Domina – jak Russel Crowe w Gladiatorze

Nitek dnia 4 kwietnia, 2017 o 13:08    4 

twitter header01

Dawno, dawno temu Centurion. To była gra, przyzna każdy kto w grę grał. Strategia, mini gierki, wyścigi rydwanów, walki gladiatorów, ku uciesze społeczeństwa. Domina nie jest trzecią częścią Wet Sexy Empire. To brudne walki gladiatorów właśnie, nierzadko o nierównych siłach, niemniej jednak miodnych i zabawnych. Z czterech pikseli.

Zaczynamy skromnie. Trzech niewolników, z czego jeden bez żadnego rynsztunku i pozorne dwa koksy. Dogląda nasz jakiś generał i magnat. I babeczka, ale zagadać się z nią nie da, więc ciężko powiedzieć czego oczekuje. Poza rozlewem krwi, rzecz jasna. Niewolników można wyekwipować podług swoich preferencji, zmienić oręż, ubrać zbroję składającą się z wielu części, mając na uwadze jej ciężar, bo im więcej żelastwa, tym postać jest wolniejsza. A to ważne. Do tego dochodzą suwaczki preferencji naszych treningów, bo wszyscy wojacy określani są przez kilka cech rodem z RPG. Dość typowe, siłka, obsługa broni czy zwinność. Wierzcie jednak, że mimo pikselowatej postury, podczas gry przełożenie wartości punktowych na zachowanie wojaków jest widoczne aż nadto.

Domina (1)Bo ekran naszego podwórza, gdzie Doctore pejczem smaga plecy zgromadzonych na placu, zachęcając ich do zostania zwycięzcą to połowa zabawy. Zresztą musicie wiedzieć, że założeniem gry jest wyrobić w rok z mistrzostwami lokalnymi, na które składa się dziewięciu przeciwników o wielkości szafy i rękach niczym bochny dobrze wypieczone, by potem wygrać jeszcze mistrzostwa okolicy. Rok w grze przekłada się na mniej więcej dwie godziny zabawy. Do naszego centrum dowodzenia można też nająć innych pracowników, a magnatowi czy generałowi zapodać ilości winka odpowiednie, by zdobyć ich przychylność, później patronat, a dzięki temu, większe zyski. Bo poza sympatią władzy, trzeba mieć coś zawsze w portmonetce, gromadzić zapasy żywności dla wszystkich, wodę dla trenujących gladiatorów i winko na przekupstwo. I dla gladiatorów też, bo określając ichniejsze nagrody, zdobywamy ich sympatię, dzięki czemu są bardziej efektywni. Oczywiście za wygrane walki dostajemy więcej expa, pieniądze i nowych niewolników łasych na nasze nagromadzone zapasy, których trzeba pilnować, by nie znikły całkowicie.

4-on-1Wspomniani pracownicy to na przykład architekt, który rozbudowuje nasze podwórze. Jest też wielbicielka konsumpcji cudzych dłoni, rzucająca klątwy na przeciwników zaniżając ich hp. Są szpiedzy dający winko pod stołem i podlizujący się rządzącym, medyk oraz kowal dbający o stan ekwipunku, kujący ciągle nowe zabawki zagłady. Zresztą Doctore, jak na trenera przystało, dzierży drzewko umiejętności rozwoju naszych walecznych pupilów. jest tego trochę, by nas skutecznie zając odblokowywaniem kolejnych zdolności, ale też klas gladiatorów, których są trzy. I różnią się znacznie, bo jeden wali z kosy i zasłania się tarczą, kolejny niczym Dritzz wali z dwóch kos, a trzeci i w sieć złapie.

Domina (7)Ale, ale. Walka. Z początku leci z automatu, bo sterowani są wszyscy AI. Domina serwuje widowisko grającemu. Dopiero po chwili, odblokowując odpowiednią zdolność, wcielamy się w poszczególnych wojaków na arenie. Dobra sprawa i stosunkowo prosta w obsłudze. Co prawda mieczykami walimy z myszy, jest rolka, są też bloki. Nie ma kombinacji, ale tez nie o to tu chodzi. O śmierć jest stosunkowo prosto, co dodatkowo ułatwiają zróżnicowane areny i warunki na nich panujące, co dysponowane jest każdorazowo przed walką losowo. Potwierdzam, są lwy. Potwierdzam, jest kibel kiedy są lwy, a my dodatkowo jesteśmy przywiązani do słupka po jednej stronie areny. Fajna sprawa wzmagająca replayability Dominy. Fajna sprawa, a samą odmienność potęguje też ilość ekwipunku, która jest zatrważająca i jest co w Dominie koniec końców, przez te dwie godziny robić.

Wszystko to w oprawie saute, cztery piksele. Bardzo ładne i ociekające w detal. Postacie mogłyby być jednak większe, bo choć gore goni Moonstone to ciężko się połapać co właściwie i komu odpadło. Czasem ręka, innym razem zaledwie wytrącony miecz czy tarcza, ale ogarnąć momentami ogrom skali wydarzeń jest niezwykle ciężko, bo gra nabrzmiewa dynamiką pojedynków. Niby ADHD, a jednak trzeba się pilnować, by tarczą się osłonić, czy rolkować jak wiedźminy po arenie. A tam zmienna pora dnia, pada deszczyk i fachowe ślady w piasku ugniatanego przez linę u nogi. Bardzo fajnie. Muzyka? Wyborna, jeden z fajniejszych soundtracków. Nutki niby retrowave, mieszane z cięższym brzmieniem skutecznie zagrzewają do walki i wprawiają w ruch stopy pod biurkiem. Klasa.

Wchodząc na Steama można odnieść mieszane uczucie jak i recenzję pod samą grą. Głównie zarzuca się jej brak opcji zapisu, co jest faktem i konstrukcje zabawy zamykającą się w ciągu dwóch godzin. Z zegarkiem w ręku właściwie, bo poszczególne walki dochodzą w mniej więcej określonych odstępach czasu in-game, więc choćby nie wiem jak się starać, czas biegnie nieubłaganie. Zresztą czego się spodziewać po grze, której założeniem jest realizacja celu w określonym przedziale czasu. Sejwa, jasne. No, ale nie ma. Nie ma tez żadnej formy multiplayera. Ani na kanapie, ani po sieci. Szkoda. Pewnie wynika to z tego, że gra nie przewiduje szpilania na padzie, a że celuje się mieczykiem myszą, jak w twin stickach, to pewnie jest ciężko i nie starczyło na to monetek. Byłoby zabawnie, na miarę Porcunipine.

Domina (5)Fajnym patentem jest integracja z Twitchem. to zawsze jest dobry patent i z przyjemnością realizuję podobne happeningi na streamach. Nie inaczej było tym razem, co zobaczycie na materiale poniżej. W przypadku Dominy integracja to możliwość dopingowania podczas walk, z rzucaniem kapustą w uczestników bitki włącznie. Do tego gra na bieżąca zaciąga imiona gladiatorów z czata, zastępując nazwy domyślne nickami oglądających. Zaś podczas wydarzeń paragrafowych, losowych, umożliwia głosowaniem nad podjęciem wyboru z tych przedstawionych. Świetne, brakuje tego w innych grach, gdzie takie wybory są (FTL, Death Road to Canada chociażby). No i najważniejsze. To lud decyduje czy kogoś oszczędzić czy ostrzyc tuż przy szyi. Emocje gwarantowane, choć i bez używania ich, gra się broni, bo rozgrywka jest fest. Tu walka, tam niezbyt skomplikowana dyplomacja, a potem wino, kobiety i śpiew. Czy tam śpiew z kobietami w winie. Zmieniłbym tylko w integracje zaciąganie nazw użytkowników i obarczył ich permdeathem, bo jednak dziwnie to wygląda, że raz ktoś zgubi czerep, a kilka walk później jest naszym niewolnikiem. Trzeci raz.

Nah, nie wygrałem, ale jeszcze im pokaże. Jacyś głupi ci Rzymianie.

Podesłał wydawca.

Dodaj komentarz



4 myśli nt. „Domina – jak Russel Crowe w Gladiatorze

Powrót do artykułu