osób, które marudzą, że za łatwo, więc skalowanie pozostanie z nami już pewnie na zawsze. Mnie z wiekiem coraz mniej rzeczy chyba przeszkadza – w którymś momencie odpuściłem i uznałem, że skoro świat oszalał, to nie ma sensu walić łbem w ścianę. A pytajniki na mapie najbardziej kojarzą mi się jednak z Wiedźminem (kolejna skrzynka z niczym pilnowana przez pięć harpii, odpuszczam, jadę dalej). Dragon Age Inkwizycji nie biorę pod uwagę, bo to w ogóle nie była gra, tylko jakaś abominacja:)

  6. Yosh

    Przeczytałem sobie jeszcze raz … i jesteśmy (gikzowcy?, gracze? pasjonaci?) nerdami. Bo widzisz Bosmanie, ja się z Tobą zgadzam – byłem wręcz oczarowany jak w tamtych latach kobiety zostały przedstawione jako sprytne i pociągające za sznurki. Chani zawsze wydawała mi się przyjaciółką Paula, czyli taką żoną jaką zawsze chciałem mieć.

    Tylko że „wszyscy” mają to w d… spora część ludzi ok, nie szydzi z gwiezdnych wojen, ale ogląda to na zasadzie fajnego piu piu – i masz rację – gdyby Diuna była z piratami na morzach to weszła by bez mydła, miała takie same recenzje i ogół cieszyła TAK SAMO.

    I jak się odezwiesz to usłyszysz że to przecież bajki, więc co za różnica. Zostaniesz potraktowany jak jakieś wynaturzenie które przykłada wagę do czegoś co jest w ogóle nie istotne – i na nic tłumaczenia, że nie chcesz się wywyższać, że nie czujesz się lepszy, że po prostu WIDZISZ te szczegóły i pozwalają ci się one w pełni cieszyć tym co odbierasz

    (ten artykuł przywołał we mnie wspomnienie twistu fabularnego w KoTOR – do dziś nie mogę się nadziękować jak ktoś zagrał na echach oryginalnej trylogii, jak to zostało wplecione w całość. Miód! )

    Do oglądania filmów na zasadzie piu piu też nic nie mam – ja tak oglądam Marvela, ale jak kolega wzrusza się niuansami to go rozumiem i nie ganie :)

    1. Cayden Cailean

      @gc_reader

      Zacząłbym od zestawów na purePC.
      Np taki:
      https://www.purepc.pl/jaki-komputer-kupic-zestawy-komputerowe-na-kwiecien-2020?page=0,8
      plus monitor za pozostały tysiąc – np Samsung CJG50

      ps. Jakbyś chciał na czymś przyoszczędzić to możesz zmienić 1tb ssd na mniejsze 500gb. Albo nie kupować w formacie M2, tylko klasyczne 2,5″ i np taki:
      https://www.empik.com/dysk-twardy-ssd-crucial-mx500-ct500mx500ssd1-2-5-500-gb-sata-iii-560-mb-s-crucial,p1201491646,elektronika-p

      1. Cayden Cailean

        @Yosh

        Ale @gc_reader chciał wydać 6k pln na zestaw z monitorem, a Ty mu proponujesz za 6600 zestaw z 32GB ramu i 16 watkowym prockiem gdzie jeszcze trzeba minimum kilka stowek wydac na monitor …a jak ma byc zakrzywiony monitor to nizej 1k chyba nie zejdziesz :/
        Twoj zestaw @Yosh jest niewątpliwie cichszy i ma potezniejszego procka, ale to nie ten budżet…
        Dodatkowo to mial byc komputer gamingowy wiec mysle ze 12 watkow i 16GB Ramu starczy, a w zamian za to mozna wsadzic 2070Super w miejsce 2060S…

          1. Cayden Cailean

            @gc_reader

            Hahaha, mój człowiek :)

            To faktycznie weź zestaw Yosha, tylko spróbuj zamienić 16gb Ramu na lepszą grafikę – 2070 SUPER.
            I będzie Pan zadowolony :D

            PS. Ewentualnie możesz poczekać na 1 maj i nowe zestawienie na purepc, tam też składają na podstawie cen z morele, a mają wieloletnie doświadczenie…

Powrót do artykułu