Dwie szybkie filmowe opowieści na weekend

bosman_plama dnia 23 grudnia, 2019 o 9:20    12 

tytulowa1

Dokładnie tak to sobie zaplanowałem: Wiedźmin w piątek i sobotę oraz Gwiezdne Wojny w niedzielę. Na Wiedźmina trochę się napalałem, na Ryż Skajłokerów trochę mniej, bo tu się trochę obawiałem. W obu przypadkach te uczucia okazały się nieuzasadnione. Tak, w tej chwili możecie przestać czytać, bo wszystko już wiecie. Albo też możecie przeczytać następne zdanie, w którym…

…napiszę, że być może jestem w świątecznym nastroju, ale w obu przypadkach nie było tak źle. Choć jakoś bardzo dobrze też nie.

Najpierw Wiedźmin. To, co zaskakujące, to odkrycie, że brakowało na ten serial budżetu. Poważnie. Ma to swoje konsekwencje, bo twórcy chcieli robić epickie sceny za nieepickie pieniądze. W ten sposób największa bitwa (do czasu następnej największej bitwy, z ostatniego tomu sagi) świata wiedźmina, podczas której wielkie armie ścierały się wśród ognia miotanego przez zdeterminowanych czarodziejów, w serialu jest starciem kilkudziesięciu facetów przeciw… dwudziestu osobom wspieranym przez kilku czarodziejów, z których każdego stać na góra dwa czary. Podobnie oblężenie Cintry to miotanie strzałami w jedną bramę. A wielka wyprawa na smoka z udziałem króla, dworu, chmary kmieci i barwnych band awanturników z całym konwojem wozów to spacer kilkunastu osób przez góry. No i sam smok… Nie jest to skala gumy w polskim filmie i serialu, ale dość blisko. To był zresztą ten moment, w którym pomyślałem: „o rany, Polacy zrobili to lepiej…”. Braki funduszy widać też w dość skromnej scenografii i ciasnych kadrach mających ukryć te braki. Dla przykładu, w Blaviken wiedźmin urządza rzeź podczas jarmarku, prawda? Jarmarku, który jest swego rodzaju wydarzeniem w okolicy. W serialu też dużo mówi się o jarmarku, ale jest to jarmark ciasnej uliczki bez choćby jednego straganu. Możliwe też, że Netflix oszczędzał na gadżetach, jak twierdził jeden z moich rozmówców na fejsie, gdy zastanawiałem się czemu Driady używają kusz zamiast łuków.  Możliwe, że stało się tak, bo te kusze zostały producentom po jakimś wcześniejszym filmie bądź serialu.

Tak więc, choć Netflix dysponował z pewnością lepszym budżetem niż TVP, trochę mu go jednak brakowało. Pytanie zatem, czy twórcy nie powinni pójść ścieżką Gry o Tron, która też początkowo była biedniejsza niż w późniejszych sezonach, i nie szaleć z wątkami, które wymagają ciężkich pieniędzy. Trzeba by wtedy trochę pokombinować, ale chyba by się opłaciło. Tyle, że niestety stałoby to w sprzeczności z przyjętymi założeniami.

A założenia były takie, by gnać z fabułą na złamanie karku. W osiem odcinków opowiedziano więc wymyślony od podstaw origin Yennefer oraz oparty na opowiadaniach i powieściach origin Ciri i wpleciono w to opowiadania o Geralcie. Ze szkodą dla tych ostatnich niestety. W pierwszych dwóch odcinkach Geralt jest nieco zbędnym dodatkiem a jego przygody traktowane są po macoszemu, to raczej streszczenia niż pełnoprawne historie. Szkoda, bo pierwszy odcinek to akurat Mniejsze zło, oparte o jedno z lepszych opowiadań. W trzecim odcinku twórcy przypomnieli sobie jaki tytuł nosi ich serial i Geralt otrzymuje wreszcie odpowiednio wiele czasu, co skutkuje od razu głębszą fabułą i ciekawszymi postaciami z drugiego planu. W pierwszych dwóch dostajemy bowiem statystów wygłaszających jedną dwie kwestie i przez to wypłaszczonych (tak, nawet Renfri) i pozbawionych tak naprawdę znaczenia. W trzecim odcinku nareszcie pozwolono tym wszystkim postaciom wybrzmieć i zrobiło to serialowi dobrze. Jak na złość trzeci odcinek to ten o strzydze, czyli z potworem. Czyli wymagającym kasy na potwora i efekty. A kasy, jak wiadomo, nie było zbyt wiele. Więc jakkolwiek ucieszyłem się, że króla Foltesta zagrał w Wiedźminie Shaun Dooley, czyli najbardziej odkręcony z kuratorów z Misfits (pamiętacie Misfist?), który tak, jak w tamtym serialu tak i w Wiedźminie jest wyśmienity, to jednak serialowi lepiej zrobiłoby, gdyby więcej czasu poświęcono Geraltowi w Mniejszym Źle. Tam można by się obyć bez pokazywania potworów, a zatem zaoszczędzić bez utraty jakości.

Podsumowując: zasuwają z fabułą jak na wyścigach, zdecydowanie brakuje im kasy a w dodatku – tu już zupełnie subiektywnie – o jak bardzo #notmyyennefer. Aktorka jest bardzo dobra, ale zarówno jej jak i producentów, reżyserów i scenarzystów wizja Yennefer tak bardzo rozmija się z moją, że zupełnie tej postaci nie kupuję. Na co jeszcze mogę ponarzekać? O, zdecydowanie na dialogi. Może pamiętacie, ale książkowy wiedźmin właśnie dialogami stoi. Tymi cynicznymi, ociekającymi sarkazmem i błyskotliwymi. W serialu bywają takie, ale  bardzo rzadko w wykonaniu Geralta. Geralt zastępuje je znaczącym mruknięciem: MHM!. I jest to, jak wynika z wywiadu z Cavillem, który można sobie przeczytać na na Ekranie, własny patent aktora. Bo szukał sposobu, wyrazić Geralta w sytuacji, gdy nie bardzo będzie miał na to czas. Z fejsa wiem, że ludzie urządzali sobie z MHM! pijackie gry:).

Kłopot z dialogami wyzutymi z tego błyskotliwego humoru, który znamy z książek i z gier jest poważną kwestią. Bo Sapkowski nie przywiązywał wielkiego znaczenia do konstruowania świata a nawet do budowania jakiejś skomplikowanej fabuły. Jak sam przyznawał, najważniejsze były dla niego wyraziste postaci, które rozmawiają ze sobą w wyjątkowy sposób. I teraz serial musi poradzić sobie z takim podejściem. I jednym z wykorzystanych sposobów jest… odjęcie dialogom większości tego, co czyniło je wyjątkowymi. Owszem, zdaję sobie sprawę, że przeniesienie dialogów z książki do filmu w skali 1;1 to wyzwanie, bo kino i literatura mówią różnymi językami. Ale wiecie, co? W Grze o Tron mimo wszystko spróbowali (może dlatego, że na początku mieli mniejszy budżet) i wygrali na tym! Przypomnijcie sobie riposty Tyriona z pierwszych sezonów i spróbujcie poszukać podobnych w Wiedźminie.

Na szczęście wypalił w Wiedźminie casting. Nawet narzekając na Yennefer, nie mogę twierdzić, że Anya Chalotra gra źle. Gra co innego niż bym chciał, ale robi to dobrze. Cavill nie tyle stara się być Geraltem, co nim jest, nawet pomimo starań autorów dialogów. Wiem, że niemało osób narzeka na Jaskra (Joey Batey), ale mnie ten facet kupił od razu. Jego gra jest wprawdzie bardzo współczesna, jakby występował w filmie o jajcarzach z Nowego Jorku czy innej Warszawy, ale wybaczam mu to, bo wprowadza do serialu humor i luz. Luz, którego tak bardzo brakuje, bo za sprawą scenariusza niemal wszyscy grają jak w tragedii o bohaterach opery świadomych, że umrą wszyscy przed ostatnim aktem. Kiedy pojawia się Jaskier, natychmiast zmienia się ton serialu. Co więcej, Jaskier wciąga w swój własny styl nawet Geralta i nagle zamiast „MHM!” słyszymy z ust wiedźmina dowcipy. Między Cavillem i Bateyem jest zresztą niezła chemia, nie wiem nawet czy nie większa niż między Cavillem a Chalotrą. Druga wyśmienita para to królowa Calanthe (Jodhi May) i Eist (Bjorn Hlynur Haraldsson). Calanthe w ogóle jest wyśmienita, ale ta para i ich pokręcona miłość to jeden z najfajniej rozegranych wątków w serialu. Do tego stopnia, że przyłapałem się na myśli, że przebolałbym, gdyby porzucono Geralta, Ciri i Yennefer i zrobiono serial o Calanthe i Eiście. Bo tej parze udaje się przemycić do serialu nie tylko trochę polityki i spisków, ale nawet… ton cokolwiek awanturniczy!

Nie pomaga serialowi pomysł, by mieszać wydarzenia z różnych okresów. Wystrzeliwujące co chwila retrospekcje, początkowo podawane tak, że niełatwo zorientować się, że właśnie przeskoczyliśmy w czasie, wprowadzają zamieszanie. To, co było jednym z atutów Westworld w Wiedźminie już tak dobrze nie gra. I podobno na zachodzie, gdzie mniej ludzi zna opowiadania, zagubionych odbiorców było całkiem sporo. Na szczęście finał ładnie spina wątki.

Ponarzekałem? Ponarzekałem, bo trzeba. Zbyt wiele w tym serialu zaniedbano. Czasem w drobiazgach, które jednak miewają znaczenie. Kusze driad są idiotyczne, ale można je przeboleć. Jednak inna kusza może trochę popsuć klimat. Pamiętacie jak w Mniejszym źle Geralt odbił wystrzelony bełt z kuszy? Przeciwnicy byli wstrząśnięci. „Odbił… Odbił w locie” – stęka w opowiadaniu Piętnastka i już wiedzieliśmy, że Geralt to więcej niż świetny rębajło.Taki okrzyk w filmie nie kosztowałby pewnie ani centa więcej, a pokazałby, że sytuacja jest nadzwyczajna. A po atakujących w serialu rębajłach Geralta ten popis możliwości wiedźmina spływa. Podobnie nie wykorzystano np. gadżetu soku jabłkowego przy pierwszym spotkaniu Geralta i Yennefer (sam sok jest, ale nie ma znaczącego zdania Yen, które oddaje jej charakter i zmienia wydźwięk sceny). Pierwszego życzenia Geralta przy spotkaniu z dżinnem też nie ma. Drobiazgi, ale jeden po drugim dużo by dały przy niewielkim koszcie. Pokazuje to, że twórcy serialu pewnych rzeczy w pierwowzorze nie rozumieją.

Ale przy tym wszystkim całość ogląda się zaskakująco nieźle. Przede wszystkim dzięki aktorom, ale i sama historia, gdy uda nam się ją ogarnąć, układa się przyzwoicie. Byłem zainteresowany losami bohaterów (choć je znałem:) ), bo ich polubiłem i ciekaw byłem jak zostaną w serialu ukazane. Za jednych trzymałem kciuki, za innych niekoniecznie. Choć bitwy nakręcono żałośnie, pojedynki to już zupełnie inna para kaloszy. Starannie opracowano elementy szermierki i doprawdy świetnie patrzy się na te wszystkie pojedynki Geralta. I w nosie miałem realizm tych scen, grunt, że fantastycznie się je oglądało.

Za każdym razem, gdy serial korzysta z kwestii z książek, robi się ciekawiej w dialogach. Za  każdym razem, gdy daje trochę więcej czasu wątkowi Geralta, dostajemy ciekawe historie (znacznie ciekawsze niż patologiczna szkoła czarodziejek albo dość niemrawy wątek permanentnej ucieczki Ciri). Oczywiście temperaturę podnosi nie tylko Jaskier, ale i znana już wszystkim, całkiem udana piosenka.

Serialowi stanowczo lepiej zrobiłoby kilka odcinków więcej – wtedy nie musiałby tak pędzić na złamanie karku z wątkami, a odcinki oparte na opowiadaniach zyskałyby trochę oddechu a co za tym idzie i głębi. Odcinki: o Strzydze i o Jeżu doskonale to pokazują – prawie wszystko jest tam na właściwym miejscu, nikt nie został potraktowany pretekstowo. Mamy szanse przyjrzeć się postaciom, poznać trochę ich historii i pobudek, jakie nimi kierują. Takich odcinków chciałbym więcej w drugim sezonie.

Co zabawne, okazało się, że pośpiech nie był kłopotem jedynie Wiedźmina. Nowe Gwiezdne Wojny dotknęła ta sama przypadłość.

Tak, jak Wiedźmin gna z fabułą, tak SW zasuwają od sceny do sceny, od gagu do gagu. Byle zdążyć dopowiedzieć co się da, byle odkręcić wszystko, co nakręcił Johnson w TLJ. Oczywiście, patrzę z perspektywy widza, któremu TLJ się podobał (przy wszystkich wadach tego filmu, z których zdaję sobie sprawę) a założenia Johnsona uważam za wyśmienite. Dlatego odkręcanie niemal każdego elementu z TLJ budziło mój niesmak oraz żal za zmarnowanymi okazjami. Gwiezdne Wojny otrzymały szansę na pokazanie czegoś nowego i widowiskowo ją zmarnowały. Ale ok, Mysz przestraszyła się reakcji fanów i postanowiła spróbować ich zadowolić. Niestety, w efekcie powstał nie film z własną fabułą, ale produkt odkręcający poprzedni film. Poważnie, oglądając TRoS nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że podstawowym celem tego filmu jest nie dokończenie sagi, albo nakręcenie porządnej fabuły, ale zaprzeczenie wszystkiemu, co nakręcił Johnson i odpowiedź na zarzuty fanów. Co, niestety ma swoje konsekwencje dla struktury filmu, między innymi ten nieszczęsny pośpiech. Bo trzeba zmieścić zaprzeczenie postawy Luke’a, postawy galaktyki wobec wojny, totalnej klęski Rebelii, kwestii pochodzenia Rey… Niestety trzeba było jeszcze jakoś pokazać losy i znaczenie Lei, więc część filmu jest napisana pod istniejące nagrania i wypowiedzi nieżyjącej aktorki.

Abrams z ekipą wyraźnie studiowali uwagi fanów, musieli więc poświęcić część czasu na to, by skleić film pod ich oczekiwania. Skarżono się, że Rey to Mary Sue, której wszystko się udaje? No te teraz jej się parę rzeczy nie uda. Kylo Ren dostawał bęcki praktycznie od każdego, kto miał ochotę mu je spuścić? No to teraz powygrywa. Finn jakoś za dobrze radził sobie z mieczem? To też trochę wytłumaczymy.

Żeby nie było, że tylko narzekam – parę takich odpowiedzi Abramsowi wyszło. Jestem na przykład pod wrażeniem, jak pojedynek Kylo i Ren z IX epizodu koresponduje z pojedynkiem Luke’a i Kylo z epizodu VIII. To zresztą jeden z tych nielicznych przypadków, kiedy postanowiono nie kasować pomysłów z TLJ, ale je wykorzystać. I wyszło naprawdę dobrze!

Uświadomiono sobie, że pierwsze GW stały relacjami między bohaterami, których nie było kiedy zbudować w częściach VII-VIII, wiec teraz należy poświęcić część ekranowego czasu na budowanie tych relacji. I nagle, gdy już się to wszystko pomieściło, okazało się, że zostało bardzo niewiele czasu na cokolwiek innego. W efekcie bardzo wiele otrzymujemy w tym filmie na zasadzie: BO TAK.

razem

Co gorsza (znaczy: dla mnie) Abrams nie potrafił uciec od swojego ulubionego pomysłu na Gwiezdne Wojny, czyli: „zrobię remake”. Dostajemy więc remake tych fragmentów Nowej Nadziei i Imperium Kontratakuje, których nie wykorzystano w Przebudzeniu Mocy. Bohaterowie odbijają więc z więzienia Imperium więźnia i oczywiście podczas tej akcji rozdzielają się, bo osoba obdarzona Mocą odkrywa, że ma coś nowego do zrobienia. A potem wybucha nam w twarz wariacja na temat „ajm jour vader fater”. Nowa, większa Gwiazda Śmierci spotkała się przy Przebudzeniu Mocy z krytyką fanów? Abrams zapamiętał to i nauczył się na błędach. UWAGA SPOILER – w IX epizodzie nie ma Gwiazdy Śmierci (acz są ruiny tej drugiej). Hurra? Nie hurra. Nie ma jednej, jest kilkaset. Bo tak Abrams rozumie rozmach. Michael Bay, jak widać, stworzył własną szkołę filmową.

Mimo wszystko, znowu jak w przypadku Wiedźmina, ten film ogląda się nieźle. Mniej nieźle, jeśli podobał się komuś TLJ, bo wtedy można posmutnieć w trakcie seansu. Jednak dopóki wyłączamy myślenie, akcja toczy się jak trzeba, efekty specjalne robią wrażenie a niektóre kadry są piękne. I oczywiście, w przypadku każdych Gwiezdnych Wojen trzeba zawiesić niewiarę. Ale TRoS stawia pod tym względem wyjątkowe wymagania. Bo gdy zaczynacie zadawać sobie pytania, wszystko się posypie. Nie fizyka świata, ale sens tak tej, jak i w ogóle ostatnich trzech części.

Udało się też Abramsowi, w każdym razie do pewnego stopnia, związanie postaci. Rey, Poe i Finn nareszcie reagują na siebie w trójkę, a nie tylko w relacjach dwójkowych. Widać między nimi jakąś więź i tylko szkoda, że wiemy, iż wytworzyła się ona gdzieś poza ekranem, w jakichś wydarzeniach zwiastowanych w napisach, a nie pokazanych. Tu można obciążać TLJ – powinien był to pokazać, a zamiast tego rozdziela bohaterów. Tyle, że nie jest to jedyny winny, bo Przebudzenie Mocy również nie skomponowało scenariusza tak, by zestawić całą trójkę bohaterów i dać im się poznać. A to w tym filmie był na to czas. Po pierwsze dlatego, że był pierwszy: przedstawia bohaterów i buduje relacje między nimi. A po drugie w TLJ Rey leci na szkolenie do Luke’a, jak Luke leciał do Yody w Imperium Kontatakuje. Brakuje więc czasu na budowanie więzi. W Imperium też jest niewiele wspólnych scen całej trójki bohaterów (ale, kurcze, jakieś są). Więc Abrams zawalił sprawę w pierwszym filmie, a Johnson tego nie wyprostował. W nowej trylogii mamy trójkę głównych bohaterów, którzy aż do TRoS nie uczestniczyli w żadnej wspólnej misji. Nie obserwujemy więc jak powstają łączące ich relacje, ale dostajemy je już gotowe w ostatnim filmie. To nie pomaga w budowaniu ich więzi z widzami. Gdy więc Abrams każe im powtarzać: „tylko razem jesteśmy silni”, brzmi to nieco sztucznie i życzeniowo. Ponieważ reżyser zdawał sobie z tego sprawę, kazał wyłożyć wszystko Lando, który dosłownie tłumaczy Poe Dameronowi na czym zasadzał się sukces pierwszej trylogii. Taki poziom meta w filmie.

Abrams odkręcił każdy element TLJ oprócz jednego: relacji Rey i Kylo Rena. I całe szczęście, że to zachował, bo to element, który ratuje nie tylko epizod IX ale całą trylogię. Okazuje się być ona opowieścią o tej dwójce, od trudnego początku, poprzez trudną fascynację aż do tego, co dostajemy w finale. I to jest najlepsza rzecz, jaka przytrafiła się tej trylogii, nie licząc może zakończenia, które jest… Jakby to ująć nie spoilerując… Bezpieczne, pospolite i dość miałkie. Nie mogłem oprzeć się myśli, że Johnson zrobiłby to pewnie inaczej i lepiej. Bo nie zabrakłoby mu odwagi, żeby zamienić rolami postacie w finale. I to by było coś.

Niemniej i tak robi się z opowieści o tych dwojgu całkiem interesująca historia, zwłaszcza, że znaczna jej część spoczywa na ramionach Adama Drivera, który grać potrafi. Jeśli coś będziemy po latach wspominać z fascynacją, to budowanie i zmiany tej właśnie postaci oraz stosunku widzów do niej. Od niestabilnego emocjonalnie nastolatka z pierwszej części, kolesia znienawidzonego przez znaczną część widzów, po bohatera, który, jak się okazuje, niesie na barkach sporą, jeśli nie główną linię opowieści. Przy okazji to on zamyka tak naprawdę historię rozpoczętą dawno, dawno temu o trzech pokoleniach chłopaków naznaczonych Mocą w sposób szczególny. I to jest zamknięcie być może dla całej serii istotniejsze niż ostateczne starcie dobra ze złem na miecze i miotane błyskawice. Dobrze, że powraca tu baśniowość tej opowieści, źle, że powraca ona trochę nadto nachalnie. Zresztą, pewnie znowu zabrakło czasu.

Czy zatem jest dobrze? Oj, nie jest dobrze. Jest znośnie. Ogląda się całość nawet nieźle, choć niestety, w moim przypadku oczarowania widowiskowością nie wystarczyło, by wyłączyć mózg. Ale może to przypadłość widza, który lubił TLJ? Podejrzewam, że ci, którzy tamtego filmu nie cierpią, mogą być uszczęśliwieni już tylko tym, że epizod IX wygląda jakby powstał głównie po to, by wyzerować film Johnsona.

Mysz nie byłaby też sobą, gdyby nie powrzucała masy wątków tylko po to, żeby sprzedawać nam je później w komiksach i książkach. To element, który bardzo drażni mnie we wszystkich filmach odkąd Daleka Galaktyka trafiła do wszechświata Disneya. U Lucasa było na odwrót – filmy służyły przede wszystkim sobie. Ich opowieści i wątki były podopinane. Owszem, powstawały potem inspirowane nimi komiksy i powieści (i gry), ale nie ma w sześciu filmach, za którymi stał Lucas, postaci i wątków, których jedynym sensem istnienia jest sprzedawanie ich potem w innym medium. U Myszy takie postaci i wątki to norma.

Spędziłem więc weekend przy dwóch opowieściach towarzyszących mi od lat, właściwie od dzieciństwa, ewentualnie nastoletniości. W obu przypadkach pośpiech poważnie zaszkodził dziełom. W obu przypadkach litanie błędów i niedopatrzeń mogę wyliczać aż do znudzenia. W obu przypadkach podczas seansów bawiłem się nieźle. W obu też liczyłem na więcej.

No cóż, coś się kończy, coś się zaczyna. W Gwiezdnych Wojnach mogę odetchnąć przy Mandalorianinie, wnoszącym nieco świeżości do serii a przy tym paradoksalnie, wiernemu stylistycznie oryginalnej trylogii. W przypadku Wiedźmina liczę na to, że po tym, jak porozkładano już figury na planszy, w drugim sezonie twórcy nie będą już musieli tak gnać na złamanie karku i poukładają fabułę jak trzeba. Takie naiwne nadzieje.

A teraz muszę się zastanowić, w co najlepiej grało mi się w tym roku.

Dodaj komentarz



12 myśli nt. „Dwie szybkie filmowe opowieści na weekend

  1. maladict

    Prawda? Po wyjściu z kina zacząłem się zastanawiać czy to z ww. produkcjami jest coś nie tak, czy ze mną, że już nic mnie nie cieszy. Dziękuję Ci bosmanie, że rozwiałeś moje wątpliwości.
    Co do Wiedźmina, to (jak pisałem wcześniej na FB) rozumiem, że to adaptacja a nie ekranizacja, rozumiem pośpiech twórców i ograniczenia budżetowe, rozumiem, że mamy takie a nie inne czasy i trzeba odejść od stereotypu tolkienowsko-DnDowskiego w pokazywaniu elfów jako pięknych i wzniosłych istot, ale nie mogę przestać płakać za porzuconymi dialogami, które u Sapkowskiego budowały cały klimat. Jak choćby na uczcie w Cintrze. Jak to zgrabnie, półżartem, pół serio ujął mój kumpel ‚ Tak, też nie mogę odżałować że diaboł nie groził, że dupczyć będzie.’
    A Gwiezdne Wojny? Największy grzech Disneya to brak spójnej wizji. Mogliby, kurde bele, wziąć choćby i przysłowiowego stażystę, kogoś kto by wymyślił spójny wątek i stojąc nad reżyserami pilnoał jego wgzekucji. Ale nie, zamiast tego mamy politykę ‚zróbmy film i zobaczmy jak się podoba fanom’. I w efekcie mamy to, że RoS głównie skupia się na odkręcaniu wersji Johnsona (wolne chwile wypełniając podróżą sentymentalną), co uważam za nader niskie. Rise of Skywalker to tak naprawdę były dwie listy z punktami do odhaczenia. Pierwsza ‚Rzeczy z poprzedniego filmu do naprawienia’, druga ‚lokacje z poprzednich części sagi do odwiedzenia’. I w ten sposób zabrakło czasu i miejsca na coś własnego.
    i jeszcze tak rzecz, że JJ zdecydował się grać bezpiecznie i im dłużej o tym myślę, tym bardziej jestem skłonny bronić Johnsona i jego TLJ. Bo może zaliczył kilka potknięć, ale przynajmniej miał jakąś wizję i jakieś własne pomysły.

        1. bosman_plama Autor tekstu

          @maladict

          Czytałem.
          SPOILERY
          Ale trudno mi w to uwierzyć. Oni tu giną, a Finn ostatnim tchem chce powiedzieć: „Rey, nim zginiemy, chcę ci powiedzieć, że też jestem wrażliwy na Moc. Wiem, że bez tego nie umarłabyś w spokoju”:).

          Mnie ciekawi czemu Leia, jako mistrz Jedi rozwalała sobie małżeństwo i oddawała syna na naukę do brata, któremu spuściła bęcki w ramach zdobywania ostróg. Przy czym ta scena jest dość straszna. Rozumiem zamysł Abramsa, żeby szybko pokazać, że Leia jest Jedi, ale akurat taka metoda awansu pasuje raczej do Sithów:).

          I druga łamigłówka. Skoro Snoke stworzył więź między Kylo i Rey (tak mówił) a sam był marionetką (dość dosłownie) Palpatine’a, to jak Palpatine mógł nie wiedzieć o tej więzi?

          Kim byli kolesie w kapturach? Sithami?

          Skąd FO ma niewidzialne transportowce do wywożenia Wookiech i czemu nie używa ich jako tajnej broni?:)

  2. mr_geo

    Po obejrzeniu „Wiedźmina” mam tyleż przemożne co przykre wrażenie że serialowi nie tyle miał za mało w temacie budżetu, ile raczej, szczerze mówiąc, pomysłu. Wygląda to tak jakby twórcy uznali że ponieważ to jest Wiedzmin – ergo marka popularna, rozpoznawana i z dużą populacją fanów, to można puścić fuszerkę, a fani i tak wybaczą (i kochać oraz oglądać będą).
    Czy się aby na tym nie przejadą to czas pokaże.
    Mnie najbardziej drażniły niedoróbki i wyłażące co i rusz babole warsztatowo-scenograficzne które składam na karb kompletnego olania QC przy montażu (bo pośpiech?). Wieża w Cintrze przemieszczająca się z jednej części miasta do drugiej, w zależności od odcinka; w tej samej Cintrze „zamkowe podziemia” wykonane z bloczków gazobetonowych typu „Max” z wyłażącą ze spoin zaprawą; bitwa w której widoczni w tle woje dzielnie naparzają się z powietrzem, machając mieczami w pustce; okna które mają najpierw 4 kwadratowe szyby w następnym ujęciu tej samej komnaty i tego samego okna okazują się ich mieć 2 i to w owalnych ramach; miecz Geralta który zmienia kształt głowni i jelca w czasie walki; obiekty i postacie które nie rzucają cienia chociaż wali tęgie słońce albo stoją pomiędzy ścianą a źródłem silnego światła (i nie, nie były to wampiry, chyba że jest jakiś gatunek wampirów co wygląda jak koń albo kamienna fontanna na placu); chorągwie i proporce które choć oddalone od siebie o jakieś 5 kroków łopoczą na tym samym wietrze w dwie przeciwne strony…
    Zapewne można by powiedzieć że się czepiam. Możliwe. Ale dla mnie takie niechlujstwo oznacza że projekt był albo bardzo słabo zarządzany i „nie wiedziała lewica co czyni prawica” albo z premedytacją wypuszczony w takim stanie. W oby przypadkach nie jest to powód do chwały.
    W kwestii „omal-co-gumowego” smoka to jest to moim zdaniem i tak arcydzieło w porównaiu z 90% reszty fantastycznej menażerii którą się widzowi pokazuje. Tak naprawdę jakoś tam udane były Strzyga i to coś (nekkery?) z ostatniego odcinka przed czym Geralt bronił Jurgę.
    Serio, moment kiedy na ekranie zobaczyłem diaboła aka silvana było jednym z największych „ALE CO TO K… MA BYĆ?!?!” dekady. To nie jest nawet jakieś tam potknięcie. To jest po prostu dramat i totalne, absolutne spieprzenie sprawy. Tylko minimalnie lepszy był ten zergling ze Starcrafta który (wraz ze swoim panem pomalowanym w deseń tapety w stylu art-deco) ganiał Yennefer. Nawiasem mówiąc czemu właściwie miał służyć ten wątek nadal nie mam pojęcia.
    Ogólnie to jest tak że owszem, obejrzałem. I to na razie tyle jeśli chodzi o ewentualne zachwyty. Może się rozkręci. Ale jeśli nie, nie będę miał odczucia jakoby kinematografia fantastyczna utraciła jakoweś potencjalnie epokowe dzieło.

    Co do najnowszych SW się nie wypowiem albowiem opinię o tym co reprezentują sobą produkcje dotyczące tego uniwersum wypuszczone przez Disneya mam ugruntowaną od czasu „Ostatniego Jedi” i szkoda mi czasu i mamony na oglądanie tego.

  3. projan

    Co do Wiedźmina idealnie ująłeś moje myśli. Ale tak jak przy obsadzie nie mam zastrzeżeń, tak Triss jest… okropna. Wygląd, o czym wiedzieliśmy już wcześniej, mógł zostać „przykryty” pomysłem na postać i dobrą grą aktorską. Niestety gra aktorki jest straszna , co potęguje przykry efekt totalnego rozdźwięku wyglądu Triss książkowej i filmowej.

      1. lemon

        @bosman_plama

        O, zdecydowanie! To był zresztą mój pierwszy komentarz po zobaczeniu Renfri: „szkoda, że to nie Triss”. Widzę, że opinię o serialu wszyscy mamy raczej zgodną. Chociaż nie widzę za bardzo tej chemii na linii Geralt-Jaskier. Wiedźmin z Netfliksa przez większość czasu traktuje go jak powietrze, nawet kiedy szuka dla niego ratunku u Yennefer, to nie wygląda zbyt przekonująco. Zamachowski z Żebrowskim wypadli lepiej na tym polu.

        A SW Ep.IX – meh. Całą nową trylogię w głowie zaszufladkowałem jako średnio udany fanfik. Jakoś nie potrafię tej kontynuacji traktować jako kanonicznej.

        Dzięki za tekst, bosmanie.

      2. aryman222

        @bosman_plama

        Renfri – zajebista! Szkoda, że już tej aktorki nie zobaczymy… Jako Triss byłaby super kuszącą opcją (dla Geralta, oczywiście…).

        PS Jak dla mnie – Yennefer zagrała świetnie; mimo początkowych wątpliwości szybko przekonała mnie do siebie – uwierzyłem w jej motywację, charakter, a nawet w relację z Wieśkiem.

  4. Szmatan

    Uff, aż się zalogowałem. Wesołych, to pierwsze :)

    Po drugie – mam bardzo podobne odczucia. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że filmy, które prywatnie oceniam na 6.5 (Wiedźmin, nawet wliczając „0′ Valley of Plentyyyyy!”, którą nucę całe święta) i 5.5 (TRoS – tak, podobało mi się TLJ) to niestety filmy, które koniecznie trzeba obejrzeć.

    Nie wyobrażam sobie sagi SW bez domknięcia. Mimo, że Disney jest w niej mocny, mimo frustrującego tempa i odkręcania wątków (btw, w TLJ miałem wrażenie, że Jedi nie zginą wraz ze śmiercią bohaterów – w końcu nawet losowe dzieciaki mają przebłyski mocy, które pomagają im sprzątać; w TRoS jednak sorry, mocą władają tylko bohaterowie ze znanych rodów), pod koniec jednak kręci się łezka w oku. Zakończenie miałkie, zgadza się, ale ech… tutaj ta miałkość jest OK i na miejscu :)

    Odwrotnie z kolei w Wiedźminie, gdzie początek sagi jest słaby, ale tak bardzo obiecujący. Mimo, że filmów ocenianych przez siebie na 6.5 nikomu nie polecam i sam do nich nie wracam, S1 jest po prostu konieczny do obejrzenia, a może nawet i obejrzenia ponownie na chwilę przed premierą S2. I znowu, mam dokładnie takie same odczucia co Ty Bosmanie: i co do Triss (vs Renfri), i też nie kupuję Yen (w W3 Yen > Triss i możecie mnie przeklinać, a zdania nie zmienię). I te bitwy… i te komentarze mojej żony: „nieźli ci najpotężniejsi na świecie magowie, fajne gałązki potrafią robić w bramie”. Ech. Z pozytywów – po zakończeniu Silicon Valley brakowało mi Gilfoyle’a. Na szczęście Geralt go nieźle zastępuję w mówieniu „Fuck.” :)

  5. Yosh

    Wesołych i szczęśliwego nowego roku.

    Uff. A myślałem że ze mną jest coś nie tak (że stary jestem)… Dzięki, że jest nas więcej :) . Mi się podobało podobnie jak bosmanowi (kurka brzmię jak klakier ale ciężko mi się z tym co napisał nie zgodzić).

    Aktorzy trochę sztywni – może to, że oryginalnych gwiezdnych wojen aktorzy nie brali na serio wyszło im na dobre. Choć Adam Driver dał radę, lubię też patrzyć na Johna Boyege.

    [spojlery]
    Coś co mnie kluło po oczach to chyba to,  że szkoła Michaela Baya ma się mocno – nawalone tego byle by w kard weszło. Ogromne statki parę metrów nad głowami, lądowania po drzewach wśród ludzi. Każdy kto był raz na lotnisku wie że tak się nie robi :)

    No ok…. ta tandetna flota w wielkiej ilości ujdzie, bo to niby schowek był, to musieli być ciasno – tam to jeszcze od biedy kupię, ale to niesamowite, że nawet w animacjach aż tak na to nie lali…

  6. /mamrotha

    Budżet Wiedźmina w Netflixie $80-90mln (oficjalne nieoficjalne, w tym reklama)
    Budżet Wiedźmina w PL: $4.8mln (całość)
    Budżet Wiedźmina w Wiedźminie Ntflxa: 3.2 mln dolarów

    Można było wygrać serial tekstami (czwarty epizod!), przegrali bitwami – obrona Sodden – WTF?!!!

Powrót do artykułu