Cztery powroty i jeden pogrzeb (na piątek)

bosman_plama dnia 30 stycznia, 2015 o 8:58    64 

black sails1

Znów będzie o serialach, bo to akurat sezon na nie. Wracają po przerwie zimowej serie rozpoczęte jesienią, ale przybywają i te, które swoją przygodę rozpoczynały właśnie w okolicach stycznia. Jest co oglądać, tylko czasem nie ma kiedy.

Zacznę od „Banshee” bo ten serial nieustająco gra krwawego kankana na moich zwojach mózgowych. Podchodziłem do niego ostrożnie, bo Alan Ball, który go produkuje najpierw współuczestniczył w świetnym „6 stóp pod ziemią”, ale potem ciężko pracował nad staczaniem się „True Blood”, które po znakomitym pierwszym sezonie zmieniło się w coś w rodzaju bardziej rozseksionej i krwawej „Dynastii”, tylko jeszcze głupszej i z jedną z najbardziej wkurzających bohaterek w historii. W „Banshee” ilość sutków na minutę jest większa niż w „True Blood” i nawet „Tudorach”, ale tym razem udało się je umiejętnie wkomponować w nerwowo rwane i montowane zdjęcia. Po za tym co chwilę ktoś do kogoś strzela, albo leje kogoś po pysku – jeszcze chyba nie było takich mordobić jak w „Banshee”, więc te wszystkie sutki i tyłki po prostu dopełniają obrazu świata, w którym nie ma żadnego boga ani sacrum, są tylko ciała – pieszczone i masakrowane.

BANSHEETrzeciego sezonu już się nie obawiałem. Czekałem na niego i doczekać się nie mogłem. Przecież wiedziałem, że wielki indianiec szykuje zemstę i rozpęta wielka awanturę, że szeryfa czeka konfrontacja z odpowiednikiem wielkiego obszarnika z innych westernów, tutaj właścicielem rzeźni i gangsterem. I że szeryf oraz jego ludzie też mają za co się mścić. Wiedziałem, że będzie dobrze.

A jest jeszcze lepiej. Zaczyna się od ataku Indian na wojskowy transport broni, w ruch idą spluwy, karabiny i… łuk. Wraca ukochana przez fanów, żądna krwawej zemsty Nola Longshadow a w dodatku na arenie pojawia się nowy gracz. Taki, który z pewnością narobi poważnych kłopotów złodziejowi mocno wchodzącemu w rolę szeryfa. Tym razem Lucas Hood nie będzie walczył z jakimiś naziolami, lokalną bandyterką, przejezdnymi gangsterami, niedoszłym teściem stojącym na czele ukraińskiej mafii czy podobnymi drobiazgami. Tym razem czeka na niego starcie z komandosami, którzy niedawno wrócili z tajnych misji w Afganistanie i mają własną grę do rozegrania. Akurat w Banshee. Żeby dodatkowo podkręcić atmosferę dodam, że w drugim odcinku możemy zobaczyć to, czego zawsze się spodziewaliśmy – że ten gładko zalizany okularnik, psychopatyczny asystent lokalnego gangsterskiego bossa, to prawdziwa maszyna do zabijania.

Banshee4Na pierwszy rzut oka widać, że to barwna ekipa, nie?

Aha, ktoś nie wie jeszcze co to „Banshee”? To jeden z elementów mody na współczesne westerny, jaka rozkwitła kilka lat temu po sukcesie „Justified”. Mamy: miasteczko, Indian, lokalnego bogacza i złodzieja, który właśnie wyszedł z paki i jakoś tak się złożyło, że został szeryfem. Realistyczne są tu tylko pojedynki na pięści, tak brutalne, że „Fight Club” wydaje się przy tym disneyowską bajeczką o wróżkach. Cała reszta to wielka umowność, którą trzeba przełknąć by cieszyć się krwawą jazdą razem z przefajną ekipą montującą jeden skok życia za drugim (skuteczność mają mniej więcej taką jak gang Olsena).

odette annableWszyscy faceci modlili się o jej powrót. Niektórzy nawet składali ofiary z ludzi. Co jest o tyle ciekawe, że ta pani (siostra wodza) lubi bić facetów.

Powróciło także „Black Sails”, czyli opowieść o piratach, którzy prawie nigdy nie wypływają na morze. Pierwszy sezon zaczął się wprawdzie od abordażu, ale musieliśmy czekać do samego końca, żeby znowu zobaczyć jakiś statek. Poza tym seria skupiła się na spiskach kapitana Flinta, który starał się wykiwać absolutnie wszystkich. John Silver, który nie dorobił się jeszcze ksywy: „Długi” stanowił w pierwszym sezonie tylko statystę, który kolebał się pomiędzy spiskami większych od siebie. Serial pozostawił mnie (i z tego, co wiem, nie tylko) z mieszanymi uczuciami. Choćby dlatego, że równie dobrze mógłby nosić tytuł: „Walka o wpływy w dowolnej mieścinie kupieckiej”. Dotrwałem, jednak do końca, choć tutaj wodospady sutków są znacznie słabiej wkomponowane w całość niż w „Banshee” (serial robi Starz, czyli firma od „Spartakusa”), akcja toczyła się z prędkością osobowego na trasie Sukocice Dolne – Pyrchów Wielki i nie bardzo było kogo polubić. Na szczęście Hannah New jest wystarczająco ładna, ja mam słabość do Clary Paget (możecie ją kojarzyć jako strasznie złą blondynę w tym odcinku „Szybkich i wściekłych”, w którym walczą z brytyjskim eks komandosem) i udało mi się znaleźć postać, której kibicuję. Że wyszło tak, iż jest nią akurat jeden z głównych złych – trudno.

black sails2Kapitan Flint to miękki siusiak. To jest kapitan piratów pełną gębą. Ale też nie pokazują jak pływa.

Nowy sezon zaczyna się z przytupem. Są walki, abordaże, cycki (to akurat oczywiste). Flint i nawet Silver nareszcie pokazują jaja i zamiast snuć się bez sensu i knuć trzydzieści spisków na minutę przystępują do działania (fakt, że naprawdę trzeba ich było przycisnąć do ściany, żeby się ocknęli). Silver dowodzi, że naprawdę jest paskudnym krętaczem, a Clara Paget całuje się z Jessicą Parker Kennedy (raczej nie z TYCH Kennedych). Do tego przybywa nowy pirat, chyba psychopata, ale z niezłą gadką. Może uda mu się rozruszać całe to towarzystwo. Aha, dostajemy przebłyski z młodości Flinta, gdy nazywał się jeszcze inaczej i był szlachetny oraz praworządny. Być może oznacza to, że twórcy nie bardzo mają pomysł jak posuwać fabułę sezonu tak, by nie zakończyć go zbyt szybko. Z drugiej strony taki zabieg może zdynamizować serial i dodać Flintowi choć strzęp cechy, która sprawiłaby, że widz zaczął by mu kibicować. Bo po pierwszym sezonie, prawdę mówiąc, moje odczucia wobec tej postaci były takie jak jego załogi – chętnie bym się go pozbył.

black sails3One także nie pływają. Jak to w serialu o piratach.

„Broadchurch”, czyli, niespieszny kryminał o ciężkiej atmosferze, trochę brytyjski potomek tych wszystkich skandynawskich kryminałów, które pokazują jak zbrodnia niszczy zwyczajnych ludzi, którzy oberwali jej odłamkami, postanowił nam pokazać, że wszystko ma konsekwencje. Drugi sezon pozwala nam zapomnieć, że powstała jakaś tam amerykańska wersja (bleee) i każe przyglądać się jak męczą się bohaterowie po tym, co w większości seriali jest już szczęśliwym finałem. Morderca został złapany i w większości seriali – o ile nie byłoby to „Prawo i Porządek” – mielibyśmy go z głowy. W „Broadchurch” nie ma tak łatwo, a w dodatku wraca stara sprawa Doctora Who inspektora Hardego.

broadchurch1

Wiem, że internautki kochają się w tej inkarnacji Doctora, ale umówmy się – bohaterowie amerykańskiego serialu tak by nie wyglądali. Właściwie – możemy nawet powiedzieć z całą pewnością, że tak nie wyglądali. W amerykańskiej wersji zagrał wprawdzie Tennant, ale złapał go jakiś szalony stylista, z tych, co to przerabiają ludzi na formy z wybiegu, i zrobił mu w z włosami coś, czego robić się nie powinno. A policjantkę zagrała laska.

W „Broadchurch” jest wszystko to, co decyduje o takiej popularności brytyjskich kryminałów – niespieszna narracja, ciężki klimat, wyraziści ale nie przegięci bohaterowie, którzy nie wyglądają, jakby właśnie wyszli z gabinetu odnowy biologicznej czy innego spa, bardzo dobre scenariusze, bardzo dobrze napisane postaci i dużo, dużo bólu (w sensie psychologicznym, nie tak jak w „Banshee”). Skandynawowie idą tym samym tropem, jednak w moim przekonaniu brakuje im niesamowitego doświadczenia angoli w konstruowaniu fabuły i prowadzeniu narracji. Skandynawska szkoła kryminału (w moim przekonaniu mocno zresztą zapatrzona w brytyjską, dodająca za to od siebie inne spojrzenie na sprawy społeczne; skandynawowie nie są tak uwikłani w skostniałe klasy) bywa świetna. Ale jak świetna by nie była, Brytyjczycy są zawsze o co najmniej jeden krok naprzód w konstrukcji filmów i seriali. Zapewne właśnie dzięki doświadczeniu.

mentalist1Ale się rozkręciłem! Postaram się teraz pisać krótko. Po przerwie świątecznej wrócił „Mentalista” na swój ostatni sezon. Niektórzy fani odwrócili się od tego serialu, gdy Patrick Jane dopadł nareszcie Red Johna. Oczekiwania wobec nemezis Jane’a były tak napęczniałe, że nawet gdyby w tajnym laboratorium połączono genetycznie Hannibala Lectera z Dexterem (z lepszych czasów), Tylerem Durdenem i Keyserem Soze, to i tak widzowie byliby niezadowoleni. Fani kręcili więc nosami, serial przeszedł spore zmiany i przestał się ludziom podobać. Co gorsza Bruno Heller poszedł produkować „Gotham”. Ogłoszono więc, że sezon siódmy będzie ostatnim. I chyba wyszło to serialowi na dobre. Odpadło niepotrzebne napięcie i Jane znów może rozwiązywać w swoim stylu swoje sprawy. Ostatni sezon robiony jest na dużym luzie, znów mamy sporo dobrej zabawy, prawie całe FBI już wie, że  z Patrickiem się nie zadziera i że trzeba przywyknąć do jego metod. Jest fajnie. I prawdę mówiąc już trochę tęsknię do „Mentalisty”, bo nie bardzo jest go czym zastąpić. Seriale o ekscentrycznych detektywach – geniuszach, na które moda wybuchła coś z dziesięć lat temu prawie przeminęły. „Forever” mogłoby być jakimś zamiennikiem, ale ja akurat nie kupuję uroku głównego bohatera, nie dostrzegam tak fajnej ekipy jaką miał Jane ani takiego poziomu luzu i zakręcenia. Dobiegły końca „Świry”, „Castle” statusiał. Pozostaje mi marzyć o tym, że ktoś wpadnie na pomysł, by nakręcić serial „Agent Cho”. On wprawdzie nie jest geniuszem, ale jak wiedzą wszyscy fani „Mentalisty” zdecydowanie ma w sobie TO CZOŚ!

cho

No i pogrzeb. Zakończył się pierwszy sezon „Galavanta”. Skończył się, w moim przekonaniu, źle a nawet kiepsko. Po pierwsze historia nie dobiegła końca, a coś mi się zdaje, że nie należy ona do tych, które można długo ciągnąć nie ryzykując rozmemłania. Siła „Galavanta” leżała w jego świeżości – nie było dotąd serialu nakręconego jak disneyowska kreskówka, do tego śpiewanego i stanowiącego pastisz opowieści o dzielnych rycerzach i księżniczkach w potrzebie zdolnego też szydzić z samego siebie (Galavant, w pewnym momencie jest wyraźnie zmęczony tym, że co chwilę ktoś o czymś śpiewa, z kolei inni są zmęczeni śpiewaniem Galavanta). Ale taka świeżość nie staje się już udziałem drugiego sezonu.

galavant1Galavant, Galavant, bla bla bla Galavant… wszyscy wiemy, kto był prawdziwym bohaterem serialu.

Co gorsza jednak, w ostatnich odcinkach twórcy złamali schemat i logikę opowieści. To, że bohater co chwila wychodził z celi, w której wylądował i ganiał gdzie chciał mieści się w pastiszu i logice zakręconej narracji. Jednak zakończenie już ją łamie. Jeśli bohater jest z definicji niezwyciężony (co widać za każdym razem, gdy chce mu się walczyć) to zakończenie sezonu nie ma najmniejszego sensu. Cały serial opowiada m.in. o tym, jak Galavant się budzi i odzyskuje werwę, po czym ostatni odcinek zaprzecza wszystkiemu, co wcześniej widzieliśmy. Jedyny jego sens zawiera się w tym, że przy innym zakończeniu trudniej byłoby o następny sezon. Szkoda.

Dodaj komentarz



64 myśli nt. „Cztery powroty i jeden pogrzeb (na piątek)

  1. Iago

    Ej no! Plot twist w ostatnim odcinku Galavanta jest całkiem znośny, a cliffhanger po nim wręcz obowiązkowy.

    Spoiler! Pokaż

    Naprawdę spodziewałeś się czegoś innego w serialu? Tzn. zakończenia pierwszego sezonu, które nie jest cliffhangerem?

    1. slowman

      @Iago

      Poza tym Galavant jest cnym rycerzem, więc nie chciałby, żeby zło ostateczne pozbawiło go bliskich i pewnie by nie uderzył kobiety. W oczekiwaniu na drugi sezon będę sobie oglądał pierwszy do obiadów (bo ma świetne replayability).

      Jeśli chodzi o Broadchurch – wow, nie spodziewałem się, że drugi sezon ma jakikolwiek sens, a tu tak dobrze poszło…
      https://40.media.tumblr.com/4c35aec5ae49ebb0f9deba0ed24d44ee/tumblr_nis493xIcY1r4optjo1_r2_540.png

  2. Revant

    Mega grafika z noszeniem Jane’a :D również uważam, że ten ostatni sezon to jest kwintesencja tego serialu. Mi osobiście podobało się zakończenie wątku z Red Johnem, było emocjonujące, do końca nie można było się domyślić kto jest tym głównym złym i chyba nie wszyscy spodziewali się, że Jane zrobi to co zrobił na koniec. No i w końcu doprowadzono do ładu wątek z Lisbon ^_^ innych seriali nie oglądam, ubolewam nad końcem The Boardwalk Empire, no i tak sobie czekam na The Walking Dead. Przynajmniej zaczął się dobry sezon anime :D

  3. shani

    „Kapitan Flint to miękki siusiak.”
    Wczoraj wieczorem szukajac czegos w tv przez przypadek trafilem na scene z Kapitanem. Ta(!) scene (Ci co ogladali beda wiedzieli), ale w zasadzie po kilku recenzjach i opiniach gikzowiczow, czas na ogladanie Piratow poswiece na przypomnienie sobie Rescue Me, ehh to dopiero swietny serial.

          1. Tasioros

            @shani

            Ale ja lubię jak… a, nieważne.
            Jest piątek, ostatni dzień laby, dłużej można posiedzieć, bo i pospać będzie można jutro do 9, to i wypić coś by wypadało. Obejrzeć coś. Pograć porządniej. To nie! Przeziębienie, czuję się jak przeżuty kapeć i nic mi się nie chce, nawet jeść. Nie ma sprawiedliwości!

  4. Beti

    O, kolejny głos na tak dla Banshee :) Reszty nie znam i jakoś mało mnie przekonują ;) Czekam teraz na nowy sezon Wikingów <3 Penny Dreadful, Walking Dead i Gry o Tron (książki nie czytałam i zastanawia mnie ile tego jeszcze będzie?) :) Do nadrobienia mam najnowsze American Horror Story. Za mało czasu na to wszystko. Damn…

    Co do Penny. Widzieliście trailer drugiego sezonu? Pojawia się nowa postać historyczna :>

    ed. z nowinek filmowych – podobno będą kręcić film Jetsonowie :D Ciekawe hehe

      1. Beti

        @Nagash_Hex

        Czekałam na niego, obejrzałam pierwszy sezon i nie zawiodłam się :) Bardzo dobry pomysł wrzucenia do jednego serialu tylu historycznych/legendarnych/mitycznych postaci. Wiele osób zarzuca, że twórca chce za dużo zmieścić do jednego worka. Bzdura! Świetnie mu wyszło i w rezultacie mamy ciekawą historię :)

        Co do Ewki. Szczerze nie rozumiem fascynacji tą kobietą, skoro ona nawet ładna nie jest ;) Cóż, nie mój tajp ;D

  5. Yanecky

    Dzięki za info, że Black Sails wróciło. Ja też miałem mieszane uczucia, ale Vane i jedna scena z ostatniego odcinka
    …. spoiler

    Spoiler! Pokaż

    sprawiły, że czekam na drugi sezon.

    Oprócz tego naprawdę czekam na ostatni sezon „Justified”. Choć nie jest to już jakość 2 czy 3go sezonu, to nadal jest tak świetne, ze czekam aż bedzie cały sezon, żeby się wszystko na raz obejrzeć. Nowe słówko angielskie na dziś: Binge-watching. Oprócz tego też Gra o Tron i Penny Dreadful (bo Eva Green).

            1. bosman_plama Autor tekstu

              @shani

              O zakończeniu trzeciego słyszałem same dobre rzeczy nawet od ludzi, którzy wieszali psy na samym sezonie. Kusiło się domęczyć, ale niedługo. Akcja dziecko – Irlandia i parę innych rzeczy w tle tak mnie zmuliły, że nie podołałem.
              No i bałem się, że klimat: „luźne chłopaki na harleyach handlują bronią i strzelają, a poza tym mają problem z etosem, w tle echa Hamleta”, który w trzecim sezonie zmienił się w: „ojezu mamy traumę, a w ogóle to fajne z nas chłopaki są” umrze już nadostatecznie i zmartwychwstanie jako wodewil z udziałem szansonistek fokstrotowych. Bo widać było, że scenarzyści odjeżdżają.

  6. Tasioros

    Ja ostatnio męczę trzeci sezon „The killing”. Niestety „męczę” to chyba już odpowiednie słowo. Napiszcie mi zatem drodzy Dziwni Ludzie z Internetu: jest sens brać się za sezon czwarty?

    Ps. dalej gram w Far Cry 3 i jest fajnie. Nie, nie doszedłem jeszcze do drugiej wyspy.

  7. emperorkaligula

    Banshee – dno
    Black Sails – dno
    Mentalista, Świry, Castle – nie oglądałem i nie mam zamiaru oglądać.
    Galavant 10/10 i baaaardzo mam nadzieje na zapowiedz kolejnego sezonu.
    Gotham – czekam na koniec sezonu zanim zacznę oglądać, nasłuchałem/naczytałem się, że niezłe – mimo to mam obawy
    Broadchurch s02 – mniam! czekam na całość i łykam na raz przy wielu zimnych.
    Vikings S03 dopiero w maju całość będzie, więc będę cierpliwie czekał.

Powrót do artykułu